Recenzje i wywiady

Materiały źródłowe zebrane i opracowane przez BWA "U Jaksy". Korzystanie z materiałów dozwolone pod warunkiem zamieszczenia informacji: materiały ze strony: www.ujaksy.pl

Ilustracje do tekstów nie ilustrują oryginalnych materiałów źródłowych (publikowanych poniżej) lecz są doborem własnym właściciela strony.



 



Adam Zegadłowicz.

NIECO SZERZEJ O STEFANIE ŻECHOWSKIM [1984r.]

[Adam Zegadłowicz (zm. 1998), wnuk Emila Zegadłowicza, był twórcą Fundacji Czartak, która w Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu gromadzi pamiątki po pisarzu. Adam Zegadłowicz, historyk sztuki i publicysta, prowadził w Muzeum placówkę tętniącą życiem.]

Jest zupełnym paradoksem, że pierwsza indywidualna wystawa jego rysunków miała miejsce w Brukseli w latach sześćdziesiątych. Dopiero w 1972 roku udało mi się razem z nieżyjącym już Stanisławem Gołubiewem zorganizować premierową w Polsce wystawę rysunków Stefana Żechowskiego w krakowskiej galerii ZPAP „Pryzmat”.

Po lekturze szkicu Leopolda Dudkiewicza p.t. „O pornografii, ale nie tylko…”, postanowiłem trochę szerzej napisać o Stefanie Żechowskim. Jest on bohaterem wspomnianego wyżej szkicu, ale niewiele może się czytelnik o nim dowiedzieć, nawet po wnikliwym przestudiowaniu tego tekstu. Dodać trzeba, że Stefan Żechowski nie należy niestety do grona powszechnie znanych i popularnych artystów, o których można łatwo zdobyć rozliczne biograficzne informacje. Dlatego też godzi się udostępnić czytelnikom chociaż minimum wiedzy o artyście, o którym się pisze. Jako że p. Dudkiewicz tego nie zrobił spieszę uzupełnić te braki. Czuję się zresztą do tego z wielu względów zobowiązany. Jako wnuk poety, z którym Stefan Żechowski współpracował, jako kierownik muzeum gdzie są zbiory jego prac i wreszcie jako osobisty znajomy, a nawet przyjaciel Stefana Żechowskiego. Również dlatego, że jestem szczerym entuzjastą jego twórczości.

Stefan Żechowski to twórca o bardzo bogatym dorobku artystycznym. Urodzony w 1912 roku w Książu Wielkim koło Miechowa artysta, jest „czynny” twórczo już 54 lata. Jeżeli przyjmiemy za datę początkową rok 1930 kiedy to w listopadzie wziął udział w pierwszej zbiorowej wystawie. Oczywiście tworzył już wcześniej ale zwykło się wystawy uważać za debiut twórczy, dlatego też tutaj posłużyłem się tą datą. Wiem, że zamiłowanie plastyczne pojawiło się u Żechowskiego już we wczesnej młodości. Jeszcze w domu rodzinnym gdzie przy lampie naftowej tworzył swoje pierwsze kompozycje. Zauroczony twórczością Artura Grottgera prawie od zarania swojej własnej twórczości zainteresował się rysunkiem. W 1929 roku zaczął uczęszczać do Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie. W tym też roku związał się z nowo powstałą grupą artystyczną „Szczep Rogate Serce”. Grupę tę powołał do życia Stanisław Szukalski wybitny rzeźbiarz i rysownik. Brak miejsca nie pozwala mi na rozlegle scharakteryzowanie sylwetki artystycznej Stanisława Szukalskiego. Twórcy o niezwykłym temperamencie plastycznym i znakomitej umiejętności, wręcz perfekcji posługiwania się środkami warsztatowymi. Był Stanisław Szukalski bez wątpienia jedną z najbardziej oryginalnych postaci w naszej sztuce. Żaden też twórca, nawet skandalizujący Witkacy nie wywołał takich sporów i polemik jak Szukalski. Wystąpienia jego wywoływały prawie zawsze skandal artystyczny i towarzyski. Nikt też chyba nie posiadał tylu wrogów i zagorzałych, fanatycznych wielbicieli, jak właśnie on. Do grona tych ostatnich należeli Marian Konarski, Jerzy Markiewicz i Czesław Kiełbiński, uczniowie krakowskiej ASP. Oni to stanowili pierwszy człon „Szczepu Rogate Serce”. Z czasem do grupy dołączyli dalsi twórcy, a w tym gronie również Stefan Żechowski.

Szczep prowadził ożywioną działalność wystawienniczą. Od listopada 1930 /pierwsza wystawa członków Szczepu/ do października 1931 roku, zorganizowano aż pięć wystaw w kilku dużych miastach, ukazujących twórczość członków grupy. W tym czasie, aż do 1936 roku Stanisław Szukalski przebywał poza krajem. Uczniom swoim przesyłał listy, w których dawał wskazówki. Twórca ten kładł niezwykle silny nacisk na rysunek, uważał go za podstawę sztuki, był przeciwny malarstwu olejnemu. Takie też przykazania, jako główne cele artystyczne narzucał swoim podopiecznym. Dało to w wyniku niezwykłe osiągnięcia właśnie w dziedzinie rysunku. Szukalszczycy, bo tak ich czasem nazywano, tworzyli rysunek – „w zasadzie realistyczny, schludny, tradycyjny służył im jednak do konstruowania filozoficznych metafor i obrazów wizyjnych”.1 Wystawy cieszyły się dużym zainteresowaniem. Sztuka członków Szczepu była czymś innym, oryginalnym na tle ówczesnych tendencji plastycznych. Fascynację wzbudzała również doprowadzona do niespotykanej perfekcji technika wykonania.

Po wydaniu „Zmór” w 1935 roku otrzymywał Emil Zegadłowicz bardzo wiele listów od swoich czytelników. Jednym z korespondentów, który entuzjastycznie pisał o książce był artysta malarz Marian Ruzamski z Tarnobrzega. Luźna z początku korespondencja przerodziła się z czasem w żywiołową, częstą wymianę listów pomiędzy poetą a malarzem. Marian Ruzamski negatywnie ocenił ilustracje do „Zmór” wykonane przez Zbigniewa Pronaszkę. Z czasem gdy Emil Zegadłowicz doniósł mu, że pracuje nad nową powieścią pod tytułem „Motory” i zastanawia się nad doborem ilustratora, Marian Ruzamski zaproponował by ilustracje wykonał Stefan Żechowski. To był początek bliskiej współpracy obu twórców. Stefan Żechowski wykonał cykl ilustracji do „Motorów” obejmujący około 40 rysunków. Poeta był zachwycony. Będąc wybitnym znawcą sztuki z zamiłowania i wykształcenia, studiował przecież historię sztuki w Krakowie i w Wiedniu, uznał dokonania Stefana Żechowskiego za coś absolutnie wyjątkowego. W ulotce reklamującej „Motory” pisał: "Osobliwością tej, z wielu względów rewelacyjnej książki jest jej dwugłos, spotkanie pisarza z rysownikiem.  Ilustracje  Motorów to rezultat  wielomiesięcznej  współpracy poety z artystą. Rezultat znakomity! Wielki talent Stefana Żechowskiego, precyzja jego rysunku, wizyjność, absolutne wczucie się w tekst – dały nam ilustracje jedyne w swoim rodzaju. Skala ich tematowości i napięcia uczuciowego olbrzymia!  Bogactwo treści odurzające! Od prometejskiego heroizmu,  poprzez koszmary senne  /Sen Maury/,  roześmianą  młodością  i zachwytem miłosnym „Karuzelę”, sceny miłosne, baśniowe zwidzenia, obrazy liryczne, aż po grozę i patos rewolucji /Towarzyszka Ursa i sceny epilogowe/ - cóż za wspaniały rozmach, cóż za bujność wizji, jakaż nieomylna siła realizacji! Rysunki, jak "Śmierć Marysi", należą bezsprzecznie do szczytów ilustratorstwa polskiego".2/

Cóż tu dodać? Nic bardziej entuzjastycznego nie da się na temat twórczości Stefana Żechowskiego w tak krótkim tekście napisać. Twórczość ta, jak już zaznaczyłem, zachwyciła Emila Zegadłowicza. Cenił ją bardzo. Temu właśnie zawdzięczamy, że cykl ilustracji do „Motorów” przetrwał wojnę i znajduje się aktualnie w muzeum poety. Bardzo bogate zbiory pisarza w 1941 roku częściowo wywieźli Niemcy. Zrabowano cenną bibliotekę, kolekcję sztuki ludowej i zbiór grafiki francuskiej. Wiele wartościowych dzieł sztuki uległo zniszczeniu w czasie działań wojennych. Kolekcja rysunków Stefana Żechowskiego była zabezpieczona, ukryta - ocalała prawie w całości.

Stefan Żechowski jest w pewnym sensie kontynuatorem sztuki Artura Grottgera, jednak pogłębionej w technice o rezygnację z białej kredy i wzbogaconej w treści, o już surrealistyczny temat. Żechowski posługuje się rysunkiem światłocieniowym wykonanym przy pomocy ołówka, właściwie ołówków różnej twardości, gumki, waty. Skromny warsztat rekompensuje doskonałą techniką, precyzją wykonania. Rezygnuje z rysunku linearnego, stosuje rysunek malarski i rzeźbiarski zarazem - niemal trójwymiarowy, dotykalny. Każdy jego utwór „powstaje z pomysłu, który można opowiedzieć słowami, a nie z problemu estetycznego.”3/ W przeciwieństwie do Artura Grottgera, który światłocień osiągał przez skontrastowanie czerni ołówka z bielą kredy, Stefan Żechowski wydobywa światło z papieru. Doprowadzona do niespotykanej perfekcji umiejętność posługiwania się światłem jest potęgą jego sztuki. Nie przypadkiem artysta pisał: „Światło duszą mojej sztuki.” Dzięki umiejętności oświetlania „modela” z różnych stron i pod różnym kątem osiąga złudzenie trzeciego wymiaru. Dlatego napisałem, że jego rysunek jest rzeźbiarski. Istotnie oglądając kompozycje Stefana Żechowskiego ma się wrażenie, że są to kompozycje przestrzenne. Ta charakterystyczna „bryłowatość” jego portretów jest zjawiskiem rzadko spotykanym. W naszej sztuce może jedynie niektóre portrety Jacka Malczewskiego posiadają również trzeci wymiar, co w sztuce przedstawionej na płaszczyźnie jaką jest rysunek czy obraz jest wyjątkowo trudne. Oczywiście głębię trzeciego wymiaru umiał wydobyć również Stanisław Szukalski. Pamiętam jego świetny „Portret Szweda Larssena”, który łudząco przypominał rzeźbę w brązie. Drugą odrębnością sztuki jaką proponuje nam Stefan Żechowski w stosunku do Artura Grottgera jest rodzaj tematyki jego prac. Stefan Żechowski przy całym pozornym realizmie wprowadza deformacje, przerysowania, wyolbrzymienia, pewnych cech portretowanych postaci w celu spotęgowania siły wyrazu, osiągnięcia większej ekspresji. Wprowadza też elementy fantastyki co zauważamy nie tylko w cyklu ilustracji do „Motorów” ale także w wielu innych jego pracach nie związanych z twórczością Emila Zegadłowicza. Deformacje, przerysowania stasowane przez artystę nigdy jednak nie wykraczają poza granice, które twórca sam sobie wyznaczył. Stefan Żechowski nie karykaturyzuje, on jedynie podkreśla, uwypukla to co charakterystyczne. Mówiąc o surrealizmie w sztuce Żechowskiego musimy ostrożnie używać tego terminu. W latach siedemdziesiątych zdobył sobie znaczną popularność nowy kierunek - hiperrealizm. Z dużą satysfakcją zauważyłem, że niektóre z wykonanych pod koniec lat trzydziestych rysunków Stefana Żechowskiego można teraz, z dystansu czasu uznać za prekursorską zapowiedź powstałego w 40 lat później prądu artystycznego.

Stefan Żechowski zawsze wykonuje rysunek pamięciowy. Nawet gdy portretuje, to robi to również z pamięci. Idzie tutaj artyście o to, by wyobraźnię i przeżycia psychiczne jak najmocniej związać z rzemiosłem w jednolity proces twórczy. Stąd rezygnacja z modela.

Osobiście uważam, chociaż rozumiem, że zdanie to może być odczytane jako subiektywne, że najlepszy cykl Stefana Żechowskiego to ilustracje do „Motorów”. Widzę dwa powody dla, których tak się stało.

Proza Emila Zegadłowicza jest prozą bardzo plastyczną, posiada wiele z malarskich wizji. Nie przypadkiem pisarz we wczesnej młodości pragnął zostać malarzem, a w różnych okresach życia podejmował próby plastyczne. To po pierwsze, a po drugie Stefan Żechowski posiada wielką umiejętność wyczucia tekstu, o czym już Emil Zegadłowicz pisał. Z jednej więc strony artysta otrzymał ciekawą acz literacko przedstawioną wizję, z drugiej poprzez swoją wrażliwość i doskonały warsztat potrafił ją przetworzyć i ukazać językiem plastycznym. Dlatego widząc te ilustracje dostrzegamy, że oto mamy przed oczyma dwa rodzaje „Motorów”,  te napisane literackim językiem i  te, które stworzył na tej samej  kanwie rysownik. Poeta doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To też było przyczyną, dla której w pierwodruku „Motorów” /1937 r./ są dwie strony tytułowe. Po lewej ręce z napisem Stefan Żechowski ilustracje, po prawej Emil Zegadłowicz powieść. Myli się R. Wójcik pisząc we wstępie do albumu „Na jawie” o dwóch obwolutach.4/ Były to dwie strony tytułowe. Było to wyróżnienie niespotykane dotąd, a i teraz nigdzie nie występujące wobec autora ilustracji. Zwykle przecież ilustratora sygnalizuje się zaledwie drobnym drukiem obok stopki. Tutaj podniesiony został do rangi współautora dzieła. Stało się tak dlatego, że pisarz uważał ilustracje Stefana Żechowskiego za integralną część książki. To wielki błąd, że pominięto ilustracje Stefana Żechowskiego w łódzkim wydaniu „Motorów” /1982 i 1983/. Wydawca zobowiązany był do zachowania identycznego jak pierwodruk wystroju książki, lub przynajmniej zamieszczenia informacji jak wyglądała pierwsza edycja. Nie uczyniono tego jednak z dużą krzywdą dla Stefana Żechowskiego. Wiem oczywiście, że dobrze zreprodukować jego rysunki jest bardzo trudno. Dowodzi tego słaby poligraficznie album Stefana Żechowskiego „Na jawie” wydany przez tę samą oficynę. To dziwne, że dotychczas nie znalazł się w Polsce wydawca,  który potrafiłby wykonać dobre reprodukcje jego dzieł i szerzej spopularyzować tego niesłusznie zapomnianego twórcę. A jest Stefan Żechowski z całą pewnością artystą wyjątkowym. Naprawdę wartym poznania. Jest zupełnym paradoksem, że pierwsza indywidualna wystawa jego rysunków miała miejsce w Brukseli w latach sześćdziesiątych. Dopiero w 1972 roku udało mi się razem z nieżyjącym już Stanisławem Gołubiewem zorganizować premierową w Polsce wystawę rysunków Stefana Żechowskiego w krakowskiej galerii ZPAP „Pryzmat”. Znowu myli się R. Wójcik pisząc, że Stefan Żechowski nie miał w Polsce indywidualnej wystawy. Była nią wspomniana wyżej wystawa. Eksponowano tam wszystkie rysunki z kolekcji Muzeum Emila Zegadłowicza i wiele prac udostępnionych przez autora. Nie była to jak pisze autor wstępu wystawa zbiorowa „wśród dzieł wielu innych rysowników5/, ale absolutnie indywidualna ekspozycja prac Stefana Żechowskiego. Wiem o tym doskonale bo sam byłem jej organizatorem, a także autorem wstępu do katalogu, który przy tej okazji wydano. Muszę dodać, że wystawa Stefana Żechowskiego cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Termin jej zamknięcia był w związku z tym dwa razy przesuwany. Wystawa trwała od lutego 1972 do kwietnia. Osiągnęła jedną z najwyższych frekwencji odnotowanych w galerii. Niestety nie wzbudziła szerszego zainteresowania krytyki.

W 1974 roku zaprezentował artysta swoją twórczość w Nowym Jorku, gdzie wystawiał w galerii Fundacji Kościuszkowskiej. Echa tej wystawy nie dotarły do kraju poza jedną informacją, którą zamieścił „Przekrój”. W roku ubiegłym odbyła się w Kielcach duża wystawa poświęcona twórczości Stefana Żechowskiego, właściwie też przeszła niezauważona. I to by było wszystko.

Można zaryzykować stwierdzenie, że Stefan Żechowski jest bardziej znany za granicą. Tam bowiem odbył się jego samodzielny debiut ekspozycyjny. Tam też wiele o nim pisano. Z publikacji wydanych w Polsce jedynie album „Na jawie” odbity w skromnym nakładzie 20 tys. egzemplarzy, z bardzo słabymi technicznie reprodukcjami, jest szerzej dostępny. Trzeba też wspomnieć o edycjach Andrzeja Banacha w których poświęca on Stefanowi Żechowskiemu nieco uwagi. Są to: „O polskiej sztuce fantastycznej”, „Banach o kiczu” i „Erotyzm po polsku”. Niestety wszystkie te interesujące książki są fatalnie wydane pod względem graficznym i dlatego nie sposób ocenić wielkości Stefana Żechowskiego na podstawie zamieszczonych tam reprodukcji.

Jedyną placówką muzealną, która umożliwiała poznanie twórczości Stefana Żechowskiego w oparciu o ekspozycje jego oryginalnych prac, było Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Piszę było bo aktualnie w muzeum przeprowadzany jest remont i w ślad za tym ekspozycja nie jest czynna. Ekspozycję tę zorganizowałem w 1968 roku, kiedy to poświęciłem Stefanowi Żechowskiemu obszerną salę, gdzie prezentowaliśmy jego ilustracje do „Motorów”.  W pokoju „balkonowym” znajdowała  się  wówczas  jedyna  stała  ekspozycja  w Polsce poświęcona twórczości tego artysty. Wśród zwiedzających muzeum, sztuka Stefana Żechowskiego budziła żywe zainteresowanie. Jednocześnie większość z nich wyrażała zdumienie, że tak ciekawy artysta nie jest szerzej znany. Dla zwiedzających było zaskoczeniem, że to żyjący i cały czas aktywny artystycznie twórca. Podejrzewano, że żyje na emigracji, że względy natury politycznej uniemożliwiają jego szerszą popularyzację. Gdy wyjaśniałem uparcie i w nieskończoność, że mieszka w Polsce, że nadal tworzy, że nie jest wrogiem państwa - nie dawano mi wiary. Ludziom nie mieści się w głowach, że można być tak wybitnym, a jednak niezauważonym. To nie godzi się z elementarnym poczuciem sprawiedliwości. Jest głęboko niewychowawcze, podrywa wiarę w sens jakichkolwiek - nie tylko artystycznych - działań. Mnie również zastanawiało jak to się dzieje, że bardzo wielu, miernych w porównaniu ze Stefanem Żechowskim twórców zyskuje rozgłos, ma wiele wystaw, a ten, niewątpliwie jeden z najbardziej oryginalnych artystów współczesnych jest zapomniany, a raczej nigdy nie był znany szerokiemu odbiorcy. Tu trzeba wymienić kilka przyczyn. Pierwszą jest to, że Stefan Żechowski to człowiek skromny, cichy nie narzucający się ze swoją sztuką, mieszkający na prowincji. Żechowski stoi na uboczu, niejako w cieniu, niechętny jest wszelkim artystycznym nowinkom. Nie walczy o swoją pozycję, o swoje miejsce we współczesnym życiu artystycznym. Obce mu są koterie i kumoterskie konszachty. Słowem nie ma Żechowski tego co nazywamy potocznie „siłą przebicia”. Czasem odnosi się wrażenie, że wstydzi się swojej „inności”. On nawet niechętnie pokazuje swoje rysunki. Można odnieść wrażenie, że ma do nich stosunek intymny, może za bardzo. Nie lubi obnosić się ze swoją sztuką bo ona ukazuje jego duszę. Wewnętrzny świat marzeń, baśni, nierzadko grozy. Stefan Żechowski lęka się wyjścia na zewnątrz ze swoim dziełem, boi się tego psychicznego ekshibicjonizmu. Chociaż niewątpliwie, jak każdy twórca pragnie z drugiej strony uznania, które słusznie mu się należy. Twórca o takich cechach, artysta, który nie umie lub nie chce sam o siebie walczyć, musi mieć protektora, „kierownika od reklamy”. Dawniej tą rolę spełniali marszandzi – handlarze sztuki, którzy we własnym dobrze pojętym interesie odkrywali i popularyzowali artystów będąc równocześnie głównymi odbiorcami ich twórczości. Dzisiaj ich nie ma, natomiast jedynymi popularyzatorami są krytycy sztuki, którzy działają w dużych miastach, związani na ogół towarzysko ze środowiskami artystycznymi wielkich ośrodków kulturalnych. Stefan Żechowski jest poza zasięgiem ich działalności. Nie jest on w kręgu ich zainteresowania. Może czasem przy sporadycznym zetknięciu się z jego sztuką darzą go uznaniem, sądzę jednak, że przede wszystkim ogarnia ich zdumienie, że jest ktoś taki, kto tworzy zupełnie inaczej, w sposób nie mieszczący się we współczesnych, obowiązujących kanonach sztuki, przez co jest zaskakującą ciekawostką. Jednak nie widzą oni potrzeby ani korzyści w tym by go popularyzować. To przecież ktoś obcy, ktoś z zewnątrz. Stefanowi Żechowskiemu potrzebny byłby taki entuzjasta, który bezinteresownie dla samego zachwytu jego dziełem zacząłby działać w kierunku rozbudzenia szerokiego zainteresowania tą sztuką. Musiałby to być nie tylko miłośnik twórczości Żechowskiego ale także człowiek o dużych możliwościach wydawniczych posiadający przy tym duży autorytet.

Przed wojną mógł to zrobić Emil Zegadłowicz. Niestety – jak wiemy – „Motory”, które dzięki zamieszczonym tam reprodukcjom mogły uczynić Stefana Żechowskiego sławnym, zostały skonfiskowane. Poeta czynił wiele wysiłków by Żechowski zyskał należny mu rozgłos. Zresztą dzięki „Motorom” zyskał go istotnie. Co prawda w wąskiej niestety grupie czytelników, ale za to czytelników znaczących. Trzeba pamiętać, że „Motory” rozeszły się przede wszystkim w kręgu znajomych, zaprzyjaźnionych z poetą pisarzy. Nie można więc powiedzieć, że twórczość jego nigdy nie była zauważona. Jestem przekonany, że zdecydowanej większości ówczesnej elity kulturalnej nazwisko Żechowskiego nie było obce. Już choćby przez sam rozgłos i skandal jaki towarzyszył konfiskacie książki. Emil Zegadłowicz starał się też popularyzować Żechowskiego poprzez swoje osobiste kontakty i przyjaźnie. W liście do Juliana Tuwima pisał: „Julianie! Dopomóż mi do objawienia tego olbrzymiego talentu! Może w chwili sposobnej zechciałoby w Tobie /to coś, daimońjon/ napisać np. do Wiadomości Literackich – o tych ilustracjach – to co Ty powiesz jest bilion razy ważniejsze niż mądrzenie się plastyków!6/ Tuwim jednak oczekiwanego artykułu nie napisał. W liście do Emila Zegadłowicza w odpowiedzi czytamy między innymi: "O Żechowskim powtórzę, co poprzednio mówiłem, ale źle byłoby, gdybym, ulegając Twojej  prośbie  /rozkazowi/  teraz  właśnie, gdy sam tak małe  mam  zaufanie  do swoich słów i zdań, pisał o nim. Muszę depresję przeczekać. Powiedz mu, że za tą dziewczyną, co sztandar niesie i tą za trumną kroczącą – pójdzie każdy, w kim wolne serce jeszcze uderza. /Wybacz mi ten banał./”7/

W jednym z listów do znajomej, napisanym parę miesięcy przed śmiercią Emil Zegadłowicz pisał: „Zbigniew Pronaszko jest znakomitym malarzem; ilustracje do Uśmiechu są nic niewarte; jeszcze gorsze do III wyd. Zmór. – Tak może być! – Żech /owski/ – tworzył dla siebie Motory – /dlatego figuruje jako współautor. Pronasz /ko/ rysował na zamówienie; nie można nawet porównywać!8/ Wszystkie te wysiłki przerwał wybuch wojny i wkrótce potem śmierć pisarza. To chyba druga przyczyna dla której o Stefanie Żechowskim wiemy tak niewiele.

By wyczerpać ten temat muszę zwrócić jeszcze uwagę na jedną sprawę. Jest nią swoiste wygodnictwo. Krytycy zarówno literatury jak i sztuki nie lubią bałaganu. Pragną mieć świat uszeregowany, „zaszufladkowany”. W dążeniu do tego swoistego „porządku” odrzucają z niechęcią wszystko co nie mieści się w jakiejś konwencji, w określonych, w danym czasie obowiązujących ramach. Takich odrębnych, innych twórców jak Stefan Żechowski najlepiej, najwygodniej jest nie zauważać. „Udawać”, że ich po prostu nie ma. Istnienie takich artystów przysparza wiele kłopotu. Trzeba dla nich stworzyć osobną szufladę, trzeba się do ich twórczości ustosunkować. Kto podejmie ten trud, kto autorytatywnie stwierdzi: to jest dobre, bez narażania się na złośliwą krytykę kolegów po fachu. Na to trzeba nie tylko wiedzy ale i odwagi. Przy tym niezbędna jest też szczypta szlachetnej bezinteresowności. I to by była trzecia przyczyna „zmowy milczenia” wokół sztuki Stefana Żechowskiego.

Chciałbym jeszcze powrócić do paru spraw poruszonych przez Leopolda Dudkiewicza. Pan Dudkiewicz pisze: „Konfiskata książki Zegadłowicza i rysunków Żechowskiego olbrzymim ciężarem spadła przede wszystkim na artystę-plastyka. Była przyczyną dalszych niepowodzeń po zakończeniu II wojny światowej.” A dalej czytamy, że „Leon Kruczkowski nie przyjął do druku projektów ilustracji do powieści „Pawie pióra”, a Wanda Wasilewska do utworu „Tęcza”. Cóż na Boga ma jedno do drugiego? Jakiż związek mogła mieć przedwojenna konfiskata z powojenną odmową. Zupełnie nie rozumiem tej wątpliwej, całkiem absurdalnej supozycji. Czyżby pan Dudkiewicz sugerował, że Leon Kruczkowski i Wanda Wasilewska solidaryzowali się z decyzjami przedwojennej cenzury i dlatego bojkotowali Stefana Żechowskiego po wojnie? Nie pojmuję. Warto, a nawet trzeba tutaj podkreślić, że zarówno Leona Kruczkowskiego jak i Wandę Wasilewską poznał Stefan Żechowski w Gorzeniu i jeżeli miał z nimi jakieś późniejsze kontakty to poprzez Emila Zegadłowicza, ten bowiem wzajemnie ich zapoznał.

Jeżeli jakiś złośliwy recenzent po wystawie w „Pryzmacie” zamiast rzetelnie pisać o eksponowanych tam rysunkach Stefana Żechowskiego krytykował warunki wystawiennicze Muzeum Emila Zegadłowicza, a R. Wójcik w przedmowie zacytował fragment tej wypowiedzi to nie powód by L. Dudkiewicz potwierdzał to autorytatywnie w swoim tekście, bo to nie zupełnie prawda. Istotnie budynek muzeum był w złym stanie technicznym ale przede wszystkim w partiach parterowych. Piętro, a zwłaszcza pokój „balkonowy” gdzie wystawialiśmy rysunki Stefana Żechowskiego w niczym nie uchybiał obowiązującym wymogom ekspozycyjnym. A już całkowitą bzdura jest pisać o toczącym rysunki robaczku. Przy tym każda taka krytyka winna wyjaśniać przyczyny takiego a nie innego stanu rzeczy. Bez tego informacja jest niepełna przeto nierzetelna. W tym wypadku przyczyną tą był zupełny brak zainteresowania władz losami zbiorów Emila Zegadłowicza przez przeszło 30 lat po wojnie. Żadne alarmujące listy i niezliczone interwencje rodziny nie dawały rezultatów. Również liczne artykuły prasowe, a także audycje telewizyjne i radiowe nie odniosły skutku. Bezduszność i inercja aparatu administracji były nie do pokonania. Do 1954 roku w budynku muzeum mieszkali wysiedleni, którzy dewastowali ten obiekt. W trudnych czasach powojennych rodzina pisarza dokonywała nadludzkich wysiłków by uratować zbiory, a także utrzymać budynek w jakim takim stanie. Nie będę tu spisywał strasznych perypetii tamtych, minionych czasów. Muszę jednak przypomnieć że zamierzano w budynku zakwaterować Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej, później szkołę, wreszcie magazyn nawozów sztucznych. Szczęśliwie udało się przetrwać ten okres szykan i zupełnego braku zrozumienia rangi jaką ma dla kultury dom i kolekcja Emila Zegadłowicza. Niemniej jednak nadal nie było widoków na jakieś inwestycje. Dopiero po nowym podziale administracyjnym, gdy Gorzeń znalazł się na terenie województwa bielskiego, sytuacja uległa zmianie. Władzie i administracja nowego województwa wykazały troskę o dalszy los siedziby pisarza i tej części kolekcji, która dzięki usilnym staraniom rodziny przetrwała wojnę i zachowała się do naszych czasów. Po dopełnieniu wszystkich niezbędnych formalności Skarb Państwa wykupił nieruchomość w 1980 roku. A wojewoda bielski powołał Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym jako Oddział Muzeum Okręgowego w Bielsku Białej. Zbiory Emila Zegadłowicza to sprawa odrębna. Rodzina poety postanowiła przekazać je jako dar dla społeczeństwa stawiając jednak pewne warunki. Głównie dotyczące remontu budynku muzeum, remontu i adaptacji na cele oświatowo-kulturalne budynków gospodarczych, restytucji parku i ogrodzenia całej zrewaloryzowanej posiadłości. Dopiero spełnienie tych warunków jest podstawą do przejęcia daru. Nie można więc pisać, że to „muzeum bez zbiorów”. Zbiory są, bogate i wartościowe, będą też przekazane w niedalekiej przyszłości w związku z postępem prac remontowych i wyraźnie dobrą wolą władz zmierzających do przywrócenia Gorzeniowi dawnej świetności.

Zmuszony byłem odbiec od zasadniczego tematu by nieco światła prawdy rzucić na tę sprawę.

-

Pisałem tutaj, że Stefan Żechowski stoi na uboczu. Ale dla niego stać na uboczu, nie znaczy być hermetycznie zamkniętym. Artysta śledzi z głębokim zainteresowaniem nowe wydarzenia w sztuce i literaturze. Jeżeli nie znajduje to odbicia w jego twórczości, to jest to raczej dowodem oryginalności, może lepiej indywidualności Stefana Żechowskiego, niż konserwatyzmu. I nie dlatego nie zauważamy w jego sztuce śladu nowych trendów pojawiających się stale w plastyce, że artysta za nimi nie nadąża. On po prostu świadomie z nich rezygnuje. A rezygnacja ta podyktowana jest troską o zachowanie swojej odrębności. Ta właśnie odrębność wyrosła z oryginalności jego artystycznych uzdolnień stanowi istotną, może najwyższą wartość tej sztuki. Czyni ją jedyną przez to niepowtarzalną. I właśnie dlatego Stefan Żechowski jest twórcą osobliwym, bardzo ciekawym, a nawet, nie waham się użyć tego słowa wyjątkowym. Dlatego  zrobiło  mi  się  smutno gdy po lekturze  tekstu L. Dudkiewicza uzmysłowiłem sobie, że jego autor przeczytał „Na jawie” i streścił tak przedmowę jak i wspomnienia Stefana Żechowskiego i to była cała jego wiedza jaką o tym wybitnym artyście zdobył. 

 Adam Zegadłowicz 


Przypisy:

1/ Tadeusz Dobrowolski – Malarstwo polskie; 2/ Ulotka reklamująca Motory – archiwum muzeum; 3/ Andrzej Banach – O polskiej sztuce fantastycznej; 4/ Stefan Żechowski – Na jawie – wstęp R. Wójcik ; 5/ Stefan Żechowski – Na jawie – wstęp R. Wójcik; 6/ Julian Tuwim – Listy do przyjaciół pisarzy; 7/ Julian Tuwim – list do Emila Zegadłowicza – archiwum muzeum; 8/ Edward Kozikowski – Portret Zegadłowicza bez ramy



Stefan Żechowski w Brukseli

ORBIS – LONDYN
WIADOMOŚCI POLONIJNE Nr 999
23rd May, 1965

W sztuce niewiele nam wiadomo.
Patrzymy na przedmioty stworzone przez artystę, słuchamy szumu wiersza i bądź pozostajemy tym, czym byliśmy przed nadejściem utworu, bądź też zaczyna się w nas dziać coś nowego. I dopiero do tego czucia, do narastającego odczucia dorabiamy sobie odpowiednią motywację kulturalną i porównawczą.

Wiedza o sztuce dotyczy więc przede wszystkim chronologii, okresów napływających po sobie, dotyczy też społecznego dorzecza sztuki. Stając zaś przed poszczególnym dziełem artysty, zamiast rezonować, powinniśmy się poczuć przemienionymi czy chociażby zahaczonymi emocjonalnie. I to samochcące zatrzymanie się naszego bieżącego, banalnego czasu spowodowane czyimś rysunkiem czy wierszem, jest jedynym sprawdzianem oddziaływania artysty. Bez względu na to, czy dech w piersiach zaparła nam burza, czy wstrząs oburzenia.
Do takich kryteriów odwołuję się, patrząc na rysunki Stefana Żechowskiego pokazane tej wiosny w Brukseli, w galerii „La Proue”, o dwa kroki od złotego Grand Place’u.
Zastanawia przede wszystkim opanowanie rysunku jakimś nieomalże z magią graniczącym powtarzaniem nierzeczywistości. Zadziwia wszechobecną nadrealnością doskonale współżyjących zjaw, ludzi i rzeczy zwykłych. Urzeka zaś autentycznym światem cudu, którego żadne izmy paryskie nie poddały intelektualizacji.
Mamy więc przed sobą sztukę bezpośrednią, płynącą prosto z sennego marzenia. Oglądamy wynurzenia twórcy, nie przycięte pod smak przeciętnego odbiorcy, nie ocenzurowane wiedzą o modzie i rynku. I chociażbym z tego powodu prace Stefana Żechowskiego należą do rzędu zjawisk rzadkich.
Przechodząc od myśli o świecie artysty ku jego technice, podkreślę obecność światła, przeciwstawionego z instynktowną i, chciałoby się rzec, filozoficzną siłą wzrokowi. To chyba jest najistotniejszą cechą języka plastycznego artysty. W takim układzie sił rysunek przestaje być aluzją do kształtów niedopowiedzianych; staje się spotkaniem brył, nabiera powagi kamienia. I może dlatego rzecz ludzka otrzymuje pod biało-czarnym „pismem” Żechowskiego tyle szlachectwa i podniosłości. Gorycze zgrzebnego dzieciństwa, koszmar hitlerowskiej okupacji, ale przede wszystkim omam erotyczny w postaci wspaniałej kobiety – wszystko to traci cechy rzeczywistości, stając się światem z krainy baśni. Może najwięcej na tej czarno-białej równowadze zyskuje erotyka, tak trudna do przekazania artystycznego publiczności. Jednopierśne dziwożony Żechowskiego, krewne kobiet z fryzów świątyń indyjskich, górują nad pomniejszonymi do rozmiarów kukiełek mężczyznami. Motyw ten jest naczelnym prawem świata marzennego artysty. Piękne kobiety-omamy rodzą się tu z Romantycznego uniesienia. Jak za czasów „Ballad i romansów”, zapleczem jest Noc i Mgła romantyczna, ta sama, z której wyrywał i próbował sylabizować wieczność Tadeusz Cieślewski syn.
Balladowa, bo ze świata poważnych, a naiwnych cudowności wyrastająca, odrealistyczna, bo z korzeni snów ciągnąca swe prawdy i upojenia, sztuka Stefana Żechowskiego istnieje swą rasową innością.
Marian Pankowski

Marian Pankowski /http://pl.wikipedia.org/wiki/Marian_Pankowski/ w latach 1953-1959 był stałym recenzentem paryskiej „Kultury” (według samego Pankowskiego „Kultura” zerwała współpracę po jego podróży do Polski w 1958 i późniejszych entuzjastycznych relacjach o szerokim dostępie do kultury w PRL[3]). Zajmował się także przekładami polskiej poezji na język francuski oraz niemieckiej i francuskiej na język polski. Większość jego twórczości była tłumaczona na język francuski, część na niemiecki i holenderski.
Jako poeta debiutował w 1938 roku wierszem "Czytanie w zieleni", ogłoszonym na łamach lwowskiego lewicowego pisma „Sygnały”. Wydał m.in. kilka zbiorów wierszy (Sto mil przed brzegiem, 1958), tom prozy poetyckiej (Smagła swoboda, 1955, nagrodzona przez paryską „Kulturę”), opowiadania, powieści (m. in. Matuga idzie. Przygody,Granatowy goździk, Rudolf, Z Auschwitzu do Belsen) oraz utwory sceniczne.

Żechowski artysta romantyczny

TY i JA
Magazyn ilustrowany, Nr 1 (69), Styczeń 1966
Żechowski artysta romantyczny
Andrzej Banach



Nazwisko to jest dla wielu zapewne nie znane. Żechowski żyje na wsi, albo w mieście niewielkim, pracuje bez przerwy od lat blisko czterdziestu i rysuje prawie w ukryciu. A przecież praca twórcy powstaje dwa razy: naprzód wtedy, gdy się jej dokonuje, po raz drugi w tym czasie gdy zostaje odkryta. Dla Żechowskiego rok ubiegły winien więc być rokiem renesansu, albo nawet i odkrycia.

Galeria w Brukseli, która urządziła wcześniej wystawę Nikifora i polską wystawę „Snu i Sztuki Nowoczesnej", zorganizowała w tym bowiem roku wielką ekspozycję jego rysunków. Równocześnie w Paryżu, w przeglądzie polskiej sztuki plastycznej napisanym dla wydawnictwa Pauverta, poświęcono rozdział Żechowskiemu. Oczywiście oba te zdarzenia miały swój początek poza samym artystą, który nie pomyślał nawet o sławie mogącej nadejść tak późno. Był on przecież młodym twórcą w niemodnym dziś okresie polskiego symbolizmu lat dwudziestych czy trzydziestych bieżącego wieku i już wtedy mógł się wydawać spóźniony. Przed wojną wykonywał serię ilustracji do głośnej książki Emila Zegadłowicza; ale skandal wywołany przez powieść, pozornie pornograficzną, zagłuszał osobę ilustratora. I niewielu zapewne było wtedy czytelników, którzy pozbyli się samego tekstu książki, zachowując dla siebie jedynie reprodukcje jej rysunków. Równocześnie Żechowski był znany wtedy w pewnych kręgach jako najzdolniejszy z wyznawców Stanisława Szukalskiego. Ale i w tym wypadku reklama niespokojnego twórcy „Szczepu Rogate Serce”, i podobny skandal z jego wystąpieniem, rzucały cień na osoby jego uczniów. Po wojnie zaś, Żechowski, pomimo rysunku realistycznego, żył długie lata w spokoju. Jakkolwiek oceniany był i otaczany życzliwością przez troje ludzi o głośnych nazwiskach: Leona Kruczkowskiego, Wandę Wasilewską i Jerzego Putramenta. Pierwszy z nich zamówił nawet u Żechowskiego ilustracje do swych książek. Niemniej, zapomniały przez publiczność dawną i nie znany przez nowych artystów pracował przez długie lata jedynie dla siebie. Ale przecież, gdy pokazywano kobiety rysowane przez niego twórcom najbardziej nowoczesnym, nie ulegającym sugestii historycznego stylu, wywoływały entuzjazm u przedstawicieli kierunków najbardziej sprzecznych. Pomimo rzucającej się w oczy staroświeckiej pozornej i pomimo przedstawienia, gdyż Żechowski, jako wyjątek, nie uległ żadnego z kierunków nowoczesnej sztuki. Żył obok kłopotów moralnych i estetycznych, które po kolei nawiedzały współczesnych malarzy. W swoim świetnym odosobnieniu był podobny szczerym malarzom naiwnym. Nauczył się, już dawno temu, rysowania ołówkiem zwyczajnym, w technice światłocienia, z tendencją do wydobycia dosłownej plastyki i rysuje bez przerwy do dziś w taki sam sposób, nie troszcząc się, że w tej sztuce pozostał w Polsce ostatni i sam. Zachował jako jedyne narzędzie swój ołówek grzecznego ucznia, pomagając sobie, w razie potrzeby, piórem stalowym i atramentem niebieskim ze szkoły średniej. Nie korzystał nawet z tuszu. I wydaje się nieraz, w pierwszym rzucie oka, ze te jego dziewczyny nagie to modelki z Akademii Sztuk Pięknych, jeszcze od Matejki w Krakowie, upiększane przez zachwyconego studenta z wdzięczności za to, że zobaczył rozebraną kobietę po raz pierwszy. Ale to złudzenie. Jeszcze jedno złudzenie z wielu, które spotykamy przy oglądaniu rysunków Żechowskiego. Gdyż te boginki są stworzone w całości przez niego, zarówno w kształcie, jak w psychice. Są romantyczne tak właśnie jak autor.

Pojęcie romantyzmu zwykliśmy łączyć w Polsce z pojęciem ojczyzny czy narodu, poprzez wielką trójcę romantyczną. I najpiękniejszy nam się wydaje romantyzm zaangażowany. Żechowski ilustrował chętnie utwory Mickiewicza, Kasprowicza, Żuławskiego i Kruczkowskiego. Ale jeszcze silniej niż literaturę przeżył okres okupacji i z tym okresem związanych jest wiele jego prac najbardziej osobistych. Jednak i w tych rysunkach subiektywizm wysuwa się na miejsce pierwsze. To samo wystąpiło w ilustracjach do tak polskich, nawet zaściankowych, utworów Zegadłowicza. Jest tu romantyzm erotyczny absolutnie czysty, pozbawiony chęci zetknięcia ze światem, wolny nie tylko od pożądania, ale nawet od uczucia. Erotyzm Żechowskiego nie tylko poszerza naszą wrażliwość poprzez ciało ale, według przekonania artysty, z jego istnienia czerpie usprawiedliwienie twórcy. Te rysunki są wyznaniem wiary, że bez takiego romantyzmu życie nie byłoby warte trudu. Równocześnie zaś, są one przykładem różnicy, która dzieli erotyzm od miłości i od pornografii. Artysta nie chce być związany z kobietą tylko jedną, unika kłopotów życia sentymentalnego, łez, westchnień i tęsknoty. Taka miłość sprowadza się przecież do wspólnego pożycia. Pogląd Żechowskiego jest bardzo nowoczesny i zarazem platoniczny. Przecież to Platon pouczał, że erotyzm najdoskonalszy jest uczuciem do wielu pięknych istot, bez [po]żądania. Twórczość Żechowskiego proponuje więc jeszcze jedną ucieczkę od rzeczywistości i zbawienie od przywiązania. W ten sposób jest abstrakcyjna. Ale równocześnie proponuje wyzwolenie także w drugim kierunku: od seksualizmu. Artysta chce się bawić swoim światem i cieszyć się nim. Ale nie chce być mu podległy. Chce on pogodzić wspomnienie z trwaniem, trwanie z pragnieniem. Złączenie tych trzech czasów w życiu nie jest łatwe. W sztuce jest możliwe.

Odkrycie Erosa Tradycyjnego

„Głos Zabrza”, nr 16 (750), 18 kwietnia 1971 r.
Z. Kiszakiewicz

Dla wielu niemałym zaskoczeniem będzie wiadomość, że właśnie w Zabrzu żyje artysta, który wzrastał w środowisku krakowskiej awangardy lat 20-tych który ilustrował ekskluzywne wydania pierwszych utworów Emila Zegadłowicza (m.in. pamiętne „Zmory”) oraz Leona Kruczkowskiego. Aura skandalu, jaka powstała wówczas wokół tych edycji, miała ten sam charakter, co reakcja na światoburcze tomiki Brunona Jasieńskiego i Anatola Sterna. I ten sam cel przyświecał autorom: dźgnięcie rozpalonym prętem sytego drobnomieszczaństwa, zaskorupiałego w ciasnych okowach dogmatów moralnych i społecznych. Właśnie w tym czasie Stefan Żechowski zbliżył się do kręgu młodej lewicy literackiej; z tamtego okresu datują się jego kontakty z Wandą Wasilewską, Jerzym Putramentem, Leonem Pasternakiem.
Bezpośrednio po wojnie wkroczył artysta na trudne ścieżki notorycznego samotnika. W atmosferze pełnego zapału „przeginania pały”, już to w stronę twórczego realizmu (hoża traktorzystka w bluzeczce zapiętej aż po szyję), już to w kierunku całkowitej abstrakcji - ponętne kształty rubensowskich piękności Żechowskiego skazane były na bojkot wszystkich zwalczających się stron. Nie wydaje się, by robiło to większe wrażenie na nim samym. Pozostał wierny swym boginkom i stylowi, usiłującemu przemawiać za pośrednictwem symboliki, jak najbardziej dosłownej, zaczerpniętej jeszcze chyba z tradycji historycznej Grottgera, Wyspiańskiego, Szukalskiego. Bo też w jego tylko pracowni przetrwał w Polsce, ów „klasyczny nurt” krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, której jest wychowankiem.
Żechowski stanowi rzadko już dziś spotykany typ artysty - autentycznego oryginała. Kilkunastoletnie milczenie wokół jego twórczości obchodziło go równie mało, jak dziś nieoczekiwany nawrót sławy. Bez większego przejęcia opowiada, jak słynna „Galeria Brukselska” specjalizująca się w „odkrywaniu” zapomnianych talentów, w trakcie swojego polskiego rekonesansu, wpadła również na jego ślad.
Przed kilkoma miesiącami w Brukseli zorganizowano wielką ekspozycję prac Stefana Żechowskiego, uwieńczoną rzadkim sukcesem - by wspomnieć tylko entuzjastyczne recenzje na łamach największych magazynów literackich: belgijskich, francuskich i holenderskich. Zaś sam autor podejmowany był serdecznie przez elitę artystyczną Brukseli i Amsterdamu, gromadząc pliki zaproszeń i propozycji wydawniczych oraz wystawowych. Monografia Żechowskiego, wraz z serią reprodukcji jego prac, włączona została do specjalnego albumu, poświęconego polskiej plastyce (wydawnictwo Pauverta, Paryż 1965), a inne jego prace wejdą w skład holenderskiego albumu, poświęconego mistrzom współczesnego malarstwa.
Pozostaje sobie jedynie życzyć, by przed kolejną wystawą prac Stefana Żechowskiego poza granicami kraju również publiczność Śląska otrzymała możliwość zapoznania się z dorobkiem tego ciekawego artysty.

STEFAN ŻECHOWSKI

KATALOG DO WYSTAWY
GALERIA PRYZMAT, ZPAP KRAKÓW, 1973
ADAM ZEGADŁOWICZ

Wystawa twórczości Stefana ŻECHOWSKIEGO prezentuje głównie rysunki powstałe w wyniku współpracy artysty z Emilem Zegadłowiczem. Są to ilustracje do kolejnych książek: „Zmory”, „Wrzosy”, „Motory”. Ilustracje do tej ostatniej powieści powstały w 1937 roku, książka ukazała się drukiem w rok później, została skonfiskowana i chyba właśnie dlatego Stefan Żechowski nie zdobył przed wojną zasłużonej popularności.
W związku z ukazaniem się „Motorów” Emil Zegadłowicz tak oto ocenił twórczość ilustratora swych dzieł: „Wielki talent Stefana Żechowskiego, precyzja jego rysunku, wizyjność, absolutne wczucie się w tekst - dały nam ilustracje jedyne w swoim rodzaju. Skala ich tematowości i napięcia uczuciowego olbrzymia! Bogactwo treści odurzające! - Od prometejskiego heroizmu, poprzez koszmary senne („Sen Maury”), rozśmianą młodością i zachwytem miłosnym „Karuzelę”, sceny miłosne, baśniowe zwidzenia, obrazy liryczne, aż po grozę i patos rewolucji („Towarzyszka Ursa” i sceny epilogowe) - cóż za wspaniały rozmach, cóż za bujność wizji, jakaż nieomylna siła realizacji! Rysunki jak: „Karuzela”, „Marsylianka”, „Murzynka”, „Uścisk”, „Śmierć Marysi”, „Miting”, „Walka uliczna”, „Koniec świata”, „Ostatnie dni Wyspiańskiego”, „Chmury” - należą bezsprzecznie do szczytów ilustratorstwa polskiego”.
Cóż tu dodać? Nic bardziej entuzjastycznego nie da się na temat Stefana Żechowskiego napisać. Jego twórczość zachwyciła Zegadłowicza, pisarz cenił ją bardzo. Temu właśnie zawdzięczamy, że cykl ilustracji do „Motorów” przetrwał wojnę i znajduje się teraz w muzeum poety. Bezpowrotnie przepadło wiele świetnych obrazów ze zbiorów pisarza, biblioteka i kolekcja sztuki ludowej zostały wywiezione przez Niemców, kolekcja rysunków Stefana Żechowskiego była zabezpieczona - ocalała prawie w całości.
Ilustracje do „Motorów” wykonał młody ale jakże już wtedy dojrzały 24 letni artysta. Był uczniem Stanisława Szukalskiego, członkiem „Szczepu Rogate Serce” i bliskim przyjacielem zapomnianego dziś niestety, zamordowanego w Oświęcimiu malarza Mariana Ruzamskiego. Ci dwaj twórcy wywarli znaczny wpływ na kształtowanie się tego nader oryginalnego talentu, który od początku znajdował swój wyraz artystyczny głównie w rysunku.
Stefan Żechowski to w pewnym sensie kontynuator sztuki Artura Grottgera. Posługuje się rysunkiem światłocieniowym wykonanym przy pomocy ołówka, gumki i waty. Skromny bardzo warsztat rekompensuje doskonałą techniką i precyzją wykonania. Rezygnuje z rysunku linearnego, stosuje rysunek malarski i rzeźbiarski zarazem - nieomal trójwymiarowy, dotykalny. „Każdy jego utwór” - pisze Andrzej Banach - „powstaje z pomysłu, który można opowiedzieć słowami, a nie z problemu estetycznego”.
Artysta urodził się w 1912 r. w Książu Wielkim koło Miechowa, mieszka tam nadal w miesiącach letnich. Od 1929 roku związany ze „Szczepem Rogate Serce” Stanisława Szukalskiego. Podobnie jak on członkowie szczepu zajmowali się głównie rysunkiem. Ćwiczyli rysunek pamięciowy, szło im bowiem o to, żeby wyobraźnię i przeżycie psychiczne jak najmocniej sprzęgnąć z procesem tworzenia, rezygnowali z modela. Rysunek „w zasadzie realistyczny, schludny, tradycyjny, służył im jednak do konstruowania filozoficznych metafor i obrazów wizyjnych” - pisze prof. Tadeusz Dobrowolski.
Z czasem Żechowski posunął się do pewnych deformacji, właściwie przerysowań niektórych cech postaci w celu spotęgowania ekspresji. Nigdy jednak deformacje te nie wyszły poza granice, które artysta sam sobie wyznaczył. Dlatego mówiąc o „surrealiźmie” w sztuce Żechowskiego musimy bardzo ostrożnie używać tego terminu.
Obok „Motorów”, „Zmór” i „Wrzosów” Zegadłowicza ilustrował Żechowski „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego, „Świteziankę” Mickiewicza i „Pawie pióra” Leona Kruczkowskiego. Niestety tylko w wydaniach „Motorów” i „Na srebrnym globie” znalazły się jego ilustracje.
Kilka lat temu odbyła się w Brukseli retrospektywna wystawa twórczości Stefana Żechowskiego, przyniosła ona artyście bardzo pozytywne recenzje. We francuskich wydaniach „Erotyzm w sztuce” z uznaniem omówiono jego działalność, również Mikołaj Żukow entuzjastycznie pisał o nim w radzieckim „Ogonioku”. Na zakończenie przypomnę stwierdzenie Andrzeja Banacha: „te rysunki są podobne do filmu czarno-białego, w którym brak kolorów nie jest ubóstwem, lecz możliwością uzyskania pełni wyrazu”.
Adam ZEGADŁOWICZ

Gorzeń Wielki

„Słowo Ludu”, 16.03.1975 r.
Ryszard Smożewski

Stefan Żechowski, jeden z najbardziej oryginalnych polskich plastyków, najwybitniejszy uczeń rzeźbiarza Stanisława Szukalskiego, malarz groźnej fantastyczności, zaludnionej obsesjami, marami i szatanami może być uważany za poprzednika Bronisława Linkego (choć nie korzystał ze sztuki fotomontażu), a jakieś podobieństwa z Żechowskim znajdziemy i u Salvadora Dali. Ten chyba najciekawszy autor ilustracji do dzieł Dostojewskiego mieszka w Książu Wielkim, a swoje prace wystawia w Brukseli i w Nowym Jorku.
Ale w Polsce też można zobaczyć kilka Jego rysunków. W Gorzeniu Wielkim, pod Wadowicami, dworku, w którym ongiś mieszkał ciekawy i chyba wciąż za mało nam znany poeta - Emil Zegadłowicz. W tymże dworku mieszkają dziś obrazy Hulewicza, Skoczylasa, Mehoffera; co najmniej jedna praca każdego, wybitnego malarza międzywojennego XX-lecia! W tymże dworku - poza ekspozycją - znajduje się około 700 prac literackich (z dedykacjami autorów dla Zegadłowicza!), zmagazynowanych w różnych pomieszczeniach, rękopisy Zegadłowicza i blisko 4 tys. listów od Tuwima, Stanisławy Wysockiej, Bandrowskiego… W tymże dworku - jak w żadnym innym miejscu w Polsce - znajduje się literatura i plastyka Polski, rozpiętej pomiędzy dwiema wojnami.
W tymże jednak dworku wszystko gnije od wilgoci i dusi się od kurzu. O pełnej, przemyślanej ekspozycji nie może być mowy. Stuletni budynek - na oko w dobrym stanie - choruje na grzyb, pękają mu ściany na niewykorzystanym parterze, a wokół smuci się niezadbany park.
Nie wiem, ile trzeba włożyć tam złotówek: milion, może dwa miliony? Nie więcej. I mielibyśmy interesujące muzeum literacko-malarskie. Mielibyśmy, gdyby… nie przepisy. Dom jest własnością rodziny Zegadłowiczów, a państwo nie będzie przecież inwestować w prywatny interes, prawda? Pamiętam podobne i mało poważne perturbacje z Oblęgorkiem, które w końcu zakończyły się zwycięstwem Henryka Sienkiewicza. Miejmy nadzieję, że Gorzeń Wielki, bogatszy w autentyczne zbiory od Oblęgorka, doczeka się równie korzystnego rozwiązania.
Ponieważ nie jest to jednak takie pewne, radzę więc wszystkim: jedźcie osobno lub wycieczką do dworku Zegadłowicza. Choćby po to, aby zobaczyć prace Żechowskiego, o które łatwiej w Nowym Jorku aniżeli w Polsce.

Nimfy i demony

„Poglądy”, nr 5 (249), 1–15 marca 1975, rok 12, str. 13–15
„Czyż każde doświadczenie,
nawet w najlepszym wypadku,
nie jest przynajmniej w połowie
subiektywną interpretacją?”
C.G. JUNG
Faun i nimfy
W ZWIĄZKU Z 32 ROCZNICĄ ŚMIERCI EMILA ZEGADŁOWICZA, POETY I POWIEŚCIOPISARZA, KTÓRY ZMARŁ 24 LUTEGO 1941 ROKU W SOSNOWCU I TAM ZOSTAŁ POCHOWANY NA CMENTARZU W MAŁOBĄDZU, ROZPOCZYNAMY DRUK WSPOMNIEŃ STEFANA ŻECHOWSKIEGO, ARTYSTY GRAFIKA I MALARZA, BLISKIEGO WSPÓŁPRACOWNIKA I PRZYJACIELA AUTORA GŁOŚNYCH KIEDYŚ „ZMÓR”, TWÓRCY „CZARTAKA” I SAMOTNIKA Z GORZENIA GÓRNEGO.
(Tytuł od redakcji)
Latem 1936 roku, po odbytej służbie wojskowej, przebywałem w Książu Wielkim – moim rodzinnym miasteczku. Malowniczo położone na niewielkim wzgórzu, gęsto zarośniętym sadami, posiada dwa stare kościoły i pięknie usytuowany zamek z XVI wieku. Jego sylwetka, o zębatych basztach i wysokich dachach, pokrytych czerwoną dachówką, zanurzona w zieleni starych lip – widoczna jest z daleka. Łagodnie falisty krajobraz, przeplatają lasy i pola, a w pobliżu łąk błękitnieją rozległe płaszczyzny stawów.
Piękno tych spokojnych wód – wiosną, latem czy jesienią, o świcie, czy o zmierzchu lub też w nocnej poświacie księżyca, utrwaliłem w wielu rysunkach i obrazach.
Owego lata, w pierwszych dniach lipca niespodziewanie wpadły mi w ręce „Zmory”. Książkę tę otaczał niecodzienny rozgłos. W Krakowie na murach widziałem plakaty z zaskakującym napisem „Palimy Zmory”. Nazwisko Zegadłowicza należało do najgłośniejszych w tym czasie. Toteż niemal „jednym tchem” przeczytałem ją i przeżyłem całą młodzieńczą wrażliwością. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że kilka miesięcy później wejdę z jej autorem w tak bliski, osobisty i przyjacielski kontakt. Z tej niezwykłej książki najgłębiej poruszył mnie i na długo pozostał w pamięci, bluźnierczo odważny poemat Mikołaja Srebrempisanego o Chrystusie. Żyłem w owych latach pod przytłaczającym wpływem lektury Dostojewskiego, jego psychologii, mistyki i chrystianizmu.
Oto ów poemat:
Do wczoraj jeszcze wszystkim byłeś mi o Chryste –
wierzyłem wbrew nadziei i wbrew rozumowi,
że staną się żywotem słowa Twe przeczyste
i że ziemię grosz zbawi – ten jeden grosz wdowi –
Dziś widzę, że na próżno umarłeś krzyżowo
na próżno krew rozlałeś, na próżnoś chleb łamał
wyrosłe losem kaźni każde Twoje słowo –
możeś, dobry człowieku, sam przed sobą kłamał –
Ukuto łańcuch zbrodni z każdej twojej racji,
miłość przekuto w hasła na własną obronę –
prawdy, twoje rzucono na żer agitacji,
aby tyć, aby tuczyć twoim strasznym zgonem!
Kłamstwem stało się wszystko, złem i potwornością,
kościół wyrósł ostoją głupoty i zbrodni –
kler frymarczy zbawieniem, frymarczy miłością –
w imię twoje – mordują wyznawcy wyrodni
Rzucam wzgardę w twarz waszą i czekam godziny
śmierci waszej, kłamstw waszych obłudy i cudów –
widzę płonące gniewem widmo gilotyny
ostrzone nienawiścią chrześcijańskich ludów –
Wtedy może raz wtóry powrócisz, o Chryste –
może twe słowo serca wzburzone uleczy –
i odpomną się sprawy wielkie i wieczyste
przez Ciebie – już nie boży – lecz Synu Człowieczy!
W tym utworze tak szczerym i śmiałym odczułem pewien zgrzyt w słowach: „możeś dobry człowieku sam przed sobą kłamał”. Pamiętam, że odrzuciłem tę możliwość jako niewiarygodną, jako zaprzeczenie prawdy moralnej, najgłębszej jaka istnieje, której tragiczna wielkość i powaga wyrażona została przez jej twórcę tym, że oddał za nią swe życie.
W obszernym liście do mego przyjaciela Mariana Ruzamskiego podzieliłem się wrażeniem tego utworu jak i całej książki. Fragment mego listu znalazł się potem w książce „Piszemy listy” napisanej przez czytelników „Zmór”, opracowanej przez Zegadłowicza i wydanej w 1937 roku.
Do poematu tego wykonałem dwa rysunki: „Dziennikarz na Golgocie” i „Pogrzeb Chrystusa”.
Marian Ruzamski (1889–1945) był artystą malarzem. Studiował w ASP w Krakowie u L. Wyczółkowskiego, St. Dębickiego i u Jacka Malczewskiego, którego uwielbiał przez całe swe życie. Studiował też na wydziale filozoficznym UJ, a potem w Paryżu. Namalował setki znakomitych pejzaży, portretów, wykonał mnóstwo rysunków i pozostał prawie nieznany, gdyż nie uczynił nic dla rozgłosu i rozsławienia swej sztuki. Był na to nadwrażliwy, a także wolny zupełnie od tej potrzeby. Dziwiła mnie wtedy ta postawa. Dziś ją rozumiem, a nawet podzielam, ponieważ na tym przykładzie widzę, jak niewspółmierny bywa czasem rozgłos do wartości talentu i pracy.
Był on moim najlepszym przyjacielem. Jego poglądy filozoficzno–moralne cechował najgłębszy humanizm. Wyrażał go w rozmowach i dyskusjach a także przedstawił w opowiadaniu pt. „Lekcja historii dla dzieci w roku 5047”, którą Zegadłowicz zamieścił w „Motorach” jako list przyjaciela do Cypriana Fałna. Poglądy Ruzamskiego wywarły duży wpływ na mnie. Przez wiele lat korespondowaliśmy ze sobą. Jego listy, często bardzo obszerne, były pełnie niezwykłych myśli i rad, a moje pytań i zwierzeń. Interesował się jak nikt inny, rozwojem mej twórczości. Zmarł w obozie oświęcimskim.
W sierpniu 1936 roku przyjechałem do Tarnobrzegu, zaproszony przez Ruzamskiego, który od lat tam zamieszkały, zaprzyjaźniony był z domem doktorstwa Pawlasów. W domu tym panowała atmosfera ujmującej gościnności i kultu sztuki. Bywali tam malarze, poeci i pisarze. Toczyły się, jak zawsze w tym kręgu, gorące dyskusje. W 1938 roku do Tarnobrzegu przyjechał Zegadłowicz. Wcześniej tam bywali: Stanisław Piętak, Andrzej Piwowarczyk i uczniowie Szukalskiego. W tym też domu, owego lata, zamieszkałem i tam w pierwszych dniach września 1936 roku wyłoniła się sprawa ilustracji do „Motorów”.
Pewnego dnia Ruzamski zwrócił się do mnie z tajemniczym uśmiechem:
– Mam dobrą dla pana nowinę. Zegadłowicz prosi mnie o wskazanie mu grafika, który z powodzeniem podjąłby się wykonania okładki i paru ilustracji do powieści, jaką pisze. Poleciłem mu pana. Wyraził zgodę i przysłał już kilka rozdziałów rękopisu. Cóż pan na to? Czy przyjmie pan tę propozycję?
I tego dnia jeszcze z ogromnym zaciekawieniem przystąpiliśmy do tej naprawdę niezwykłej lektury. Były to pierwsze rozdziały „Motorów”. Nieczytelne pismo Zegadłowicza od razu nastręczyło nam wiele kłopotu. Niektóre słowa musieliśmy odgadywać. Z czasem poznałem cały „alfabet pisarza” i dalsze rozdziały czytałem już sam.
Pamiętam pierwsze wrażenie. Nie byłem zachwycony tą powieścią. Raził mnie w niej naturalizm opisu scen miłosnych, które w takim ujęciu wydały mi się wulgarne i bardzo dalekie od mych romantycznych wyobrażeń. Miałem wtedy 23 lata. Wydawało mi się nawet, że z tego powodu nie powinienem ilustrować tej książki. Byłem w rozterce. Nie wiedziałem, co czynić. I pamiętam, że decyzję podjąłem dopiero w chwili, gdy uświadomiłem sobie, że posiadam przecież zupełną swobodę wyboru, nie tylko obrazów, lecz co o wiele ważniejsze, ich ujęcia i przedstawienia. A ponieważ w znanych mi utworach Zegadłowicza znalazłem wiele obrazów, więc czułem, że i tu wybór będę miał łatwy i duży.
Czułem też, że jest to postawa słuszna i jedyna i w tym samopoczuciu powstały trzy pierwsze rysunki: „Faun i nimfy”, „Śmierć Marysi” i „Rewolucja”, które niezwłocznie zostały wysłane przez Ruzamskiego do Gorzenia.
Z napięciem oczekiwaliśmy wiadomości. Nadeszła wkrótce wraz z dalszymi rozdziałami powieści, a obszerny list Zegadłowicza do Ruzamskiego wyrażał gorący zachwyt, który sprawił nam radość. Więc praca nad następnymi rysunkami popłynęła mi jeszcze łatwiej, bo już w nastroju pewności i niezmąconej swobody – tak ważnym dla każdej twórczej pracy.
Następna przesyłka z Gorzenia zawierała dużą kopertę z fotografiami. Były to liczne zdjęcia kobiet – prototypy owych „dziewięciu Muz” występujących w „Motorach”. Byliśmy zaskoczeni odwagą pisarza, ponieważ osoby te żyły, a jedna z nich była wybitną i znaną artystką dramatyczną.
Mam wrażenie, że sprawiłem zawód poecie, gdyż nie sportretowałem żadnej jego muzy, a to jedynie dlatego, że nie znalazłem w nich podobieństwa do moich muz. Nigdy jednak w tym okresie, ani nigdy też potem nie zrobił mi wymówki z tego powodu. Raz tylko w liście do Ruzamskiego napisał o rysunkach: „to są jego Motory”, wyrażając tym raczej uznanie.
W kilkudniowych nieraz przerwach, między wysłaną do Gorzenia paczką ilustracji a nadejściem dalszych rozdziałów powieści, z tym samym zapałem pracowałem nad własnymi kompozycjami. Rysunki te nieraz dalekie od tematu powieści, Ruzamski posyłał do Gorzenia, razem z nowo powstałymi ilustracjami. Pisarza zaskakiwała ta niespodzianka, lecz i zarazem cieszyła, gdyż chętnie pisał do nich nowe teksty i włączał do powieści. Potem, już po ukazaniu się „Motorów”, zauważyłem, że oprócz nowych, wszystkich niemal zilustrowane przeze mnie teksty powieści, zostały przez Zegadłowicza poszerzone, a czasem zmienione i „dopasowane” do rysunków.
Poznałem w tym czasie, w domu doktorstwa Pawlasów, panią S. W. Była to młoda brunetka obdarzona niepospolitą urodą. Pięknością tą tak byłem zafascynowany, że w niektórych ilustracjach bezwiednie pojawiła się jej twarz i postać.
Od września 1936 do stycznia 1937 ukończyłem całość pracy obejmującą 37 ilustracji. W styczniu Zegadłowicz, listem bardzo serdecznym zaprosił mnie do Gorzenia. 31 stycznia w mroźny i zaśnieżony wieczór wysiadłem z pociągu na stacji w Wadowicach. Na peronie oczekiwali na mnie: córka pisarza Atessa, uśmiechnięta, czarnooka, szesnastoletnia dziewczyna, niedużego wzrostu i Józef Stożek, przyjaciel Zegadłowicza, zamieszkały w Gorzeniu.
Mimo półmroku panującego na peronie, zostałem zaraz rozpoznany, gdyż w liście z zapowiedzią przyjazdu przezornie narysowałem swą sylwetkę. Po serdecznym powitaniu ruszyliśmy żwawo piechotą w stronę Gorzenia położonego w odległości trzech kilometrów od Wadowic.
Pamiętam, wieczór był jasny, księżycowy, mroźny. Śnieg wyiskrzony, puszysty, nieudeptany. Niebo usiane gwiazdami. Przed nami daleki i zamglony nieco zielonawym blaskiem podgórski horyzont.
Na liczne pytania Stożka odpowiadałem z pewnym roztargnieniem, gdyż wyobraźnia moja zajęta była osobą poety, którego za chwilę już miałem zobaczyć. Wypełniał mnie jakiś radosny niepokój i chociaż walizka ciążyła mi nieco, a nogi w płytkich półbutach przemokły od śniegu, nie czułem tego.
Wkrótce stanęliśmy przed otwarta bramą dużego, trochę ponurego, kamiennego domu z balkonem wspartym na czterech filarach. Otaczały go wysokie drzewa parku, stare o rozłożystych konarach i oszronionych gałęziach baśniowo błyszczących w świetle księżyca.
W półmroku sklepionej sieni, przed wejściem na schody, płonęła lampa rzucając przez kolorową szybę czerwone światło na wyrzeźbione głowy dwu diabłów. Wyżej był napis, lecz już nie zdążyłem go odczytać, bo w otwartych drzwiach nad wysokimi schodami w świetle padającym z wnętrza, ukazała się sylwetka mężczyzny niedużego wzrostu, o długich, bujnych, srebrzyście błyszczących włosach, a do uszu moich doszedł niski, matowy, miły głos:
– Witam serdecznie! Niech uścisnę tę pracowitą rękę, która tak pięknie rysuje.
Szybko wbiegłem po schodach i zmieszany uścisnąłem wyciągniętą dłoń poety, który mnie mocno przygarnął i w obydwa policzki ucałował.
– Proszę tutaj – i wskazał ręką na otwarte drzwi.
Znalazłem się w dużym pokoju, Szybkim spojrzeniem objąłem wnętrze, słabo oświetlone lampą naftową stojącą na okrągłym stoliku. Na ścianach dużo obrazów niewidocznych w półmroku. Na podłodze wzorzyste kilimy, kilimem także nakryta kanapka. Przy oknie fortepian, a na nim biała alabastrowa rzeźba przedstawiająca Erosa i Psyche w pocałunku. Obok drzwi na lewo, wysoki piec kaflowy. W jego półotwartych drzwiczkach płonął żar. W pokoju jednak panował chłód.
– Tu proszę się rozgościć, a cokolwiek będzie panu potrzeba – to do mnie proszę – za tymi drzwiami jest moja pracownia, pokój… no i sypialnia zarazem. Za chwilę spotkamy się w jadalni – dodał z uśmiechem.
– Dziękuję – odrzekłem – wciąż jeszcze onieśmielony. I w tej chwili dopiero zobaczyłem z bliska jego twarz. Była to twarz z tych, jakie lubię – o rysach wyrazistych, jakby wyrzeźbionych – twarz artysty. Ze wszystkich najpiękniejszymi dla mnie pozostaną na zawsze głowy Mickiewicza i Szopena zarówno w swym wyrazie jak i kształcie, ponieważ w samych proporcjach i rysach zastygła jak gdyby treść życia duchowego.
Głowa Zegadłowicza należała do tej klasy głów.
Gdy na chwilę pozostałem w pokoju sam, zdjąłem płaszcz, lecz poczułem dreszcze więc narzuciłem go z powrotem na ramiona i zbliżyłem się do pieca. W tej samej chwili poproszono na kolację. Szybkim krokiem przeszedłem przez długi pokój, wypełniony mnóstwem małych rzeźb, sławnych „Świątków” Wowry, minąłem duże, wyraziste popiersie poety i przez uchylone drzwi wszedłem do słabo oświetlonej jadalni o drewnianym stropie, w której również panował chłód.
Przy podłużnym stole poznałem rodzinę poety: żonę, nieco otyłą, lecz przystojną kobietę w średnim wieku o dużych, wypukłych, ciemnych oczach i łagodnym wyrazie okrągłej białoróżowej twarzy – jej starszą siostrę: bladą, chudą, niską o dużej głowie, regularnych rysach i nienaturalnie dużych oczach. Te duże i wypukłe oczy zwróciły moją uwagę, gdyż i dwie córki poety, Elżbieta i Atessa, młode, urodziwe i uśmiechnięte dziewczyny, miały podobne oczy. Lecz u nich, dzięki młodości, ta cecha szczególna potęgowała urodę. Starsza Elżbieta, podobna do ojca, miała marzycielsko–smutny wyraz oczu, młodsza – dziecinnie radosny. Wszyscy przy stole siedzieli w kurtkach, serdakach i półkożuszkach narzuconych na ramiona.
Nie pamiętam samej rozmowy, ani też kolacji – tylko jedynie, że herbata nie była gorąca o jakiej marzyłem, lecz wstydziłem się prosić o taką. Zapamiętałem też tych kilka wyrazistych par oczu z zaciekawieniem wpatrzonych we mnie i przyjaźnie uśmiechniętych. Pamiętam i to, że na liczne pytania odpowiadałem nie podnosząc pochylonej nad stołem głowy z onieśmielenia, no i wreszcie zostało mi w pamięci przejmujące zimno i od stóp przez plecy idące dreszcze.
Nazajutrz, po nocy prawie bezsennej, wstałem wcześnie, lecz poczułem się chory. Była to grypa. Pierwszy ją zauważył Zegadłowicz, więc musiałem się położyć. Otoczono mnie opieką, zjawiły się lekarstwa, a córka poety, Elżbieta, przejęła rolę troskliwej pielęgniarki. Wieczorami oglądaliśmy razem liczne albumy i książki rozłożone na stoliku i na dywanie wokół kanapy. Były to ilustrowane monografie znanych europejskich malarzy, przyniesione z bogatej biblioteki Zegadłowicza znajdującej się poniżej na parterze w dużym pokoju zwanym „dziecinnym” połączonym schodami z pokojem „niebieskim”, który zamieszkiwałem. Uwagę moją zwróciło wielotomowe dzieło w języku niemieckim z mnóstwem reprodukcji o tematyce erotycznej. Książki te przygotował mi sam Zegadłowicz.
Za kilka dni poczułem się zdrowy, więc córki poety zabrały mnie na spacer po parku, a potem na narty. W długie zimowe wieczory rysowałem w świetle lampy naftowej przy stole. Wykonałem około 30 niedużych rysunków o treści fantastycznej. Poetę interesował każdy nowy rysunek i witał go z zapałem. Ów zapał, a nawet entuzjazm do pracy, zwłaszcza twórczej objawiał się często i stanowił jedną z cech charakteru Zegadłowicza. Chcąc sprawić mu radość, podarowałem mu wszystko, co stworzyłem wtedy i później w Gorzeniu, jak również i oryginały ilustracji do „Motorów”, które przetrwały wojnę i zdobią obecnie jedną z sal Muzeum jego imienia w Gorzeniu Górnym.
W domu Zegadłowicza poznałem wielu ludzi o znanych nazwiskach, lecz wymienię tylko tych, z którymi później wszedłem w bliską i serdeczną łączność. Jednym z nich był pogodny, tryskający energią znany działacz ruchu ludowego, dr Józef Putek, autor „Mroków średniowiecza”. Zaraz po wojnie jako minister łączności zaprosił mnie do pracy filatelistycznej i dzięki niemu wykonałem kilka serii znaczków pocztowych. W tym samym czasie Leon Kruczkowski zaprosił mnie do Warszawy w celu zilustrowania „Pawich piór”. Przez lata utrzymywaliśmy ze sobą łączność. W Gorzeniu poznałem także wybitną uczoną prof. Jadwigę Ziemięcką, która do końca życia śledziła rozwój mej sztuki i sama uprawiała oryginalny rodzaj malarstwa. W domu Zegadłowicza poznałem również Andrzeja Piwowarczyka, młodziutkiego wówczas poetę, autora poematu „Nad Wisłą grają traktory”. Był to zapewne pierwszy u nas szczery utwór w duchu realizmu socjalistycznego, który powstał na kilka lat przed wejściem oficjalnym w sztukę tego kierunku. Zegadłowicz nazwał ten utwór znakomitym, a ja wykonałem do niego osiem ilustracji.
STEFAN ŻECHOWSKI

Stefan Żechowski

Stanisław Urbański

Urodził się w 1912 roku w Książu Wielkim koło Miechowa. Żyjąc na uboczu, z dala od wszelkich prądów artystycznych, Stefan Żechowski pozostał wierny swojej koncepcji rysunku realistycznego o spotęgowanej ekspresji i skłonności do surrealistycznych przerysowań, skrótów metaforycznych oraz intuicyjnego obrazowania.
Od 1929 roku wiąże się ze szczepem Rogate Serce Stanisława Szukalskiego, którego był uczniem. Dla rozwoju jego twórczości decydujące znaczenie miała przyjaźń z Emilem Zegadłowiczem. W jej wyniku powstały znakomite cykle ilustracji do Zmór, Wrzosów i Motorów, które budziły podziw Zegadłowicza: Wielki talent Stefana Żechowskiego, precyzja jego rysunku, wizyjność, absolutne wczucie się w tekst - dały nam ilustracje jedyne w swoim rodzaju.
Poza współpracą z Zegadłowiczem, artysta wykonuje cykle rysunków do poezji Adama Mickiewicza, zdobi książkę Jerzego Żuławskiego Na Srebrnym Globie, oraz ilustruje Pawie pióra Leona Kruczkowskiego. Zajmuje się też projektowaniem znaczków pocztowych, jego dziełem jest m.in. seria Kultura polska.
Przed kilku laty Andrzej Banach poświęcił temu, prawie że już zapomnianemu artyście, jeden z rozdziałów w swojej książce pt. O polskiej sztuce fantastycznej. Rysunki Żechowskiego zdobiły również wydany przez Banacha we Francji album na temat polskiej sztuki erotycznej. Wystawa dzieł Żechowskiego w Brukseli stała się wydarzeniem artystycznym - natomiast w Polsce, dopiero w tym roku odbył się pierwszy pokaz jego rysunków i ilustracji w Galerii Pryzmat w Krakowie.
Żechowski czuje się najlepiej w kręgu literatury - Każdy jego utwór powstaje z pomysłu, który można opowiedzieć słowami, a nie z problemu estetycznego, stwierdza Andrzej Banach. I w tym sensie jest Żechowski kontynuatorem sztuki Artura Grottgera.
W swej narracyjnej konwencji, artysta prawie zupełnie rezygnuje z rysunku linearnego na rzecz działań trójwymiarowych i efektów światłocieniowych. Posługując się jedynie ołówkiem wydobywa z tej techniki olbrzymią ekspresję - od głębokiej czerni do olśniewającej bieli poprzez rozległe gamy walorowe szarości.
Te rysunki są podobne do filmu czarno-białego, w którym brak kolorów nie jest ubóstwem, lecz możliwością uzyskania pełni wyrazu - pisze Andrzej Banach. Pracowicie, niekiedy wręcz z fotograficzną dokładnością kreuje swój osobliwy świat obsesyjnych wizji i fantazji. Tak powstaje głębia kosmicznej przestrzeni i skąpany w świetle księżyca romantyczny las. Jest realistą, jednak jego skłonność do idealizowania formy prowadzi często do zaskakujących deformacji z pogranicza kiczu - przed którym chroni go naiwność środków wyrazu i świeżość spojrzenia. Podobne symbole i rekwizyty odradzają się dzisiaj w plastyce pop-artu, w rozmaitych komiksowych historyjkach obrazkowych. Młodopolska poetyka Żechowskiego najwyraźniej przejawia się w jego rysunkach poświęconych tematyce erotycznej: te wyidealizowane postacie i nierealne sytuacje wywodzą się ze świata marzeń, do którego brutalnie wdziera się technika współczesnej cywilizacji…

1975 - STEFAN ŻECHOWSKI

„Poglądy”, nr 5 (249), 1–15 marca 1975, rok 12, str. 20

JAN PIERZCHAŁA

Stefan Żechowski (ur. 19.07.1912 r. w Książu Wielkim) jest grafikiem i malarzem, należy do tych artystów samotników, którzy niepokoją odrębnością swej sztuki i oryginalnością wyobraźni w czym próżno szukalibyśmy odniesień do jakichś nowszych kierunków lub wpływów. Przeciwnie. W twórczości Stefana Żechowskiego wszystko jest jakby dawne, historyczne a przy tym godne i bardzo własne, nie przyjmujące jakby do wiadomości najnowszych, modnych rewelacji w świecie sztuki, awangardowych programów, słowem całej szokującej nowoczesności.

Stefan Żechowski intryguje nas przemożnie tym właśnie czym jest, co reprezentują podpisane przez niego dzieła. Biografia artystyczna Stefana Żechowskiego zawiera dobrze znany, pojawiający się często, w tym przypadku szczególnie wiele mówiący, motyw olśnienia sztuką od dziecka, od pierwszych chwil świadomego życia, motyw poświęcenia się, oddania twórczości artystycznej i to wbrew ciężkim przeszkodom, jakie pojawiły się na drodze tego chłopskiego syna, urodzonego pod strzechą, noszącego w oczach własne, niecodzienne wizje świata, ludzi, życia. Bardzo wcześnie odkrył Żechowski Grottgera i Słowackiego, szczególnie „Anhelli” rozpalił jego chłopięcą wyobraźnię.

Od 1926 r. kształcił się w Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego, potem w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, pod kierunkiem Stanisława Szukalskiego, który trwale zaważył na jego dalszym rozwoju, potwierdzając znaczenie, bliskich zresztą Żechowskiemu takich wartości jak: przesycenie twórczości plastycznej programową treścią literacką, dbałość o odrębną stylizacje formalną, rozwijanie zdolności do maksymalnie ekspresyjnej wypowiedzi przy pomocy struktur fantastyczno–symbolicznych.

Konstrukcja psychotwórcza Stefana Żechowskiego nie jest wcale zagadką ani też tajemnicą, klucz do niej znajdujemy w życiu artysty, w jego skłonnościach imaginacyjnych, w uwrażliwieniu jakie wyniósł ze środowiska, w którym się urodził, w jego osobliwym i bardzo znaczącym reagowaniu na piękno, lub raczej może na prawdę życia, tę bowiem Żechowski zawsze z pasją obnaża, nie skrępowany niczym głosi, nią się nieraz lirycznie roztkliwia, demaskuje jej wrogów i przeciwieństwa lub jej kłamliwe wykładnie. Pod tym względem spostrzeżenia Żechowskiego mają także sens wnikliwych i odważnych odkryć myślowych, naznaczone są wysiłkiem analizy filozoficznej.

Stefan Żechowski już jako młody artysta–plastyk zdobył sławę swoimi klasycznymi już dzisiaj rysunkami–ilustracjami, jakie wykonywał do głośniej powieści E. Zegadłowicza „Motory”; podzieliły one zresztą los książki, za swą antysanacyjną i antyklerykalną treść zostały skonfiskowane. Żechowski ilustruje także L. Kruczkowskiego „Pawie pióra”, W. Wasilewskiej „Tęczę” oraz J. Żuławskiego głośną powieść „Na srebrnym globie”, której przekład rosyjski ukazał się w Moskwie w 1955 r. Programową wymowę maja także rysunki Żechowskiego z cyklu „Wojna”, które znajdują się w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu.

Stefan Żechowski jest równie wybitnym portrecistą; znane są jego cykle: „Życie Lenina” i „Waryński w Schlusselburgu”. Ostatni nagrodzony został na I Ogólnopolskiej Wystawie w Warszawie i zakupiony przez Sejm PRL. Inne portrety przywódców polskiego ruchu rewolucyjnego zakupiło Ministerstwo Oświaty; widzimy je w podręcznikach i w salach szkolnych. W latach 1947–49 artysta wykonał serię portretowych znaczków pocztowych – „Kultura polska”, „Świat pracy”, „Wiosna Ludów”. Wymienić trzeba także cykl rysunków „Nowe zwycięża”, mówiący o społecznych, kulturalnych i politycznych przemianach współczesnej wsi polskiej.

Andrzej Banach w swej książce „O polskiej sztuce fantastycznej” tak pisze w rozdziale 16 poświęconym naszemu artyście: „Rysunki Żechowskiego wykończone starannie, czynią wobec osób nie znających jego sztuki wrażenie fotografii. Żechowski jest rysownikiem w technice, realistą w zamierzeniu. Jak wielcy Flamandowie jest entuzjastą materii: świata zwłaszcza ożywionego, kształtów, które można objąć ręką i głaskać, blasku i kryjącego się tuż za nim cienia, ciepła i barw”. (…) „Myśli o świecie ładniejszym, bardziej tajemniczym, umieszcza go więc w swoich rysunkach. Nie bez powodu są one ilustracjami. Każdy jego utwór powstaje z pomysłu, który by można opowiedzieć słowami a nie z problemu estetycznego. Żechowski jako prawdziwy fantasta ilustruje przede wszystkim samego siebie, nawet wtedy gdy zdobi książki Zegadłowicza, Mickiewicza, Kruczkowskiego. W tej spowiedzi grzechów wyobraźni pierwsze miejsce zajmuje kobieta. Żechowski jak Campigli mógłby powiedzieć o sobie, że bez kobiety życie nie jest warte trudu”.

Artysta osobny

„Razem”, nr 41, 9.10.1977 r., str. 34–37
ARTYSTA OSOBNY
Na kartach swego intymnego dziennika, w rozdziale opisującym pierwsze młodzieńcze doznania miłości zmysłowej – wyznał niegdyś w porywie uniesienia: „Przez wiele lat jeszcze nie opuszczało mnie poczucie grzechu i długo trwała walka z Erosem, aż w końcu on zwyciężył, a zwycięstwo zawdzięcza pięknu i temu, że jest najpotężniejszą manifestacją życia zmysłowego, więc jak gdyby przeciwieństwem śmierci – blaskiem w mrokach życia…” (z rozdziału „Ewa”).
Dziennik ten stanowi nadal twór rękopiśmienny i znany jest dotąd jedynie garstce wtajemniczonych, dopiero w tym roku udało mi się zainteresować zdecydowanego wydawcę i – jeśli Demony znowu się nie zbudzą – ukaże się on nakładem Wydawnictwa Łódzkiego już w roku przyszłym, opatrzony wyborem ilustracji wykonanych przez samego Autora – Stefana Żechowskiego. Jakież to będzie zaskoczenie dla krytyków obojga sfer nie zawsze sprzymierzonych: malarstwa i literatury! Bo unikatowa „dwuręczność” Żechowskiego jest zaiste darem obydwu tych kapryśnych wróżek: złudną i niewierną czarownicą bywa dlań od lat literatura – to ona mami Go od lat najwcześniejszych, ku niej obrócił kunszt rysowniczy, z literackich inspiracji wywodzą się najwyższe Jego dokonania, a zarazem… więzi z literaturą prowadziły Go zawsze do najdotkliwszych porażek i w najsurowsze wtrącały odosobnienie… Druga wróżka – Muza Rysunku – skazała Żechowskiego na przemilczenie, bo ołówek, rysunek realistyczny, kunszt dziewiętnastowieczny – zanikającym jest dziś rzemiosłem, sztuką niemodną, lekceważoną, więc i… dziwactwem godnym odmieńca.
Żechowskiego malarskie wizje erotycznych uniesień, nieustający Jego zachwyt nad owym „blaskiem w mrokach życia” – kuszą do zdziwionego pytania: jak mieści się w tym człowieku ten rodzaj witalnej fascynacji – z Jego otwartym wyznaniem wiary: „Chciałem zawsze odejść w taką ciszę życia, w prawdziwą i mimo wszystko osiągalną samotność, choćby i związaną z biedą największą, która nie trwożyła mnie nigdy. W taki stan, kiedy już nic ciosu nie stanowi, gdzie nie przeraża żadne niebezpieczeństwo, gdzie jedyną rzeczywistością jest tylko prawda wewnętrzna…” (Dziennik, rozdział 18). Bo Stefan Żechowski taką właśnie formułę egzystencji konsekwentnie realizuje!
Gdym na wiosnę 1975 roku z bratem moim Andrzejem zabrał się do kręcenia filmu o pustelniku z Książa Wielkiego (film emitowano w drugim programie TV dnia 19 maja br. W wyrachowanej „konkurencji” z włoskim kryminałem, który o tej samej godzinie szedł w programie pierwszym… a więc – nie emitowano go w ogóle!) – Żechowski przyglądał się z biernym zalęknieniem, jak Jego obrazy wydobyte po raz pierwszy od dziesięcioleci, z głębi przepastnych szaf – stają w błękitnym świetle jodowych lamp do dziwnej egzekucji: oto za pośrednictwem kamery filmowej i szklanego ekranu zostaną niebawem rozstrzelane przez nieobliczalny tłum wielotysięcznych spojrzeń… ziści się tym samym nierealna dotąd szansa jednorazowej, pół godziny zaledwie trwającej, wystawy. Wystawy całego dorobku życia. Wystawy, której dotąd nigdy nie było…
– Do kamery mówił nie będę! – odpierał machaniem rąk wszelkie moje namowy. – Jakieś reklamiarskie sztuczki…
Dziwak, oryginał? Łatwym, niewybrednym epitetem zbyć można każdą nieprzystawalną do banału „inność”. Tym sposobem rozmaici „znawcy” unieważnili już dawno Jego istnienie. „To on jeszcze żyje?” – dziwił się głośny krytyk, bywalec wszystkich stołecznych galerii. „To ten sam Żechowski, który ilustrował Zegadłowiczowe Motory?... Toż to jeszcze przedwojenne wykopalisko!”
Na odpowiedź, że owszem – żyje, tworzy, mieszka w tym samym Książu Wielkim, w którym się urodził, nawet przy tej samej ulicy, gdzie „ciszy życia i mimo wszystko osiągalnej samotności” nie mąci nawet telegram z Amsterdamu czy Nowego Jorku, o mającej się właśnie odbyć wystawie Jego prac… – wzruszenie ramion i szydercze z ust krytyka: „Dziwactwo!”
Napisałem: literaturze zawdzięcza, w złem i w dobrem, Żechowski najwięcej. Jeszcze jako zupełnie mały chłopiec, najmłodszy z czworga rodzeństwa, powoływany więc do pasania krów na okolicznych miedzach (ledwie trzy i pół morgi gruntu posiadali rodzice), zaznał olśnienia poezją, i to poezją najwyższej próby: Słowackiego „Anhelli” rozniecił wyobraźnię chłopca tak dalece, że niewprawną, ale pewną już swego talentu ręką, wykonał serię rysunków obrazujących poetyckie widziadła. Umykając od krowiego ogona na strych w tajemnicy przed rozsierdzonym ojcem, „marnował czas” na oglądanie kalendarzowych reprodukcji Grottgera… Bo i Grottger, wraz z poezją romantyków odciskał już w zaraniu niezatarty ślad w plastycznej wyobraźni przyszłego mistrza – rysownika. „Było to moje pierwsze spotkanie ze sztuką i od razu stało się objawieniem, chociaż nie umiałem wyjaśnić przyczyny tajemniczego działania i nieświadomego przejęcia się nastrojem tych rysunków. Obrazki te śniły mi się po nocach…” (Dziennik)
Jaką drogą wdzierał się na Parnas w ten wiejski podpasek, syn ubogiego rolnika, wyrosły w cieniu kościelnej kruchty? Miał lat szesnaście, gdy w roku 1929, po wyjściu z wiejskiej szkółki, postanowił szturmować Kraków. Pisze w swoim pamiętniku zadziwiająco szczerze: „Droga do upragnionego celu moich marzeń – Akademii Sztuk Pięknych, którą powinny poprzedzić lata gimnazjum, wydała mi się zbyt okrężna i zbyt długa. Postanowiłem ją skrócić.
Byłem za młody, aby wiedzieć, że artystą jest się z losu od najwcześniejszej młodości przez całe życie lub się nim nie jest nigdy. A warunkiem tego jest przede wszystkim talent i wyobraźnia, umysł, wola i uczucie, a na koniec umiejętności i wiedza. Nie wiedziałem wówczas także, iż studia plastyczne z całym balastem form nauczania są jedynie stratą czasu… W czerwcu 1929 roku, po załatwieniu formalności, znalazłem się w Krakowie w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego przy Alei Mickiewicza 5.
Przybyłem tu na egzamin i zgodnie ze swoją niezdolną do umiaru naturą przywiozłem wielką i ciężką tekę z mnóstwem rysunków i obrazków, wśród których znajdował się także cykl ilustracji do Anhellego. Było tego razem tyle, że starczyłoby na wypełnienie kilku ścian dużej sali.
Dyrektorem tej szkoły był znany rzeźbiarz prof. Jan Raszka. Nie wiem, czy on, czy też kto inny zwrócił uwagę na zawartość teki pozostawionej przeze mnie w sekretariacie, bo przyjęty zostałem od razu bez teoretycznego egzaminu, a przy odbiorze teki, szczupła siedząca za biurkiem pani oznajmiła z uśmiechem:
Prace pana oglądane były z dużym zainteresowaniem…”
Fascynujące są rozdziały tej młodzieńczej autobiografii. Zachęcam Czytelników, by zechcieli za rok sięgnąć po tom pierwszy „Dziennika”, gdy wyjdzie spod prasy: zawarł w nim Autor znakomite literackie opisy głodnego żywota artystowskiej cyganerii, własne niedole ubogiego pariasa, wiejskiego przybłędy w obojętnym mu mieście: „Poznałem aż nazbyt dobrze wszystko to, co wyniknęło z mojej sytuacji: nieznajomość życia, skrajna naiwność, niezaradność wrodzona, a ponadto egzaltacja marzeniami przepełnionej duszy… Poznałem więc autentyczny głód, zimno, nie kończące się, a co dzień nowe rozczarowania…”
Doskwierających przeżyć tego okresu, zaznanych upokorzeń i udręki nędzarskiej wegetacji nie zdołały przyćmić nawet właściwe tej duszy egzaltacje towarzyszące intensywnemu obcowaniu ze sztuką wielkich mistrzów… Rychło opuścił Żechowski Akademię, wpisując się do dziwnego bractwa artystów–studentów, zwanego „Szczep Rogate Serce”. Przewodził tej zbuntowanej gromadce głośny już wtedy rzeźbiarz i rysownik Stanisław Szukalski, proklamujący odrzucenie akademickiej metody nauczania opartej na studiowaniu modela i martwej natury. Metoda ta – twierdził – jest bezwzględnie szkodliwa i wyniszczająca w młodym człowieku to, co dla niego jako artysty jest najcenniejsze: pamięć plastyczną, wrażliwość i wyobraźnię. „Pamięć plastyczna stanowi największy skarb artysty, rozwijajcie ją do najwyższego stopnia. Zaczynajcie rysować dopiero w chwili, gdy w wyobraźni zobaczycie dokładnie to, co chcieliście ukazać”…
Szukalskiemu poświęca Żechowski w swoim dzienniku aż kilka rozdziałów. Spotkanie z Mistrzem – jak go nazywa – było dlań jedną z najdziwniejszych i fascynujących przygód życia. Demagogiczny, niesłychanie sugestywny i niewątpliwie talentem wielkim obdarzony ten artysta czynił jednak ze swych uczniów nie partnerów i współtowarzyszy twórczego wtajemniczenia, ale… niewolników, którym nakazywał bezgraniczne posłuszeństwo. Żechowski niezdolny do podjęcia jakiejkolwiek walki w obronie swej autonomii, „bo walka oznaczać musiała umniejszenie kogokolwiek z moich towarzyszy, a do tego nie byłem zdolny…” – opuszcza w 1936 r. „Szczep Rogate Serce”, zrywa na zawsze z Szukalskim.
Do nikogo z ludzi nie potrafi się odnosić „letnio”, wszystko, na co zwróci się Jego uwaga, przesyca niesłychanie intensywną emocją – dlatego tak boleśnie przeżywa to rozstanie, że… aż opuszcza Kraków. Wraca do swojej wsi, w której strapieni rodzice widzą w Nim tylko wykolejeńca…
Jest w tym okresie życia człowiekiem zupełnie samotnym, skazanym na tortury własnej nadwrażliwości. Głębokie przeżycie miłosne, zerwana nagle więź z piękną E., wniosły do Jego duszy – jak pisze – „wszystko osnuwający smutek”. Jedynym powiernikiem tych doznań był już wtedy prowadzony z dnia na dzień Dziennik. Zaległy na jego kartkach zapis jest dziś zdumiewającym poświadczeniem jakże wcześnie ukształtowanej i dojrzałej natury odmieńca!
„Nagle te żałobne morki rozświetlił meteor. Była to książka Nietzschego Tako rzecze Zaratustra w przekładzie Wacława Berenta, która przypadkowo dostała się w moje ręce. Dziś, z odległej perspektywy czasu, nie umiałbym wyjaśnić, dlaczego utwór ten, należący do najodważniejszych i najgłębszych w literaturze świata, już od pierwszego rozdziału, od pierwszych niemal słów, porwał mnie i olśnił…”
Książki, lektury, pożądliwie wchłaniane literackie wizje przeorywały zawsze duszę i umysł tego dziwnego człowieka z intensywnością stalowego pługa. Było to i jest po dziś dzień błogosławioną zaletą i jego nieszczęściem zarazem…
„Niedługo potem pojawił się w moim życiu nowy demon, który ze zdumiewającą łatwością wchłonął mnie w ponure odmęty swojego świata. Był to Dostojewski. Żaden z pisarzy nie wprowadził takiego zamętu w mojej duszy. Pozostanie tajemnicą geniuszu, że tak bezwiednie i od razu stałem się ofiarą działania tej straszliwej lektury…” (Dziennik, rozdział 18)
Psycholog, jeśli zechce wniknąć w ten intymny pamiętnik, znajdzie w nim wszystkie właściwie klucze otwierające tajniki tego dziwnego losu. „Z natury nieśmiały, niepewny w walce o byt, która zawsze kogoś krzywdzi – teraz po tej lekturze stałem się zupełnie bezbronny…” – pisze Żechowski tłumacząc zagadkę swego odejścia w roku 1936 z Krakowa, wyjaśniając wcześniejsze jeszcze zerwanie ze środowiskiem artystycznym, w którym swoją niecodzienną obecność zaznaczył ledwie fajerwerkami znakomitych rysunków i obrazów, wyróżnionych od razu przez Szukalskiego…
Ze zdumieniem stwierdzić trzeba: te właśnie głębokie rozterki intelektualne i płynące z lektur filozoficzne problemy rozstrzygnęły ostatecznie o wyborze postawy życiowej młodego artysty. Bliski niemal samobójstwa, udręczony stanem życiowej bezradności, chroni się pod opiekę brata, który pod Tarnowem jest nauczycielem w wiejskiej szkole. Powołany wkrótce potem do wojska popada w nowy rodzaj apatii i rezygnacji. Wojsko i związane z mundurową służbą tragikomiczne przeżycia gruntują w Nim poczucie życiowego bezsensu i jakiegoś absurdu, z którego nie potrafi się wydobyć… Już niemal na progu koszar… trafia do karceru: pozbawiony poczucia humoru oficer rozpoznał w pewnym rysunku swoją złośliwą karykaturę…
„Po opuszczeniu koszar odczułem na nowo całe piękno życia” – wyznaje, zamykając jeden rozdział gorzkich życiowych przewartościowań. Egzaltowana, niesłychanie emocjonalna osobowość szuka rekompensaty. I znajduje ją. Gościnny pobyt w „Pawlasówce”, willi znakomitego lekarza Eugeniusza Pawlasa, tarnobrzeskiego „Doktora Judyma”, nastręcza niespodziewaną okazję zawarcia bliskiej znajomości z Emilem Zegadłowiczem. I oto ponownie literatura – tym razem w postaci żywego pisarza, i to jeszcze otoczonego aurą społecznego buntownika i „skandalisty” – wdziera się w życie zdeklarowanego pustelnika. Zegadłowicz szuka właśnie ilustratora do „Motorów”, kolejnej po „Zmorach”, zapowiadającej się znowu jako „nieprzyzwoita” powieści… Żechowski akurat, na kilka tygodni przed poznaniem Zegadłowicza, oglądał na murach Krakowa plakaty „Palimy Zmory” – nawołujące do bojkotu tej książki. To Go zachęciło do lektury i… z wielką ochotą przyjął propozycję pisarza. Podległy stale skrajnym emocjom – rzucił się w wir pracy. Ilustrował jeszcze brudnopis powieści, przysyłane z Gorzenia rękopisy powstających rozdziałów. Zegadłowicz ocenił pierwsze rysunki z zachwytem, ale pisząc do Ruzamskiego, który był przyjacielem rysownika, stwierdził od razu: „To są jego Motory!” I tak było istotnie. W rysunku ołówkowym Żechowski stworzył własną wizję dzieła, wizję tak sugestywną, że pisarz otrzymując pocztą wciąż nowe obrazy… zmieniał nierzadko tekst, „dopasowując” go do plastycznej wersji tworzonej przez rysownika. Obaj twórcy – pisarz i ilustrator – nie przewidzieli ponurego finału:
„Przy wydaniu Motorów – wspomina Żechowski – napotkał Zegadłowicz niemałe trudności. Po konfiskacie Zmór (kołtuneria osiągnęła swoje! – przyp. RW) żaden wydawca nie chciał brać na siebie ryzyka związanego z wydaniem tej nowej powieści. Aż po długich staraniach znalazł się w Wadowicach człowiek, który podjął się tego zadania, w nadziei zysku. Druk Motorów został ukończony w październiku 1937 r. w Drukarni Literackiej w Krakowie. Zegadłowicz w tym czasie chorował, więc zająłem się dopilnowaniem tej sprawy, a zwłaszcza strony graficznej: obwoluty, okładki, inicjałów, ilustracji, i w związku z tym codziennie bywałem w drukarni. Pewnego popołudnia, gdy całość druku była już ukończona, zjawiła się policja i z polecenia Prokuratury Krakowskiej dokonała konfiskaty książki. W przeddzień jednak szczęśliwie udało mi się rozesłać pocztą, na podane przez Zegadłowicza adresy, pewną nieznaczną ilość egzemplarzy powieści zamówionych w przedpłacie. Otrzymali ją znani pisarze polscy oraz przyjaciele i znajomi poety. Nakład wynosił około czterech tysięcy. W jakiś czas potem otrzymałem z Prokuratury Sądu Okręgowego w Krakowie pismo, w którym jako współautor Motorów wraz z Zegadłowiczem zostałem oskarżony o antypaństwowość i niemoralność ilustracji. Byłem tym zaskoczony, lecz pamiętam, że zaraz zająłem się przygotowywaniem obrony, a nawet napisałem sobie jej tekst. Do rozprawy jednak nie doszło, dzięki interwencji Józefa Putka…”
Dodajmy: Żechowski skromnie we wspomnieniu przemilcza, że Zegadłowicz w uznaniu dla dzieła rysownika, podkreślając wyjątkową i autonomiczną wartość obrazów – zlecił wykonanie dwu obwolut, okładek z napisem czołowym: „Emil Zegadłowicz – Motory” i następnej „Stefan Żechowski – Motory”…
Złośliwy ten grymas losu był dla młodego artysty ciosem dotkliwym i kto wie?... może rozstrzygającym. Gdy, tuż po wojnie, zaproponowano Leonowi Kruczkowskiemu, aby właśnie Żechowski wykonał ilustracje do „Pawich Piór” – samotnik z Książa Wielkiego, wegetujący nadal we „wspaniałym, ale głodnym odosobnieniu” – zamówienie przyjął. I cóż za fanaberie przypadku! Jacyś „życzliwi doradcy” namówili Kruczkowskiego, by wykonane już obrazy odrzucił… I to samo zdarzyło się raz jeszcze z ilustracjami dla „Tęczy” Wandy Wasilewskiej – podobno z winy jakiegoś nieporozumienia nie trafiły one na karty tej książki. Tak było, albo inaczej – faktem jest, że wyjątkowy jakiś pech prześladował Żechowskiego w jego „flircie” z literaturą. Dzisiaj tylko nieliczni domyślają się, że obrazy niegdyś wykonane… przecież nadal istnieją! Ilustracje do „Motorów” zdobią ściany dworku–muzeum Zegadłowicza w Gorzeniu koło Wadowic, a wykonane przez pustelnika – sobie a muzom – przez nikogo nie zamawiane rysunki do „Zmór” (powojenne wydanie ukazało się bez ilustracji), podobnie jak i te z cyklu „Pawich Piór” i „Tęczy” podobnie jak tysiące innych prac nigdy i nigdzie nie wystawianych, nie reprodukowanych i krytyce naszej w ogóle nie znanych – zalegają wspomniane czeluście szaf w pustelniczej pracowni w Książu Wielkim… Wiem, że tak jest, bom własnoręczne dobywał z owych szaf rewelacyjne dzieła, by je mogły obejrzeć oczy telewidzów – jeśli kiedykolwiek do emisji mojego filmu dojdzie. Już napisałem: znowu zrządzeniem złośliwego losu (!?) „Pustelnika” nikt nie oglądał, bo któżby chciał włączać drugi program, gdy pierwszym kanałem „leci”… sam Mastroianni w głośnym kryminale!
Ci jednak, którzy jakimś trafem film obejrzeli, mogli po jego emisji usłyszeć na temat Żechowskiego taką oto dysputę dwóch wtajemniczonych mężów:
Andrzej Osęka: – Co się panu przypomina, gdy pan ten film ogląda?
Szymon Kobyliński: – Nie tylko „co”, ale „ilu” naraz! A wszystko razem wziąwszy – jest to ten Żechowski, artysta całkiem osobny… To najdziwniejsze!
Osęka: – Jego wypowiedź o Grottgerze…
Kobyliński: – Grottger i Matejko i tylu innych, co szli tą samą drogą, ba! Nawet Bronisław Linke, który przetworzył tradycję i zrobił z niej coś własnego…
Osęka: – Mnie przychodzi na myśl Bruno Schulz. Mam na myśli sceny literackie, domenę wyobraźni.
Kobyliński: – Żechowski wyszedł z Grottgera, ale przekroczył akademicką doskonałość i nazbyt grzeczną konwencję swego nauczyciela.
Osęka: – …Wprowadza on deformacje których Grottger bałby się po akademicku. Stosuje sobie tylko właściwe pomniejszenia i powiększenia, i tworzy rysunek bardziej syntetyczny, mniej naturalistyczny…
Kobyliński: – Żechowski jest chyba obecnie jednym z niewielu, a może nawet, ostatnio, jedynym, który tworzy własne źródło światła oświetlające jego obrazy… I to jego przywiązanie do ołówka! Ani razu nie zauważyłem w kadrze śladu pędzla…
Osęka: – Te jego prace to już nie rysunek, ale rzeźba! On buduje te obrazy z niesłychanym napięciem i z taką szaleńczą pracowitością, jakby tworzył przedmioty z porcelany, kości słoniowej…
Kobyliński: – I chropowatej gliny!
Osęka: – …Budowanie świata punkt po punkcie w nieustannym napięciu czystej wyobraźni…
Kobyliński: – Wyobraźnia lęgnąca w sobie jakieś niezwykłe metafory ludzkiego losu, świat niesamowitych deformacji, „przerażających brzydactw” i nadzwyczaj „pięknych cudowności”…
Osęka: – Może… nazbyt „pięknych piękności”…
Kobyliński: – Ależ tak! Bo on jest obdarzony wielkim poczuciem humoru i poczuciem satyry… Przerysowuje swój świat jakby z najzwyklejszych klisz, z takich sloganów, jak „walka dobra ze złem”, „kobiecość erotyczna”, „groza istnienia” – i tworzy ni stąd, ni zowąd rzeczy całkowicie własne, wstrząsające, głębokie…
Osęka: – Widzę w tym nie satyrę, ale demonologię: jego kobieta jest zawsze piękna, ale raczej zjawiskowa, jest już bardziej esencją kobiecości niźli konkretnym ciałem…
Kobyliński: – Jego śmiałość w rysunku erotycznym nie ma nic wspólnego z pornografią! Jest to tylko apoteoza romantycznej miłości.
Osęka: – Bo Żechowski należy do ginącego plemienia moralistów, którzy odwołują się do rzeczy elementarnych, do pojęć pospolitych i jakby zaniechanych, do wyobrażeń o pięknie, które mamy przed oczami, a które pomijamy, do pojęcia brzydoty, która jest tuż obok, a została przez nas jakby oswojona…
Kobyliński: – I w tym widzeniu świata satyrycznym i demonicznym, romantycznym i egzaltowanym, w napięciu emocji dochodzącym do zenitu, a wreszcie – w wyrafinowanym użyciu rysowniczego majsterstwa – jest Stefan Żechowski zjawiskiem w naszej sztuce całkowicie wyjątkowym…
Słuchałem, rzecz jasna, tej dyskusji z napiętą uwagą, bo mam w pamięci cały rejestr dziwacznych okoliczności, które Żechowskiego po dziś dzień ze sceny polskiego życia artystycznego uparcie spychają… Nawet Andrzej Osęka, krytyk świetnie rozeznany, objawił nieświadomość sytuacji, mówiąc w pewnym momencie rozmowy z Kobylińskim: „Żechowski, długie lata nieobecny, teraz ma wystawy i jest odkrywany…” Prawdą jest przecież, że po wojnie nie miał Żechowski ani jednej wystawy zbiorowej!!! Tylko raz jeden w krakowskiej galerii „Pryzmat” (1972 r.) wystawiono 80 rysunków do „Zmór” i „Motorów”, co zostało pokwitowane „aż” w dwóch skąpych recenzjach… Ilustracje do „Motorów” wróciły na wilgotne ściany w Gorzeniu, gdzie (sam widziałem w trakcie filmowania) toczy je robaczek jakiś pracowity… Ukazała się po wojnie tylko jedna książka z ilustracjami Żechowskiego: „Na srebrnym globie” Żuławskiego. Marny szary papier, liche, brudne reprodukcje… Gdym w roku 1974 zwrócił się do Wydawnictwa Literackiego w Krakowie, proponując do wydania wypożyczony mi maszynopis sporej części „Dziennika” – wydawca entuzjazmu nie wyraził… Jedynie Andrzej Banach, tylko on jeden z piszących u nas o sztuce, w swoim dziełku „O polskiej sztuce fantastycznej” (WL, Kraków 1968) poświęcił stronic kilka zapoznanemu twórcy. Dostrzegł Banach zaledwie cząstkę twórczości Żechowskiego. Jego rysunki o tematyce erotycznej: „Rysunki te mają charakter wizyjny, są plastyczną legendą erotycznych snów…” To Banachowi właśnie zawdzięcza Żechowski wystawę w Brukseli, która była „odkryciem” tego twórcy na Zachodzie. Zgodnie z porzekadłem, że „nie jest się prorokiem w swoim kraju” – pośród pochwał tamtejszej krytyki padła propozycja Sternberga, paryskiego wydawcy znanej encyklopedii sztuki erotycznej („L’amour sensuel”), umieszczenia w tym dziele rysunków pustelnika z Książa (jeden obraz na okładce!) – jako „najciekawszych w polskiej panoramie erotyków malarskich”…
Nie ma u nas ani jednej książki, monografii czy okazyjnego katalogu, w którym można by przeczytać choć zdanie (wyjąwszy dwie prace Andrzeja Banacha) o Stefanie Żechowskim z Książa Wielkiego. Można by sądzić, że artystów tej miary sieją na pęczki… Jedyny katalog, jaki u Żechowskiego znalazłem (u niego trzeba coś „znaleźć”, bo On sam niczego na pochwałę swoją nie podsunie…) – to był katalog wystawy Jego rysunków w galerii Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, dokąd wraz z teką, liczącą 65 prac, Żechowski w 1974 pojechał. Jakież było celników na granicy, a potem i moje, zaskoczenie, gdy się okazało, że ten odmieniec wiezie z powrotem do Polski wszystkie prace!
– Nie mogłeś sprzedać? – zapytałem z rozpędu.
– Ja moich prac robionych dla siebie samego – nie sprzedaję. Dla pieniędzy, na obstalunek, robię tylko portrety. Z tego w najgorszych chwilach jakoś się utrzymywałem…
„Wariat, stuknięty!” – powiedzą ci wszyscy, którym taka postawa do gustu nie przypada. O tej właśnie kategorii „trzeźwo myślących” myślałem podając komentarz do ostatniej sekwencji filmu „Pustelnik”:
…Jego postawa jest nazbyt wyjątkowa, by mogła budzić łatwą aprobatę i uznanie. Mistrzowski rysunek odręczny wywołuje podziw, ale i zazdrość, w czasach gdy rysunku „wstydzą się” liczni artyści. Odosobnienie w prowincjonalnym zaciszu prowokuje do podejrzeń: czy aby nie jest ono objawem wyniosłej wzgardy wobec wszystkiego, co mieni się nowoczesnością i awangardą w sztuce, a co bywa często pawim błyskiem mody, mistyfikacją, bełkotem… Bo jakże tu uznać i docenić kogoś, kto stworzył sobie byt tak niepodległy w czasach tłumnej pogoni za nowinkami sezonu?
STEFAN ŻECHOWSKI
Przybłęda
(Fragment „Dziennika”)
Szkoła szybko wystudziła mój zapał i przyniosła zupełne rozczarowanie.
Głównym przedmiotem była tu nauka budowy ornamentu. Wykładał ją profesor Karol Homolacs, człowiek niepospolitego umysłu; wysoki o mocnej budowie ciała i łagodnej, smutnej twarzy, o oczach pełnych głębokiej zadumy. Krótko przycięta siwa broda i kształtna łysa czaszka – upodabniały go do Jacka Malczewskiego. Jego wykłady łączyły filozofię z teorią sztuki oraz historią kultury. Wzbogacone anegdotą i refleksją były niezwykle interesujące. Jednak sam przedmiot ornament, jego istota i struktura nie budził we mnie żadnego zainteresowania, a nawet nie lubiłem go.
Pozostałe przedmioty to anatomia, perspektywa, historia stylów, historia sztuki oraz geometria wykreślna i wieczorny rysunek aktu.
Był jeszcze jeden przedmiot: formy ogólne. Polegał na projektowaniu małych form architektonicznych i rysowaniu martwej natury. Jego wykładowcą był architekt Ludwik Wojtyczko.
Była to niezwykle oryginalna osobowość. Impulsywny, entuzjastycznie nastawiony do wszelkich wybitnych i oryginalnych zjawisk w sztuce był zarazem otwarty i bezkompromisowy, wybuchowy i serdeczny. Średniego wzrostu, krępy, w ruchach zdecydowany, o regularnych rysach twarzy, czerstwy, o przekrwionych szaroniebieskich oczach, lekko zaczerwienionym nosie i krótko przyciętych siwych włosach był uosobieniem energii. Po tylu latach odczuwam głęboką wdzięczność dla tego człowieka. On jeden w owym okresie największej biedy okazał mi życzliwość, interesował się moim losem i moją sztuką, a nawet zakupił kilka moich rysunków.
Bo chociaż w domu moich rodziców była bieda, nie bywałem jednak głodny. Dopiero tu, w Krakowie, poznałem ją, a więc biedę całą ze wszystkimi jej przypadłościami. Obok rzeczywistego głodu, któremu towarzyszą skurcze żołądka, senność i osłabienie, zimowy chłód bywał także nieznośny. Zdarzało się nieraz, że woda w dzbanku zamarzła. Mieszkałem wtedy na ulicy Kościuszki 43 w podwórzu, w pokoju przerobionym z garażu. Z równie biednym kolegą Mikołajem Sz., Rosjaninem z pochodzenia, typowym, jakby wyjętym z „Biesów” Dostojewskiego jakimś Szatowem, fanatycznym marksistą, bardzo inteligentnym i zdolnym. Znoszone, wytarte ubranie, brak bielizny, dziurawe obuwie, nierzadko bezdomność – stanowiły tej biedy zgraną orkiestrę.
Byłem na pewno najbiedniejszym ze wszystkich chłopców tej szkoły, jak również wiekiem najmłodszym.
Pamiętam, jak nieraz drażnił mnie widok bogatych, wystrojonych panien, które z pewnością z nudów znalazły się w tej uczelni.
Lecz mimo swej opłakanej sytuacji i zapewne śmiesznego wyglądu, bo przybyłem z Książa w swoim mocno już zniszczonym chłopięcym ubranku, w krótkich do kolan spodniach i zapinanej pod samą szyją marynarce, czarnych pończochach i sznurowanych trzewikach – nie czułem żadnego upokorzenia. Ani też potem, kiedy zdzierać zacząłem odzież i obuwie z mojego najstarszego brata, który wzrostem znacznie mnie przewyższał, więc rękawy i mankiety spodni musiałem po prostu zawijać, co od razu rzucało się w oczy.
Miałem jakąś niezdrową świadomość swej wartości; można ją nazwać dumą lub wiarą w swoją przyszłość.
Jedynie co znosiłem z trudem, to głód. Młodość i dobre zdrowie sprawiały, że był to stan nad wyraz bolesny.
Niewielka pieniężna pomoc, jakiej na początku udzielił mi ojciec wyczerpała się, a znając sytuację rodziców o dalszą nie chciałem prosić. Wybrałem zawód wbrew ich woli, liczyli więc na to, a nawet byli pewni, że kiedy mi bieda dożre już do ostatka, wtedy powrócę do domu. Lecz myśl taka w najgorszych nawet chwilach daleką była ode mnie.
Pamiętam jednak taką „chwilę”, którą tu opiszę. Był nią mój pierwszy wymarsz z Krakowa do domu. Nie miałem grosza na autobus. Cena biletu była zresztą niebagatelna, bo siedem złotych, co równało się tygodniowym kosztom wyżywienia.
Było to w przeddzień Wszystkich Świętych. Aby nie budzić gospodarzy wyszedłem z domu bez śniadania wcześnie rano. Zaciągał zimny wilgotny wiatr, kiedy minąłem ulicę Warszawską i znalazłem się za miastem. Niosłem walizkę wypchaną brudną bielizną i na plecach mniejszy tobołek. Z początku dokuczał mi chłód, więc szedłem szybko i wkrótce minął. Była przede mną przestrzeń niemała, bo 56 kilometrów. Miałem nadzieję, że pokonam ją łatwo i jeszcze przed zmierzchem będę w domu. Przeliczyłem się jednak w rachubach i siłach. Co dziesięć kilometrów zmuszany byłem odpoczywać, a za każdym razem dłużej. Na trzecim postoju zjadłem dwie bułki, jakie miałem w kieszeni płaszcza i pokrzepiony ruszyłem dalej.
Zachodni wiatr gnał gęste chmury nisko nad ziemią nawisłe, a około południa zaczął padać deszcz. Siekł ukośnie drobny, zimny, przenikliwy. Szeroka, pełna wybojów droga (dzisiaj autostrada) stała się oślizgła po bokach. Pośrodku w wyrwach świeciły kałuże. Była prawie pusta. Niekiedy mijałem chłopską furmankę lub gromadki gęsi w pobliżu wsi, czasem z pól zrywały się kraczące stada wron.
Powoli zapadał zmierzch. Czerniały dalekie pola na horyzoncie i nagie drzewa przy drodze. Do uszu dochodził przeciągły gwizd wiatru wśród bezlistnych gałęzi. Gęstniała ciemność wokoło. Deszcz nie ustawał, a nawet się nasilał.
Zapadał mrok już zupełny, kiedy minąłem Miechów. Do Książa było jeszcze tylko 15 kilometrów, więc blisko, ale mnie wydawało się w owej chwili bardzo daleko. Byłem zupełnie wyczerpany i głodny. Ręce mi osłabły, a przemoczony tobołek stał się teraz bardzo ciężki. Na plecach, ramionach, kolanach czułem chłodną wilgoć, a pod stopami w dziurawych trzewikach błoto.
Mrok zgęstniał tak, że chwilami nie widziałem przed sobą nic – nawet śladu drogi. Znałem ją, więc poszedłem jej środkiem na oślep. Deszcz gnany wiatrem, zimny ciął wciąż z ukosa, niemal poziomo w lewy policzek i ucho, tak, że woda ściekała mi za postawiony kołnierz, więc przewiązałem go sznurkiem, aby przylegał do szyi. Teraz otoczyła mnie ciemność zupełna, w której nie widać nawet cienia drzewa na niebie, ani krawędzi horyzontu.
Idąc tak na oślep, gdzieś w pobliżu lasu na jednym zakręcie drogi, potoczyłem się z wysokiego brzegu daleko na zaorane pole. Walizka wypadła mi z ręki, a tobołek przeleciał przez głowę. Szukałem ich długo po omacku na klęczkach, aż znalazłem. Ręce, kolana i łokcie oblepiła mokra ziemia. Umyłem je w kałuży, wytarłem o trawę; potem jeszcze raz wywróciłem się w poślizgu kalecząc kolano.
W pewnej chwili wydało mi się żem pobłądził, lub, że po upadku zgubiłem kierunek i wracam. Wtedy ogarnęła mnie rozpacz i byłem bliski płaczu.
Odetchnąłem dopiero w chwili, gdy na wzgórzu dostrzegłem nikłe światełka w oknach. Był to Książ. Resztką sił dotarłem do domu. W ciemnej sieni niepewnie zapukałem do drzwi. Uchylił je ojciec, a gdy ujrzała mnie matka od razu wybuchnęła płaczem przerażona moim wyglądem. Przytuliła mnie do siebie – sam także z trudem hamowałem łzy. Byłem do ostatka wyczerpany, głodny i okropnie zabłocony, niemal oblepiony ziemią.
Nieraz jeszcze chodziłem piechotą do domu, ale żadna moja wędrówka nie była już tak przykra jak ta.
Pierwszą ulgą, jaką zdobyłem postępami w nauce, było zwolnienie w drugim półroczu od wysokich opłat szkolnych.
A jednak uczucie zawodu nie opuszczało mnie. Wszystko, czego się tu uczyłem, było tak niepodobne do moich marzeń i tak dalekie od tego, co już umiałem i tworzyłem i co mimo naiwności było szczerą twórczością, że stan obecny odczuwałem jako cofnięcie się wstecz. Po „Anhellim” rysowanie garnków i krzeseł odczuwałem jako zniewagę.
Jednego wieczoru na lekcji form ogólnych prof. Wojtyczko usiadł przy moim stoliku.
– Co tam chowasz? Pokaż.
Spełniłem życzenie profesora. W teczce były najrozmaitsze rysunki wykonane w domu, a także ukradkiem na nudnych lekcjach, słowem w każdej wolnej chwili.
Były tam brodate, poorane zmarszczkami głowy starców, jasnowłose główki pacholąt, były koźlonogie fauny grające na fujarkach o kręconych rogach i białe nimfy uśpione w leśnym zaciszu, były skrzydlate anioły lecące ponad chmurami i wiele innych.
Profesor patrzył uważnie i długo przez okulary obejmując lewą ręką moje ramię. Czułem płynącą od niego serdeczność. Po chwili półgłosem powiedział:
– Szkoda cię, chłopcze. Marnujesz się tutaj. Chciałbyś być w Akademii? – zapytał, patrząc mi w oczy.
Milczałem, więc dodał zachęcająco.
– Załatwię ci to. Chcesz?
– Dawniej chciałem, nawet bardzo, ale teraz już nie…
– Dlaczego? – zapytał zaskoczony, patrząc mi bystro i przenikliwie w oczy.
– Bo tam także więcej się nie nauczę – powiedziałem cicho.
W jego przekrwionych oczach błysnął gniew.
– Takie to biedne, a takie zarozumiałe – wycedził głośnym szeptem i odszedł.
W jakiś czas potem, znowu usiadł przy mnie, znów objął mnie ramieniem i oglądał nowe rysunki. Był bardzo serdeczny i może nieco pijany, bo czułem woń alkoholu.
Mówił szeptem prawie.
– Co też się roi w twojej głowie. Jesteś inny od nich wszystkich – jesteś nie stąd. Przybłęda z Mlecznej Drogi jesteś – z gwiazdozbioru mlecznej drogiii…

Malarz sennego marzenia

„Echo Dnia Relaks”, nr 4 (2110), 5-6-7 stycznia 1979 r., Kielce, str. 5

Żyje samotnie w Książu Wielkim. Tylko raz, pięć lat temu, urządzono ekspozycję jego obrazów w Krakowie. Oprócz tego trzy wystawy zagraniczne - w Brukseli, Amsterdamie i Nowym Jorku. Samotność tego artysty, wyrażona m.in. odrzucaniem - przez 30 lat - propozycji wystaw, jest wyborem celowym - protestem przeciwko sztuce współczesnej, sięgającej do form abstrakcyjnych.
Stefan Żechowski urodził się w 1912 r. w Książu Wielkim. Studiował w Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Stanisława Szukalskiego. Rok 1937 jest ważną datą w życiu tego artysty. Los zetknął go wówczas z jednym z najbardziej oryginalnych twórców okresu międzywojennego, poetą i pisarzem, Emilem Zegadłowiczem.
- Stało się to - opowiada - dzięki jednemu z moich przyjaciół malarzy, którego Zegadłowicz poprosił o znalezienie grafika, który wykonałby ilustracje do jego nowej powieści „Motory”. Przyjaciel zwrócił się do mnie z tą propozycją. Pisarz zaakceptował wybór i przysłał mi rękopis pierwszych dwóch lub trzech rozdziałów powieści. Rękopis zresztą bardzo nieczytelny i miałem wiele kłopotów z jego odcyfrowaniem. W oparciu o ten tekst wykonałem trzy rysunki, które przyjaciel wysłał do Gorzenia Górnego, gdzie mieszkał wówczas Zegadłowicz. Obecnie znajduje się tam muzeum pisarza, a także 40 moich prac, m.in. ilustracji do „Motorów”. Niedługo potem otrzymałem pełen entuzjazmu i zachwytu dla moich rysunków list Zegadłowicza oraz kolejne rozdziały jego powieści…

Poprzedzająca „Motory” powieść Zegadłowicza pt. „Zmory” wywołała skandal obyczajowy, bowiem pisarz nader odważnie sięgał w niej do tematów erotycznych. Miał więc Zegadłowicz kłopoty ze znalezieniem wydawcy „Motorów”. Wreszcie wydaniem owej powieści zajął się „Sirinks” w Wadowicach - rodzinnym mieście poety. Tym razem wybuchł jeszcze większy skandal. Natychmiast po wydrukowaniu cały nakład powieści został skonfiskowany. „Motory” uznano za powieść pornograficzną.
- Zegadłowicz był wówczas chory - opowiada Stefan Żechowski - udało mi się uratować około 100 egzemplarzy „Motorów” i rozesłać do przyjaciół poety, m.in. Boya-Żeleńskiego, Tuwima, Słonimskiego.
Powieść ta nie została już nigdy wydana i chyba należy żałować, bowiem zmieniły się już nasze wyobrażenia na temat tego, co „przyzwoite” i „nieprzyzwoite”, tym bardziej, że jedną z polskich premier filmowych bieżącego roku będą tak skandaliczne niegdyś „Zmory”.
Od 1937 roku datuje się przyjaźń Stefana Żechowskiego i Zegadłowicza.
- Potem dość często odwiedzałem Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Zbierali się tutaj znani malarze i pisarze. W Gorzeniu poznałem i zaprzyjaźniłem się z Leonem Kruczkowskim. Spotkałem tutaj także Wandę Wasilewską. Podobno schroniła się w Gorzeniu przed aresztowaniem.

Malarstwo Stefana Żechowskiego w pierwszej chwili budzi zaskoczenie, które w trakcie oglądania kolejnych prac przemienia się w zachwyt dla specyficznej urody tej sztuki. Fotograficzna niemal dokładność w oddaniu szczegółu, a z drugiej strony - nastrojowość sennego marzenia. Artysta dokonuje zabiegu niemal niemożliwego. Jasne, delikatne barwy, naturalistyczne przedstawienie tematu zamiast rzeczywistości przywodzi na myśl obrazy wyśnione, bo tylko one bywają tak intensywne, tak cudownie barwne. I malarstwo to, podobnie jak sny, obsesyjnie wraca do tego samego tematu. Jest to obraz kobiety - uroczej i nierealnej, o twarzy pięknej lalki z pociągniętymi tuszem długimi rzęsami i ustami o czerwieni, którą nadać może tylko kredka do warg. Twarz kobiety w makijażu, więc w masce, która odbiera jej realność. Kobieta z jednej ilustracji do „Motorów”, przedstawiającej scenę miłosną, ma oczy obwiedzione grubymi czarnymi kreskami, tworzącymi rzeczywiście zarys maski, nadającymi szklaną, martwą świetlistość jej źrenicom. Artysta śni swój sen o niej i o sobie, bo twarz towarzyszącego kobiecie w niektórych obrazach mężczyzny jest jego autoportretem. Gdy rysuje ilustracje do „Świtezianki” Mickiewicza, urocza rusałka właśnie jego wciąga w toń jeziora.
- Ta kobieta - mówi artysta - nie jest tylko wytworem mojej fantazji. Istniała rzeczywiście. A w moim malarstwie stała się symbolem piękna, urody i życia.

Wiele obrazów i rysunków Żechowskiego inspirowanych jest przez dzieła literackie - Mickiewicza, Kasprowicza, Leśmiana, Żuławskiego, Poego, Dostojewskiego. Obok twórczości nawiązującej do wyobrażeń snu i fantazji, tworzy cykle wspaniałych portretów, cykl nawiązujący do wstrząsających wydarzeń ostatniej wojny. W każdym przypadku budzi zachwyt wspaniały warsztat malarski Żechowskiego. Jego czarno-białe rysunki potrafią wydobyć ciepło i świetlistość pięknego ciała kobiety. Głowa dziewczyny wykonana pastelem sprawia wrażenie utkanej z lekkiej, barwnej mgły. Jest to artysta, który ze wszech miar nie zasłużył na zapomnienie. Artysta, choć odżegnujący się od współczesnych prądów w sztuce - bardzo nowatorski.

Ewa Ziółkowska-Darmas

PRZYBŁĘDA Z GWIAZDOZBIORU MLECZNEJ DROGI

„Literatura”, 12.10.1978, nr 41, str. 13
Hanna Galska

W ciągu ostatnich kilku lat możemy zaobserwować zainteresowanie epoką literacką Młodej Polski oraz symbolizmem w sztuce. „Młodopolski świat wyobraźni” urzeka nas i fascynuje, o czym świadczą coraz liczniejsze prace badawcze.
Jedna z ostatnich prac ukazała się pod takim właśnie tytułem w Wydawnictwie Literackim w Krakowie, w ostatnim kwartale roku 1977. Jest to zbiór studiów różnych autorów, którzy próbują w nowy zupełnie sposób scharakteryzować typowe elementy młodopolskiej wyobraźni. Do obszarów wyobraźni zaliczyć można zarówno obraz, symbol, mit, jak też sen czy marzenie. Warto może w związku z tym uzmysłowić sobie fakt, że mamy w Polsce artystę, który swoją twórczością, niezwykłą wyobraźnią plastyczną nawiązuje do typu wyobraźni młodopolskiej.


Stefan Żechowski - malarz, który prowadzi samotnicze życie w Książu Wielkim, był przed laty przyjacielem Emila Zegadłowicza i doskonałym ilustratorem jego dzieł. Wykonał ilustracje do powieści Zmory i Motory. Współpraca z tak skandalizującym autorem, jakim w owych czasach był Zegadłowicz sprawiła, że Żechowski w równym stopniu, co autor „nieprzyzwoitych” powieści musiał ponosić odpowiedzialność za obrazę moralności publicznej. W roku 1937 Prokuratura Krakowska dokonała konfiskaty Motorów, do czego wydatnie przyczyniła się strona plastyczna książki. Ilustracje Żechowskiego były tak doskonałe, że na okładce książki figurował on jako współautor Motorów. Żechowski narzucił swą wizję plastyczną tak dalece, że Zegadłowicz zmuszony był niejednokrotnie zmieniać tekst literacki, dopasowując go do ilustracji. Niezwykły to przypadek w dziejach naszej literatury. Los sprawił, że ilustracje do Motorów żyją odrębnym życiem, gdyż książka zachowała się w zaledwie kilku egzemplarzach rozesłanych wśród przyjaciół. Ilustracje wykonane przez Żechowskiego znajdują się obecnie w Muzeum Zegadłowicza w Gorzeniu. W roku 1972 krakowska galeria „Pryzmat” zaprezentowała publiczności 80 rysunków do Zmór i Motorów. W planach wydawniczych na najbliższe lata projektuje się wydanie dzieł zbiorowych Zegadłowicza. Dobrze byłoby gdyby obydwie części Motorów - literacka i plastyczna - ukazały się w pierwotnym kształcie.
Przybłęda z Gwiazdozbioru Mlecznej Drogi - jak mówił o Żechowskim jeden z profesorów Krakowskiej ASP, niedługo gościł w jej murach. Odbiegający od przyjętego w uczelni - typ wyobraźni plastycznej Żechowskiego skłonił go do porzucenia studiów. Owa izolacja od środowiska artystycznego, tak dziś niepojęta, gdy zabiegi o reklamę własnej twórczości nie przynoszą ujmy artyście i są powszechnie akceptowane - jest, jak się okazuje, świadomym wyborem, a nie ucieczką. Wiele przyczyn na to się złożyło, ale warto podkreślić, że często pod wpływem lektur takich pisarzy, jak Nietzsche, Dostojewski, Poe - malarz podejmował ważkie decyzje.
Już po wojnie dostrzegano pokrewieństwo Żechowskiego z młodopolskim symbolizmem. Ilustracje do fantastycznej powieści Żuławskiego Na srebrnym globie zyskały swą precyzyjnością rysunku dość duże uznanie.
Nowoczesne malarstwo polskie T. Dobrowolskiego, odnotowuje, że niezwykła wyobraźnia plastyczna Żechowskiego łączy wizyjność z realizmem, wierność szczegółów z nieuchwytną atmosferą sennych majaków wyraźnie nawiązując do młodopolskiego symbolizmu i wyobraźni typu surrealistycznego.
A zatem nader kuszące staje się pytanie, w jaki sposób Stefan Żechowski zilustrowałby modernistyczne powieści, np. powieści Przybyszewskiego? Obsesyjna wizja majaków sennych, demoniczne rysy w ujęciu kobiecych postaci, fascynacja sprawami płci oraz częste przedstawienie świata w koszmarnych wizjach, te cechy malarstwa Żechowskiego nieźle przystają do niektórych obszarów artystycznej wyobraźni Przybyszewskiego.
W roku 1917 w Wydawnictwie Instytutu Literackiego „Lektor”, którym kierował Przybyszewski ukazała się głośna powieść Ewersa - Alraune. Notka reklamowa głosiła, iż jest porywającą zastępy czytelników nadzwyczajnie pomysłową koncepcją sztucznego człowieka i niezwykle oryginalnym ujęciem duszy kobiecej. Przybyszewski zapewne długo myślał nad tym, komu powierzyć projekt okładki, gdyż była to pierwsza pozycja „Lektora”, która miała zadziwić czytelników. Projekt do Alraune wykonał Władysław Witwicki. I oto po raz pierwszy w Polsce ukazała się książka z obnażoną damą na okładce. Owa okładka stała się przyczyną bojkotu powieści i ogromnego oburzenia a zarazem niezwykłej poczytności.
W roku 1936 - jak już wspomniano - do podobnie skandalizującej sytuacji doszło z powodu ukazania się Motorów Zegadłowicza z ilustracjami Żechowskiego. Spółka autorska Zegadłowicz-Żechowski została wystawiona na ogniową próbę mieszczańskiej pruderii, co omal nie zakończyło się procesem sądowym o obrazę moralności publicznej.
Twórczości Przybyszewskiego często zarzucano pornografię. Gdyby doszło do współpracy z Żechowskim, mogłaby się ona okazać istotną mieszanką piorunującą dla ówczesnych „mydlarzy”. Zegadłowicz znając Przybyszewskiego z okresu współpracy w poznańskim „Zdroju” - organie ekspresjonistów, twierdził po latach, że gdyby autor - Dzieci szatana potrzebował ilustratora swych dzieł - to idealnego znalazłby właśnie w Stefanie Żechowskim.
Oto fragment niedrukowanych jeszcze wspomnień Żechowskiego z rozdziału O Przybyszewskim:
„Jesienią, pewnego pochmurnego, rozdeszczonego popołudnia siedząc w bibliotece nad monografią Felicjana Ropsa wpatrzony w rysunek przedstawiający „Szatana siejącego obłęd” usłyszałem kroki na schodach. Był to Zegadłowicz. Zbliżył się do stołu i spojrzał na otwartą książkę.
- Ach, to Rops.
Wiesz, niedawno myśląc o tobie i twoich rysunkach stanął mi przed oczyma Przybyszewski. Gdyby znał twoją sztukę, twoje koszmary, wizyjność i twoją fascynację kobietą, jej ciałem, jej pięknem, jej demonizmem - no i twoją formę tak przylegającą do treści - byłby na pewno nie mniejszym ode mnie wielbicielem twojego talentu i bardzo cieszyłby się tobą”.
We wspomnianym „Lektorze” w roku 1922 ukazało się zbiorowe wydanie dzieł Przybyszewskiego, które zdaniem biografa Przybyszewskiego - prof. Helsztyńskiego - nie należy do chluby tej firmy wydawniczej. Czy los tego wydania byłby odmienny, gdyby ilustracje do niektórych przynajmniej tomów tego cyklu - powierzono Stefanowi Żechowskiemu? W jakim stopniu twór Przybyszewskiego uległby zmianie, czy tak, jak to miało miejsce w przypadku Zegadłowicza zmieniającego tekst, by nastrojem dorównywał ilustracjom.
Pytania te, jeśli wolno pofantazjować autorce niniejszego szkicu - byłyby może bez znaczenia, gdyby nie fakt, że Stefan Żechowski, porządkując obecnie swoje wspomnienia, poświęcił w nich odrębne miejsce Przybyszewskiemu. I kto wie, czy rozdział o Przybyszewskim nie okaże się najtrafniejszym komentarzem do obrazów przedstawiających kobiety.
Kobieta pojawiająca się na obrazach Żechowskiego jest potęgą i naturą, jest pięknem i dobrem. Żechowski głęboko wierzy w jej zdolności ujarzmienia mężczyzny i stłumienia agresywnych popędów poprzez rozbudzenie w nim pragnień erotycznych. Ale również występuje u Żechowskiego kobieta demon. Mimo pozornej uległości i łagodności rysów potrafi ona zdominować mężczyznę. Żechowski niekiedy świadomie ucieka się do deformacji w proporcjach ciała mężczyzny i kobiety. W obrazach takich, jak np. „Mleczna droga” czy „Muza” szczegóły kobiecego ciała są wyolbrzymione jak we śnie, który z podniecającej fantazji przekształca się w niepokojący koszmar. Pokazują one jak mały jest mężczyzna wobec niszczącej siły kobiety. Ów demonizm blisko koresponduje z ową „fatalną siłą płci” głoszoną przez Przybyszewskiego. Dialog o Przybyszewskim prowadzony na kartach pamiętnika z Zegadłowiczem wskazuje na to, iż Żechowski mocno był przejęty demonizmem Przybyszewskiego, jego nagą duszą opętaną seksem. To Przybyszewski obdarzył kobietę demoniczną żądzą zniszczenia, przełamując uświęcone tabu w literaturze zapoczątkował ruch women’s liberation w dziedzinie literackich postaci kobiecych, dając im równouprawnienie w dziedzinie seksu. Przerysowując pewne zjawiska w sferze zmian obyczajowych widział kobietę w sposób surrealistyczny i zarazem groteskowy.
Oto typowy opis kobiety - tancerki z powieści Krzyk: „Kobieta ta, którą przed chwilą widział jakby senną i ociężałą stanęła jak w ogniu: sypkie czarne włosy rozwiały się zwichrzoną falą, na wszystkie strony, z gardła jej wyrywały się krótkie świszczące krzyki, ramiona splątane w górze, to znowu rozkrzyżowane w obie strony, ziemi sięgające, to znowu w nagłych podrzutach wylatujące w górę, wydały się wężami w lubieżnych zgięciach, w chciwych skokach, w pełzającym podstępie i żądnych, łaszących się czołganiach…”.
Bohaterowi powieści - malarzowi obserwującemu tę scenę wydaje się, że to sen. Znamienne, że opis ten to spojrzenie na kobietę z punktu widzenia malarza. Owa wizyjność sceny, w której kobieta „przeistoczyła się w rozpasaną potworną menadę” - to przykład demonicznego widzenia kobiety przez Przybyszewskiego. Gdyby wizja ta mogła być wsparta obrazami Żechowskiego może doszłoby do projektowanej kiedyś książki Sny na jawie. I choć w zamierzeniu tematycznym rzecz miała być atakiem na tandetną sztukę religijną (obrazy miał wykonać Jerzy Hulewicz) - to kto wie, czy ów zamysł artystyczny nie byłby spełniony poprzez zestawienie tekstów Przybyszewskiego i obrazów Żechowskiego. I może byłby to atak na tandetną literaturę erotyczną - bo przecież ileż tandetnych wzorów źle pojętej „przybyszewszczyzny” wciąż jeszcze znajduje odbiorców. Niniejszy szkic nie pretenduje do wyjaśnienia źródeł ani też oceny twórczości Stefana Żechowskiego, pragnie jedynie zwrócić uwagę na pewne jej literackie motywy, które mogą obecnie spotkać się z dużym zainteresowaniem.

OSTATNI ROMANTYK

„Literatura”, 6 sierpnia 1981 r., s. 7-8

Tadeusz Wiącek

Samochody nie zatrzymują się tutaj, najwyżej zwalniają swój bieg. Ruchliwa, międzynarodowa trasa E-7, od Kielc w kierunku Krakowa, między Jędrzejowem a Miechowem leży mała miejscowość, właściwie wieś - Książ Wielki. Jeśli ktoś zboczy w jego wąskie uliczki, może spotkać jednego z najniezwyklejszych polskich artystów o międzynarodowej sławie. W Książu znają go wszyscy, w kraju niewielu. Przystojny pan w eleganckim kożuchu i futrzanej czapce, wygląda jakby niedawno przekroczył pięćdziesiątkę. Gdy spaceruje uliczkami Książa, zatrzymuje się by pogawędzić ze znajomymi, przypomina bardziej aptekarza niż artystę o wybujałej fantazji i oryginalnych wizjach…
Przybyszowi trudno odnaleźć jego niewielki, murowany domek przy cichej, parterowej ulicy. Na furtce tabliczka - STEFAN ŻECHOWSKI, artysta malarz. U drzwi wejściowych stara kołatka.

KRAKOWSKIE POCZĄTKI
Jego rodzice mieszkali w Książu Wielkim już na początku naszego wieku. Stefan urodził się 19 lipca 1912 roku. Miał siedemnaście lat, kiedy wyjechał do Krakowa. Marzyły mu się studia w Akademii Sztuk Pięknych, ale nie miał matury i trzeba było zrezygnować z ambitnych zamierzeń. Wiedział jednak, że musi zostać malarzem. Zgłosił się więc do krakowskiej Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego. Przyniósł zestaw swoich ilustracji do Anhellego Juliusza Słowackiego, już wtedy inspirował się literaturą. Te rysunki wystarczyły, by przyjęto go bez egzaminów. Wkrótce jego prace wzbudzały już zachwyt nauczycieli.
„Rysunek to uczciwość sztuki” - powie Stefan Żechowski w roku 1981. Już wtedy, przeszło pięćdziesiąt lat temu, jego fantastyczne, baśniowe kompozycje rokowały niepospolity talent. Za pośrednictwem jednego z nauczycieli młody artysta poznał wówczas głośnego krakowskiego rzeźbiarza i rysownika, Stanisława Szukalskiego. Oczarowany pracami chłopca z Książa, w niedługim czasie stał się jego mecenasem. Zorganizował pierwszą wystawę rysunków Żechowskiego, a potem włączył go do stworzonej przez siebie grupy artystycznej o osobliwej nazwie - Szczep Rogate Serce. Wtedy to młody adept sztuk pięknych poznał innych, niewiele od niego starszych artystów - Antoniego Bryndzę, Wacława Boratyńskiego, Mariana Konarskiego, czy Franciszka Fronczka. Mistrz nie narzucał im swojego stylu. W owym czasie Szukalski był pod wpływem grafiki japońskiej, sztuki Majów i Azteków (jego żona była Amerykanką), a młodzi ze Szczepu Rogate Serce pragnęli osiągnąć perfekcję rysunku głównie przez ćwiczenia z pamięci. Unikali więc malowania natury, nie potrzebowali modeli. W ciągu kilku lat wystawiali swoje prace w całej Polsce oraz w… Chicago, dzięki amerykańskim kontaktom Szukalskiego.
Ten okres, poświęcony nauce i poszukiwaniom twórczym, zostawił bodaj najtrwalszy ślad w sztuce Żechowskiego. Doprowadził wtedy do mistrzostwa swój rysunek z pamięci, ciągle szukał inspiracji w literaturze, zwłaszcza polskiego romantyzmu.
Przyszedł jednak czas, że trzeba było zerwać z Szukalskim. Rozstanie ucznia z mistrzem nastąpiło właściwie z jednego powodu. Stanisław Szukalski zaczął mocno sympatyzować z faszyzmem, zdecydował się na zaprojektowanie pomnika Mussoliniego. Artyści ze Szczepu Rogate Serce musieli poszukiwać swoich indywidualnych dróg. Żechowski odłączył się wtedy i od mistrza i od nich. Podobno Stanisław Szukalski dobiegający dzisiaj dziewięćdziesięciu lat, żyje gdzieś w Kalifornii…

SPOTKANIE Z ZEGADŁOWICZEM
W środowisku krakowskiej cyganerii artystycznej poznał Żechowski znanego akwarelistę i fraszkopisarza Mariana Ruzamskiego. Zaprzyjaźnili się, a pan Stefan ma do dziś swój portret wykonany przez Ruzamskiego. Dzięki tej przyjaźni mogła rozpocząć się niezwykła przygoda artystyczna z Emilem Zegadłowiczem. Właśnie Ruzamski przekonał pisarza, by pierwsze rozdziały swojej nowej powieści Motory przesłał młodemu grafikowi z propozycją ich zilustrowania. Żechowski wysłał Zegadłowiczowi trzy pierwsze rysunki, które niesłychanie wiernie, ale i oryginalnie oddawały klimat tej prozy. Odtąd zaczęła się osobliwa korespondencja między nimi. Zegadłowicz przesyłał Żechowskiemu kolejne rozdziały Motorów, a ten odsyłał mu je razem z ilustracjami. Doszło nawet do tego, że plastyk wykraczał poza ilustracje i tworzył kompozycje nie związane wprawdzie z treścią poszczególnych rozdziałów, ale oddające atmosferę i ducha powstającej książki. Gdy za pośrednictwem Ruzamskiego, rysunki te trafiły do Zegadłowicza, postanowił… dopisać nowe fragmenty Motorów, które komponowałyby z „wyprzedzającymi” ilustracjami Żechowskiego. Mało kto pamięta dzisiaj o tych losach powstania powieści.
Pisarz uważał ilustratora niemal za współautora Motorów. Gdy powieść z rysunkami Żechowskiego wydrukowano w nakładzie trzech tysięcy egzemplarzy, stała się głośnym skandalem. Prokurator wydał polecenie policji, by skonfiskowała cały nakład. Na szczęście, przed wkroczeniem policjantów do drukarni, udało się Żechowskiemu zabrać około stu egzemplarzy powieści. Ale i Zegadłowiczowi, i autorowi ilustracji groził proces o obrazę obyczajów. Zarzucano Motorom nie tylko niemoralną treść, lecz i równie niemoralne rysunki. Proces nie odbył się jednak dzięki wstawiennictwu znanego działacza ludowego, Józefa Putka, co nie znaczy, że pisarz i grafik nie przeżyli miesięcy pełnych obaw. Spośród ocalonych egzemplarzy Motorów Żechowski przesłał niektóre przyjaciołom pisarza - Kruczkowskiemu, Boyowi-Żeleńskiemu, Tuwimowi, Wasilewskiej.
Swoje spotkanie z Zegadłowiczem wspomina Żechowski bardzo ciepło (cytuję za Ewą Ziółkowską-Darmas):
- Było to w styczniu 1937 roku. Wysiadłem na stacji w Wadowicach, gdzie czekali na mnie przyjaciele pisarza i jego córka Atessa. Nikt z witających mnie nie znał, ale na szczęście wysłałem wcześniej pocztówkę z rysunkiem własnej sylwetki. Do Gorzenia, odległego o trzy kilometry, poszliśmy na piechotę. Dom stał w rozległym parku. W sieni zobaczyłem dwie rzeźby diabłów i początek napisu: „Złe myśli ostaw diabłom…”. Nie dokończyłem czytania, gdy ukazała się nieduża postać gospodarza. „Witaj, witaj - powiedział - niech uścisnę te ręce, co tak pięknie rysują”. Jednak spacer po Gorzeniu, podczas którego doszczętnie przemokły mi buty, przypłaciłem grypą… W Gorzeniu rysowałem projekt obwoluty do Motorów. Niebawem przyjechała tutaj Wanda Wasilewska, która podobno schroniła się u Zegadłowicza przed aresztowaniem. Pamiętam jej bardzo ciekawe polemiki na tematy społeczne i polityczne. Opowiadała wówczas o Stalinie i Karolu Świerczewskim. Tutaj poznałem Andrzeja Piwowarczyka, który napisał poemat Nad Wisłą grają traktory, a ja wykonałem do niego osiem ilustracji. Teraz, po latach, uważam, że był to jeden ze znakomitszych utworów nurtu socrealizmu. U Zegadłowicza bywało wielu innych literatów i malarzy, m.in. Broniewski, Kruczkowski, Pronaszko, Ludwik Misky, który malował portrety Zegadłowicza… Zegadłowicz był najbardziej pracowitym człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu. Nie wiem nawet, jak zdążył odpisywać mi na wszystkie listy. Bardzo pięknie mówił, improwizował. Krążyła wówczas opinia, że tak wspaniale potrafi mówić jeszcze tylko Ignacy Witkiewicz. Mieszkałem w pokoju „niebieskim”, obok pracownik Zegadłowicza. W nocy najczęściej nie spał, zajmował się pisaniem. Czasem słyszałem jego jęki, był już wtedy chory na raka. Po śmierci kazał się pochować z czerwonym sztandarem i moim obrazem Rok 1936 we Lwowie.
Dzisiaj w Gorzeniu Górnym, gdzie po śmierci pisarza rodzina urządziła muzeum Zegadłowicza, można obejrzeć w pokoju żony autora Domku z kart - cykl ilustracji Stefana Żechowskiego do Motorów, a także inne obrazy artysty.
Skandal wywołany przed wojną pierwszym wydaniem Motorów, przynosi Żechowskiemu pecha aż do dnia dzisiejszego. W latach pięćdziesiątych Wydawnictwo Literackie zamówiło u niego ilustracje do nowego wydania Zmór Zegadłowicza (w edycji międzywojennej ich autorem był Zbigniew Pronaszko). Stefan Żechowski wykonał dwadzieścia rysunków, ale w tym czasie odszedł z Wydawnictwa Literackiego dyrektor, który podpisał z nim umowę. Jego następca postanowił wydać Zmory bez ilustracji i praca artysty znowu poszła na marne. Jak wieść niesie, Wydawnictwo Literackie nosi się z zamiarem ponownej edycji Zmór. Może tym razem zdecyduje się na wydanie z rysunkami Żechowskiego? Z kolei Wydawnictwo Łódzkie zamierza podobno opublikować skonfiskowane przed wojną Motory. Ale jak dotąd, nikt nie zwrócił się do Żechowskiego o ilustracje tak integralnie związane z tą książką. Gdyby Motory ukazały się bez tych rysunków, mielibyśmy następny skandal wydawniczy. Przecież sam Zegadłowicz nie wyobrażał sobie tej książki bez rysunków Stefana Żechowskiego. W dodatku stracono by szansę udostępnienia tysiącom czytelników zapomnianych, znanych dzisiaj tylko z muzeum w Gorzeniu Górnym, znakomitych ilustracji, które również inspirowały pisarza.

PROJEKTANT ZNACZKÓW
Lata wojny odbiły się również na twórczości Stefana Żechowskiego. W czasie okupacji hitlerowskiej powstały jego niezwykłe cykle rysunków - Ziemia ukrzyżowana, Ponure widzenia, Chora ziemia. Mają ogromną siłę wyrazu, przemawiają równie mocno, jak słynne dzieła Linkego, choć są tak od nich różne. Ponure i okrutne są wizje Żechowskiego, pełne tragizmu, rozpaczy i beznadziejności, ludzi-szkieletów, podążających w otchłań, jak w pracy pt. Droga do śmierci. Robią wstrząsające wrażenie.
W mieszkaniu artysty przeglądam albumy z pracami graficznymi. Głównie ilustracje do dzieł Mickiewicza. Z sąsiedniego pokoju Stefan Żechowski przynosi duży portret brata Alberta, czyli znakomitego malarza, Adama Chmielowskiego. Teraz o nim głośno, dzięki krakowskiej premierze sztuki Karola Wojtyły Brat naszego Boga, poświęconej bratu Albertowi. Gdyby nie to wydarzenie (nie tylko artystyczne), pewnie dalej nikt nie pamiętałby o wspaniałej postaci artysty, który zrezygnował z twórczości, by przez prawie trzynaście lat (1887-1916) nieść pomoc najbiedniejszym. Żechowski przynosi następne portrety brata Alberta. To cały tryptyk tworzony w czasach, gdy o Adamie Chmielowskim było głucho. Ale ten pierwszy, największy portret zaczyna mi coś przypominać. Tak, tę samą twarz widziałem przeszło trzydzieści lat temu na… znaczku pocztowym.
Żechowski uśmiecha się.
- To ja projektowałem ten znaczek - mówi - w roku 1947. Zwrócono się do mnie wtedy, bym opracował projekty znaczków do serii „Kultura polska”. Zaproponowałem oczywiście Mickiewicza, Kopernika… ale na niego się nie zgodzono. W jego miejsce dałem Marię Curie-Skłodowską… no i brata Alberta. Krzywiono się, ale byłem uparty i znaczek ukazał się. Jeszcze w tym samym roku wydano następny mój znaczek z bratem Albertem, z nadrukiem Pomoc zimowa 1947/48, znacznie droższy od tego z serii… Potem dowiedziałem się, że za wydrukowanie tych znaczków zwolniono z pracy ówczesnego dyrektora poczt i telegrafów.
- Czy na tym skończyła się pana „przygoda” z filatelistyką?
- Nie. Zamawiano u mnie następne projekty. W latach 1947-50 opracowałem około czterdziestu znaczków pocztowych. Ale ukazało się tylko dziewiętnaście.
Po powrocie do domu oglądam klaser ze starymi znaczkami. Jest seria „Kultura polska” z roku 1947, znaczki Żechowskiego. Podobizny trzech malarzy - Matejki, Malczewskiego, Chełmońskiego, osobno brat Albert, potem Chopin, znowu trójka - Wyspiański, Słowacki, Kasprowicz i wreszcie Mickiewicz. Znaczek z bratem Albertem kosztował 2 zł. I jeszcze jeden - „Pomoc zimowa 1947/48”. Ten sam łysy, brodaty brat Albert tulący do piersi dziecko, cena 20 zł.
Małe odkrycie - Adam Chmielowski i Stefan Żechowski urodzili się na ziemi miechowskiej.
Dzisiaj projekty i znaczki Żechowskiego można zobaczyć we wrocławskim Muzeum Poczty.

SAMOTNIK Z KSIĄŻA
Żechowski wyjeżdżał na dłużej lub krócej, ale zawsze powracał do rodzinnego Książa Wielkiego. Nie było go w domu w kwietniu 1953 roku, kiedy płonęła cała ulica, a wraz z nią także jego praca. Pożar pochłonął całą, bogatą korespondencję z Zegadłowiczem i przyjaciółmi artysty, dziennik prowadzony przez Żechowskiego od czternastego roku życia, wiele obrazów. Ocalałe z pożogi szczątki znosili malarzowi okoliczni mieszkańcy. Zebrał je w pudełku, na którym napisał „grób”.
Nie porzucił jednak rodzinnej miejscowości. Tu powstały i powstają jego nowe dzieła. Zmienia tematykę i styl swojej twórczości. Po wspaniałych, nadrealistycznych rysunkach inspirowanych twórczością Mickiewicza, Słowackiego, Zegadłowicza, Kasprowicza, Leśmiana, Żuławskiego, Poego, Dostojewskiego, po uderzających oryginalnością portretach Tołstoja, Michała Anioła, Mickiewicza, brata Alberta, Chopina, po mrocznych rysunkach okupacyjnych, zajął się Żechowski sztuką erotyczną, malarstwem pastelowym. Z poprzednim okresem łączy je tylko mistrzowski warsztat, precyzyjny rysunek, wybujała wyobraźnia. Wydaje się, że artysta maluje od lat ciągle tę samą kobietę - młodą, piękną, o wielkich oczach i krągłych biodrach. To dziewczyna jakby z marzenia sennego, odległa, przeidealizowana w doskonałości kształtów, nieco okrutna w cyklu Niewolnik muzy i prawie zalotna w cyklu Rusałka. Zmienia się tylko kolor jej włosów. Te obrazy przyniosły mu sławę, choć nie w Polsce.
W roku 1964 otwarto wystawę jego prac w Brukseli. Przedstawiono tam erotyki Żechowskiego. Z tej okazji Stephanie Ray pisała - „Artysta przynosi nam niepokojąca wiadomość o nienasyconej kobiecie, która wraz z szatanem dominuje, chwyta i tłumi, pozostającego pod wpływem obsesji z dzieciństwa, mężczyznę. Dusza polska jest tak pełna tajemnic, literackości i ponurej rozkoszy”. W dwa lata później „odkrywa” Żechowskiego zaprzyjaźniony z nim Andrzej Banach, który na łamach miesięcznika „Ty i ja” publikuje swój szkic o jego twórczości pt. „Żechowski artysta romantyczny”, ilustrowany pracami artysty. W eseju tym Banach pisał m.in.:
„…zapomniany przez publiczność dawną i nieznany przez nowych artystów, pracował długie lata jedynie dla siebie. Ale przecież, gdy pokazywano kobiety rysowane przez niego twórcom najbardziej nowoczesnym, nie ulegającym sugestii historycznego stylu, wywoływały entuzjazm u przedstawicieli kierunków najbardziej sprzecznych (…) Jest tu romantyzm erotyczny absolutnie czysty, pozbawiony chęci zetknięcia ze światem, wolny nie tylko od pożądania, ale nawet od uczucia. Erotyzm Żechowskiego nie tylko poszerza naszą wrażliwość poprzez ciało, ale - według przekonania artysty - z jego istnienia czerpie usprawiedliwienie twórcy (…) Te rysunki są wyznaniem wiary, że bez takiego romantyzmu życie nie byłoby warte trudu. Równocześnie zaś, są one przykładem różnicy, która dzieli erotyzm od miłości i od pornografii. Artysta nie chce być związany z kobietą tylko jedną, unika kłopotów życia sentymentalnego, łez, westchnień i tęsknoty (…) I wydaje się nieraz, w pierwszym rzucie oka, że te jego dziewczyny nagie, to modelki Akademii Sztuk Pięknych, jeszcze od Matejki w Krakowie, upiększone przez zachwyconego studenta z wdzięczności za to, że zobaczył rozebraną kobietę po raz pierwszy”.
Ale na wystawę prac Żechowskiego w Polsce trzeba było jeszcze czekać parę lat. W roku 1971 Alfred Ligocki w Kronice miasta Zabrza pisał: „Wartość artystycznej kreacji Żechowskiego polega na wyjątkowej oryginalności wizji i możliwości znalezienia dla nich pełnych ekspresji formalnych znaczeń. Sztuka Żechowskiego, w czasach powrotu do malarstwa realistycznego i ucieczki od malarstwa abstrakcyjnego, zyskuje wyjątkowe znaczenie.” Wreszcie w 1973 roku otworzono w Krakowie pierwszą po wojnie i dotychczas jedyną wystawę prac tego artysty w Polsce. W następnym roku Żechowski zostaje zaproszony do Stanów Zjednoczonych przez Fundację Kościuszkowską. Od 15 lutego do 8 marca czynna jest w Nowym Jorku wystawa 57 jego prac, która staje się wydarzeniem nie tylko dla miejscowej Polonii. Żechowski przebywa wtedy w USA przez kilka miesięcy. Odrzuca propozycje sprzedaży swoich dzieł, nie zgadza się na zorganizowanie wystawy swoich prac w innych miastach amerykańskich, odmawia prowadzenia wykładów rysunku na Uniwersytecie Kennedy’ego. Wraca do rodzinnego Książa Wielkiego.
Rośnie zainteresowanie jego twórczością. Osobne miejsce poświęcono mu we francuskiej Encyklopedii sztuki erotycznej, w której znalazło się dziewięć reprodukcji jego dzieł. Odnotowano jego twórczość również we francuskiej Historii Sztuki Światowej. Piszą o nim i reprodukują jego prace wydawcy japońscy. Andrzej Banach w swojej książce Erotyzm po polsku zamieścił kilka reprodukcji dzieł Żechowskiego. Pisze o nim Tadeusz Dobrowolski w Nowoczesnym malarstwie polskim i Andrzej Banach w książce O polskiej sztuce fantastycznej. Przychodzi wreszcie trzecia wystawa zagraniczna, tym razem w Amsterdamie.
Ale w polskich galeriach o Żechowskim ciągle głucho. Od wystawy w Krakowie minęło osiem lat. Tylko niektóre prace tego artysty można obejrzeć w Gorzeniu Górnym i Wrocławiu, jego rysunki znajdują się w galerii rycin Muzeum Narodowego w Poznaniu, a cykl rysunków zatytułowany Wojna można zobaczyć w bytomskim Muzeum Górnośląskim. Tylko w domu artysty można zapoznać się z jego romantycznymi erotykami (niektóre z nich były w ubiegłym roku reprodukowane w kilku numerach miesięcznika „Przemiany”). Rację miał więc Tadeusz Żochowski, gdy pisał: „Cały rozdział o Żechowskim, napisany przez profesora Andrzeja Banacha dla znanego paryskiego wydawnictwa Pauverta - to sukces, który bywa udziałem jedynie najwybitniejszych, a jednocześnie jest klasycznym potwierdzeniem przejmującej prawdziwości starego przysłowia, że trudno być prorokiem we własnym kraju”.
Rozmawiam z artystą i na ten temat. Już w ubiegłym roku miała ukazać się w Wydawnictwie Łódzkim jego książka pt. Na jawie - autobiograficzne wspomnienie od lat dzieciństwa do zakończenia wojny, do których autor dołączył 65 ilustracji. Podobno książka ta ma być wydana w roku bieżącym. „Moje pisanie stawiam na równi z twórczością plastyczną” - powiedział w jednym z wywiadów.
Żechowski nie tylko nigdy nie starał się, nie zabiegał o zorganizowanie wystawy swoich prac, ale do wielu propozycji odnosił się niechętnie. Opowiada mi, jak odwiedziły go siostry Wahl. Obejrzały jego prace i następnie przysłały list z propozycją urządzenia wystawy w ich warszawskiej galerii. Odpowiedział grzecznie, ale odmownie. Nie mówi dlaczego. Stwierdza natomiast, że chętnie wystawiłby swoje prace w Kielcach. Ma obecnie gotowych do ekspozycji około 100 dzieł. Rozmawiałem w tej sprawie z dyrektorem kieleckiego Biura Wystaw Artystycznych, Marianem Ruminem. Wystawę prac Żechowskiego urządziłby bardzo chętnie, ale słyszał, że od dwóch lat zabiega o to kieleckie Muzeum Narodowe. Jeśli muzeum zrezygnowałoby z tego zamierzenia, to dopiero wtedy BWA mogłoby zorganizować tę wystawę w salonie przy ul. Leśnej, gdzie zmieściłoby się około 60 prac. Natomiast dyrektor kieleckiego Muzeum Narodowego, Alojzy Obrony, stwierdził, że jest bardzo zainteresowany ekspozycją dzieł Żechowskiego. Trzeba ją jednak starannie przygotować, by miała ona charakter retrospektywny. Można więc liczyć, że w przyszłym roku odbędzie się w Kielcach otwarcie wystawy dzieł Stefana Żechowskiego i nie wątpię, że stanie się ona dużym wydarzeniem artystycznym.
Malarz z Książa nie sprzedaje swoich prac, nie wręcza ich w podarunku. Pragnie wszystkie przekazać w testamencie do zbiorów państwowych. Mówi o tym na zakończenie naszej rozmowy, przed pożegnaniem. I gdy opuszczam jego gościnny dom, mam uczucie, jakbym ściskał rękę ostatniego już romantyka - w twórczości i w życiu.




O ŻECHOWSKIM

Stefan ŻECHOWSKI
KATALOG 1983
KIELCE, GALERIA BWA „PIWNICE”
Andrzej Banach

Tradycyjny wstęp do katalogu wystawy zawiera życiorys, pochwałę artysty i spis niespełnionych jego marzeń. Życiorys Żechowskiego jest mało potrzebny: przed oczami mamy dzieło mistrza; nie osobę, którą on, skromny i nieśmiały chętnie kryje. Dzieło jego chwali się samo, prosi jednak o sprawiedliwość i wytłumaczenie problemów. A marzeń niespełnionych artysta ma niewiele: nie zakopał talentu, oszlifował kryształ twórczości, zupełnej, świetnej: wchodzi do historii sztuki polskiej na kartach romantyzmu w wersji pochwały świata.
Żechowski ukończył Akademię, ale uczył się sam. Trudno wymienić profesora, który wywarł na niego wpływ. Na godzinach rysunku między ciałem modelki i oczami studenta powstał kontakt, który przetrwał. Kobieta odkrywała tajemnice swoich ud, nóg, piersi, oczu, włosów, niby sygnały doskonałości, a Żechowski patrzył, zmieniał, budził wyobraźnię, fantazję: zachwycenie Nią, czyli naturą i sobą, czyli twórczością. Nauka rysunku i malarstwa były więcej niż kształceniem techniki: stawały się nauką radosnego życia.
A potem zjawili się w jego życiu Stanisław Szukalski i Emil Zegadłowicz. Szukalski zostawił w Polsce wspomnienie rzeźby egzotycznej, teorii rasowych, Szczepu Rogate Serce i największych w naszej plastyce skandali. Rzeźby jego, niektóre bardzo piękne, jak sarkofag Piłsudskiego; za teorie swoje zapłacił więcej, niż zasłużył. Ale przykład jego i wpływ jego został w czym innym. Szukalski nawet w geście, nawet w stroju i nade wszystko w sztuce był zaprzeczeniem konformizmu. Uczył członków Szczepu na własnym przykładzie, że artysta powinien płynąć pod prąd, tworzyć przeciw wszystkim, a zwłaszcza przeciw wartościom uznanym. Taki sens miało jego zawołanie „Rogate Serce” i ukochane zgorszenie.
Żechowski awantur unikał, nie bawi go publiczność, nie cieszy prowokacja. Ale nie w tym odwaga artysty. Gdy Żechowski zaczynał rysować musiał wiedzieć, wiedział, że rysunek nie przyniesie mu w Polsce sławy i pieniędzy. A jeszcze Żechowski uprawia rysunek tradycyjny, staroświecki, ze światłem i cieniem, nie skrótowy, ani abstrakcyjny. W postawie bliższy jest zeszłego wieku, obcy współczesności. Żechowski taki był i taki został. Więc byłby może przed wojną nieznany, gdyby nie spotkanie z Emilem Zegadłowiczem. Zegadłowicz trudniejszy jest do ujęcia niż Szukalski. Autor śmiałych tekstów erotycznych i redaktor czasopisma wydawanego przez księży nie nadaje się do opisu w kilku zdaniach. Ogłosił wiele tomów wierszy i powieści, bardziej wodą niż „srebrem” pisanych, ale przetłumaczył pięknie Fausta i drukował wspaniałe książki. Jemu zawdzięczamy arcydzieła polskiej typografii: „Balladę o świątkarzu” z drzeworytem Wowra, „Powsinogów beskidzkich” z kolorowymi drzeworytami Pronaszki i „Motory” z ilustracjami Żechowskiego.
Żechowski trafił w ten sposób na szansę swojego życia, której późniejsze zmiany w Polsce nie pozwoliły mu kontynuować. Jest bowiem urodzonym i świetnie wykształconym ilustratorem. Nie zrobił ilustracji wiele, ale jego rysunki do Zegadłowicza dały mu naczelne miejsce wśród ilustratorów polskich.
I jeszcze raz potwierdziła się teza, że artysta, którego rysunki na wystawie podziwiamy, jest człowiekiem dziewiętnastego wieku. Cechą sztuki polskiej drugiej połowy stulecia był przecież częsty związek tekstu plastycznego z tekstem napisanym, przedstawianie obrazów literatury przez rysunki dla niej zrobione. Dzieła Syrokomli, Lenartowicza, Korzeniowskiego, Kraszewskiego, Chodźki, a nawet Mickiewicza miały odpowiedniki w utworach Lessera, Simmlera, J. Kossaka, Gersona, a zwłaszcza Andriollego.
Żechowski ilustrował Zegadłowicza i Kruczkowskiego. Wiele więcej ilustracji nie zrobił. Ale może rozszerzyć trzeba pojęcie ilustracji. Ilustracja jest przedstawieniem plastycznym tekstu literackiego także wtedy, gdy ten tekst w postaci anegdoty jest w samej ilustracji, w jej podpisie albo nawet w kompozycji. Mistrzem takich anegdot był w Polsce Andriolli, po wojnie Uniechowski, w wielkiej sztuce zachodu Goya i Daumier.
Z Uniechowskim przechodzimy więc w czasy po wojnie. Ilustracja zanikała przez taniość nakładów i warunki typograficzne. Utrzymały się przez jakiś czas rysunki piórem Uniechowskiego, odbijane z kliszy kreskowej, na złym papierze i wielkie kolorowe rozkładówki Szancera w książkach dla dzieci drukowanych za granicą. Dla Żechowskiego żyjącego na prowincji nie było miejsca także dlatego, że zjawili się inni polscy ilustratorzy dostosowani do papieru i druku zwłaszcza w temacie kobiety. Uniechowski pokazywał się co tydzień w „Przekroju”, Jerzy Skarżyński wydał szereg świetnych książek, a w erotyce działała genialna kobieta Maja Berezowska. A po kilkunastu latach znawcy sztuki zaczęli podziwiać plakaty i rysunki Franciszka Starowiejskiego, obrazy i rysunki Zdzisława Beksińskiego i mało dostępne a świetne rysunki Bronisława Kurdziela. Współczesna erotyka polska jest więc znakomita ale niełatwo znaleźć w niej słuszne miejsce dla Żechowskiego.
Te dwa ostatnie problemy: świetność polskiej sztuki erotycznej i miejsce w niej kilku artystów o różnych transparentach skłoniły mnie do napisania historii polskiej sztuki erotycznej, nieznanej w przeszłości, pogardzanej obecnie. Pomysł był trudny do wykonania, więc postanowiłem zrobić sprawę jeszcze trudniejszą i wydać książkę po francusku w Paryżu, w firmie Jean Jacques Pauverta bardzo selektywnego w swych edycjach i dbającego więcej o jakość niż o dochody. Wiedziałem, że wydaje on międzynarodową bibliotekę erotologii i postanowiłem umieścić w tej serii naszą sztukę erotyczną. Pomysł wbrew rozsądkowi się udał, p. Lo Duca redaktor serii przyjął bez zmian mój rękopis i w roku 1966 ukazała się jako tom 17 międzynarodowej biblioteki w pysznej formie i dużym nakładzie moja „Historia sztuki erotycznej polskiej”. W Polsce książka ta została surowo skrytykowana, ale na Zachodzie poświadczyła, że właśnie w tym zakresie mamy twórczość znakomitą.
Równocześnie przypomniała ona wielu artystów. A najbardziej skutecznie, we Francji, Belgii, Holandii Żechowskiego. Z racji pisania tej książki musiałem przecież poznać obcych mi nieraz twórców. Między nimi był Żechowski. I od dnia jego spotkania postanowiłem użyć swojej pisarskiej mocy, aby zapewnić mu uznanie, zwłaszcza na Zachodzie. Pisałem o nim w historii erotyki polskiej wydanej u Pauverta, w uzupełnieniu słownika erotologii tejże firmy, wnet potem w nowym słowniku erotycznym francuskim. Wraz z żoną urządziliśmy mu w Brukseli wystawę. Z kolei Lo Duca, któremu dawałem oryginały, ocenił życzliwie Żechowskiego i reprodukował go we wszystkich swoich książkach. W Polsce pisałem o Żechowskim w „Ty i Ja”, osobny rozdział dałem mu w książce o Polskiej Sztuce Fantastycznej. Świetne jego rysunki znalazły się w „Erotyzmie po polski”. Twórczość Żechowskiego trochę już zapomniana odkryła się więc ponownie. Pokazano go w telewizji i z radością i zdumieniem zobaczyłem nagie piersi kobiety Żechowskiego na całej szerokości ekranu w Polskiej Kronice Filmowej.
Żechowski zasługuje na trwałe miejsce w sztuce erotycznej, nie tylko polskiej. Do wielu kobiet, stworzonych przez artystów, dodał nową i własną, którą każdy, kto ma wrażliwe oczy rozpozna łatwo. Żechowski jest twórcą, a nie każdy malarz ma prawo tak się nazywać. Więc nie powinien się zrażać milczeniem lub atakiem.
Twórca musi być na to przygotowany. Gdy Mickiewicz posłał „Odę do młodości” dwóm najbliższym przyjaciołom, odpowiedzieli mu zgodnie: że to „arcygłupie”.


NIESPOTYKANA WYOBRAŹNIA

„Chłopska Droga”, nr 56 (3332), 13 lipca 1983 r., str. 7
Helena Kozicka

W Galerii BWA w Kielcach już drugi miesiąc trwa wystawa rysunków i obrazów Stefana Żechowskiego. W miarę upływu czasu cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Każdy kto obejrzał tę zadziwiającą twórczość namawia do jej obejrzenia. Zwiedzający wpisują się: „Cudowny, wspaniały świat marzeń, niespotykana wyobraźnia…”
Szkoda, że malarz, sam zresztą pochodzący z kieleckiego, nie dał się wcześniej poznać krajanom. Stefan Żechowski urodził się 19 lipca 1912 roku w Książu Wielkim, jako jeden z czterech synów małorolnego chłopa. Talent zdradzał od najwcześniejszych lat, co dostrzegł nauczyciel rysunków, Józef Rolecki. Starał się nieco chłopcem pokierować. Istotnie, jego uczeń postanowił zostać malarzem.
Realizując swe zamierzenia wstąpił w roku 1928 do Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie. Jak większość studentów cierpiał głód i nędzę. Rekompensatą był dla niego wspaniały świat sztuki, z którą mógł obcować na co dzień. Zwiedzał muzea, poznawał dzieła Jana Matejki, Józefa Chełmońskiego, Tadeusza Pruszkowskiego. Zachwycił się malarstwem Artura Grottgera, odpowiadało jego nostalgicznej naturze owo przemieszanie elementów realnych i mistycznych w cyklach „Polonia” czy „Lituania”. Wielkie wrażenie wywarły na nim rysunki i rzeźby Stanisława Szukalskiego. Miał wkrótce okazję zetknąć się z tym artystą, a nawet przyłączyć się do stworzonego przez niego „Szczepu Rogate Serce”. Grupa, mówiąc pokrótce, zerwała z akademickimi formami kształcenia i dążyła do odrodzenia polskiej sztuki narodowej na gruncie prasłowiańszczyzny.
Talent S. Żechowskiego był jednak zbyt oryginalny, by pomieścić się w jakichś ramach. Zaczął więc szukać własnej drogi.
Po odbyciu służby wojskowej (nie był nią zachwycony) wrócił do swego ulubionego zajęcia: rysowania i malowania. Ułatwił mu to znany mecenas sztuki, dr Eugeniusz Pawlas, który zaprosił go do swego domu w Tarnobrzegu. Tam poznał Emila Zegadłowicza. Pisarz kończył wówczas swą słynną powieść „Zmory” i szukał grafika. Obydwaj artyści rozumieli się doskonale, dyskutowali wspólnie nad powstającymi stronami rękopisu oraz ilustracjami. W rezultacie powstało dzieło, bardzo szokujące pod względem tematycznym, w którym trudno rozdzielić autorstwo. Książka została zakazana przez Kościół w okresie przedwojennym, a wydana bez rysunków S. Żechowskiego po wojnie. Jak ciężka jest walka z „Ciemnogrodem” w każdej epoce.
W domu E. Zegadłowicza, w Gorzeniu malarz zetknął się z Wandą Wasilewską i Leonem Kruczkowskim. Wynikiem był cykl ilustracji do „Pawich piór”.
Zbliżała się wojna. Choć wielu ludzi w nią nie wierzyło. S. Żechowski wiedziony intuicją artysty tworzył katastroficzne obrazy nadchodzącej rzeczywistości. Przedstawiał na nich ludzi udręczonych i poniewieranych: „Bezdomny”, „Sieroty w kanale” (jakby przeczucie Powstania Warszawskiego), „Samobójca” - samotne ciało człowieka między urwiskami skał, „Kryzys” - sylwetki ludzkie leżące w poprzek torów wiodących donikąd.
W izolacji lat okupacji, którą spędził w Książku Wielkim, powstało wiele wspaniałych dzieł Stefana Żechowskiego. Wracał wspomnieniami do lat najmłodszych i stworzył cykl „Moje dzieciństwo”. Rozpoczęty „Snem o księgach” (przedstawia chłopca nad otwartą księgą olbrzymich rozmiarów, inne czekają zamknięte), zawiera także „Sobotni wieczór” (portret rodzinny), czy „Ciszę”. Tragedia, jaką przeżywały tysiące rodzin w Polsce, nie ominęła i jego. Dwaj bracia zginęli w obozach koncentracyjnych. Pozostały przy życiu Stefan pracował nad cyklem „Wojna”. Zastanawiał się nad sensem istnienia, co odzwierciedlają rysunki: „Samotność”, „Tęsknota”, „Natrętna myśl”. Tworzy alegoryczny portret Lwa Tołstoja zatytułowany „Ostatnia droga”.
„Po wyzwoleniu (jak napisano w katalogu kieleckiej wystawy) w roku 1945 Żechowski włącza się czynnie w nurt życia społecznego i politycznego”. Jako pełnomocnik rządu na powiat miechowski zajmował się zabezpieczaniem dóbr kulturalnych. W latach 1947-49 przeniósł się na Śląsk, powstały programowane niejako prace w cyklu „Nowe zwycięża”. Brał udział w zbiorowym wydaniu serii portretów bojowników o wolność i demokrację, wykonując podobizny Stefana Okrzei, Romualda Traugutta, ks. Piotra Ściegiennego, Ludwika Waryńskiego.
Jego prace były eksponowane w Warszawie, Katowicach, Łodzi. W roku 1950 na I Ogólnopolskiej Wystawie Plastyki otrzymał I nagrodę za dzieło „Waryński w Szlisselburgu”. Po ekspozycji w Moskwie i Pekinie obraz został zakupiony przez Sejm PRL.
W połowie lat 50-tych S. Żechowski wycofuje się z czynnego życia społecznego, poświęcając się całkowicie sztuce. Wraca do Książa, by w ciszy pracowni trwać, myśleć i tworzyć.
Potrafi nad jednym obrazem długo pracować, wracać kilkakrotnie do tego samego tematu i tego samego płótna. Krytycy podkreślają jego obsesję na punkcie kobiety. Pozornie maluje tę samą modelkę, w rzeczywistości interesują go stany uczuciowe, do odtworzenia których jest mu ona niezbędna. Stylizuje oczy, usta, zawsze pełne i czerwone jak wiśnia, włosy na jednym z obrazów płyną rudą falą za dziewczyną. Malując kobietę (-ty?) używa jaskrawych barw i farb olejnych.
Ogólnie jednak preferuje rysunek czarno-biały i kredkę, przy pomocy której wypowiada się najlepiej. Tematyka jego prac jest bardzo specyficzna. Fascynuje go męka tworzenia. Wybrał tu jako model rzeźbiarza, Michała Anioła i narysował go w koronie cierniowej. W „Improwizacjach Konrada” przedstawił Adama Mickiewicza deklamującego strofy wiersza. Na obrazie „Marsz żałobny Chopina” - sam genialny muzyk, blady i cierpiący gra wychudłymi rękami na fortepianie.
Innym z wielkich tematów S. Żechowskiego jest śmierć. Począwszy od sceny z lat 30-tych, „Staruszka czuwająca przy zwłokach”, artysta wielokrotnie przedstawia kres ludzkiego życia. W podwójnym portrecie „Matejko u Grottgera” młody Artur leży umierający na łóżku. W czasie okupacji stworzył m.in. „Śmierć nad światem” i „Powieszeni”. Po wojnie ilustrował wiersze Bolesława Leśmiana, wybierając „Pogrzeb”. Z własnej inspiracji narysował „Sen o śmierci”.
„Niektóre rzeczy wstrząsające! To jest twórczość” - napisał jeden ze zwiedzających wystawę. A inny: „Pełen szok. Wzruszenie tak potrzebne.”
S. Żechowskiego nie spotyka się na wernisażach, ani w kawiarniach, do których uczęszczają artyści. W galerii BWA w Kielcach, gdzie sprzedawane są obrazy, nie można znaleźć jego dzieł. Woli je trzymać w swej pracowni, oglądać, poprawiać, porównywać. Ciągle maluje. Kilkakrotnie pracował nad swoim autoportretem. Na wystawie zaprezentowano dwa: jeden z roku 1939, a drugi „Portret własny” z roku 1942. Można do nich dołączyć wizerunki chłopca z cyklu „Moje dzieciństwo”. Ze wszystkich wyłania się twarz o wydatnym nosie, ascetyczna, cierpiąca - twarz człowieka trapionego przez mękę istnienia i tworzenia.
Warto poznać sztukę filozofa, malarza i samotnika z Książa Wielkiego.

SEN O KSIĘGACH

Stefan ŻECHOWSKI
KATALOG 1983
KIELCE, GALERIA BWA „PIWNICE”
Jerzy Daniel


Księgi są ogromne. Nad jedną z nich, nadzwyczaj okazale grubą i tak wielką, że rozwarta musi oprzeć się o ścianę bo zaczyna brakować stołu na jej rozłożystość - pochylony w hipnotycznym zapatrzeniu dziesięcioletni, może nieco starszy malec o twarzy wrażającej najwyższą akceptację tym, co jego oczom ukazują karty potężnego tomu. W skupieniu, które jest urzeczeniem, a może jeszcze czymś więcej - przegląda ilustracje. Zachwyca się nimi zazdrośnie, bo jakże chciałby ten malec rysować równie cudnie, jakże pragnąłby mieć ołówek tak posłuszny każdemu zamysłowi, odgadujący każde olśnienie wyobraźni; chłopca zda się onieśmielać zuchwałość, na jaką w marzeniach się waży, bo czyż jego rysowanie, zyskujące mu pochwały nauczyciela i podziw kolegów portretowanych nad wyraz udanie - będzie kiedykolwiek aż takie, aż dech zapierające?... Chłopiec nie wie, że śniąc na jawie sen o księgach - śni największą przygodę swojego życia, chłopiec nie wie tego jeszcze, że mistrz, któremu zazdrości wspaniałych rysunków w wielkiej księdze - to on sam, on - chłopiec - ogląda dzieła przez siebie stworzone. Bo wiedzieć tego nie może, gdyż wielkiego foliału, w którym zostało zapisane przeznaczenie - nie otworzył jeszcze. Księga z wyrazistym tytułem „Artysta” na oprawie - jeszcze spoczywa złożona, jeszcze znajduje się poza zasięgiem rąk chłopca ale najwyraźniej w oczekiwaniu na nie, by dotknęły kart o upragnionej treści…
Przyszłość otworzy tę księgę chłopcu, życie przeistoczy sen w jawę, a dojrzały artysta rysunkiem „Sen o księgach” utrwali swój - dorosłego człowieka - sen o śnie z dzieciństwa. I będzie to sen w śnie, i będzie to śnienie artysty o chłopcu, który śni w artyście. W snach bowiem wszystko jest możliwe i wszystko zdarzyć się może; oniryczna rzeczywistość dzieje się ponad fizyką czasu, który zatraca swoją linearność, więc trwać mogą zarazem chwile obecne, jutrzejsze, minione, a zaprzeszłe wydarzenia mieszają się z mającymi dopiero zaistnieć. I dlatego chłopiec ze snu mógł oglądać rysunki, zanim jeszcze zostały stworzone, by powstać mogły nie wcześniej, aż pierwej wyśni je artysta. I stało się. Artysta ujrzał je we śnie na kartach księgi przeglądanej przez chłopca i te rysunki przez malca podziwiane przechowywał w pamięci, a po latach wiernie odtworzył.
I nie wiadomo, co było pierwsze, a co wtóre, co się zdarzyło, by we śnie wrócić, co się wyśniło, by się zdarzyć i niepodobna dociec, co było przyczyną, co zaś skutkiem. Tak właśnie jest w „Śnie o księgach” i tak jest w życiu i w twórczości Stefana Żechowskiego; ten rysunek jest niczym szczelina pozwalająca wejrzeć w zamknięty świat wewnętrznych doznań artysty-romantyka i ukazująca źródła inspiracji wyrażone w symbolicznej refleksji.
Artysta utrwalił ziszczony sen. Utrwalaniem przeżyć i wzruszeń nazywa Stefan Żechowski to, co robi. Wyśnił siebie - artystę, wymarzył, spełnił najtajniejsze marzenia chłopca, ale także wybrał los artysty zgodnie z własnym, najgłębszym pojmowaniem jego posłannictwa równającego się wyrzeczeniu. Bo wybrał samotność, wybrał odosobnienie, skazał się na świat, w którym jest miejsce tylko dla sztuki. Nie, nie ma w tym żadnej pozy - artysta przeczy - gdyby miał się pojawić podobny zarzut, swojego losu nie zamieniłbym na żaden inny - dodaje, a w pamiętniku „Na jawie” powie wprost: „Moim ideałem od najwcześniejszej młodości był artysta samotny, całą swoją istotą oddany sztuce”.
Sztuce, a więc czemu? Bo czym jest sztuka? W odpowiedzi Stefan Żechowski przytoczy sentencjonalnie brzmiącą definicję zasłyszaną u znajomego stolarza: sztuka to jest to, co nie kużden potrafi, bo jakby potrafił, to nie byłaby sztuka…
Ale artysta zaraz doda: rysunek i malarstwo to jest ilustracja mojej księgi życia.
Znów ta księga.
Jest ogromna, bo zawiera treść siedemdziesięciu lat życia artysty i ponad pół wieku jego twórczości.
Jej pierwszy rozdział, doprowadzony do wojny, wypełnia prawie bez wyjątku rysunek, któremu Stefan Żechowski poświęcił się najpierw z niepodzielnym oddaniem, dopiero później rozwinął swój warsztat malarza.
Ale też Stefan Żechowski rysunek ceni bardziej, nazywa go uczciwością sztuki, rysunek stawiam wyżej - powie. I w rysunku, który zgłębił bez reszty i opanował wszystkie jego arkana - doszedł do owej niezależności, która sprawi, że jego rysunkowe prace wyrwą się z rygorów klasycznej i - wydawać by się mogło - niewzruszonej logiki światłocienia, a jego zasady ukorzą się, bo staną się niewystarczalne i krępujące żywioł talentu i wyobraźni. Doskonałość natury ulegnie geniuszowi imaginacji, bo Stefan Żechowski powoła własne, niezawisłe, osobne i jedyne źródło światła i po swojemu, wedle potrzeb dramaturgii dzieła, będzie je kierował na rysowany obiekt i pogodzi mrok z blaskiem, sprzeczność przeistoczy w harmonię.
W tym rozdziale wielkiej księgi, wypełnionej młodzieńczą gorączką tworzenia, pasją podboju sztuki, zauroczeniami i fascynacjami Dostojewskim, Nietzschem, Szukalskim - pośród mnogości tematów podejmowanych przez artystę pojawi się również i ten motyw, z którym się zwiąże na dobre i złe, a tego mu nie zaoszczędzą obserwatorzy jego twórczości. Pojawi się bowiem kobieta. Pojawi się jako postać alegoryczna, symbolizująca das ewig Weibliche, ale w jej rysach będzie zaklęta ta kobieta, mająca nazwisko - muza jedyna artysty.
I będzie ją - sportretowaną po raz pierwszy, gdy miał dwadzieścia jeden lat - malował przez następne dziesięciolecia, i chociaż będzie to za każdym razem inna - to jednak ciągle ta sama kobieta.
I obrazi Stefan Żechowski poczucie moralności tych, dla których nagość jest nieprzyzwoita, a para kochanków spleciona w uścisku - wyłącznie pornografią.
Ale artysta, niezależny artysta powie: każdy ma prawo do subiektywnej oceny dzieł sztuki. I doda: ukazywanie piękna erotyzmu nie sprzeniewierza się platońskim ideałom piękna.
Kobieta - osobny rozdział w księdze wzruszeń Stefana Żechowskiego.
O kobiecie powie: to największa potęga natury. To piękno formy, barwy i wyrazu i od tego twierdzenia nie odstępuję.
Zastanawia się Stefan Żechowski, dlaczego te erotyczne obrazy spotykają się z odmiennym przyjęciem przez mężczyzn i kobiety. Panom się podobają, a kobiety mówią po prostu, że przedstawicielka ich płci wygląda inaczej.
Rzeczywiście wygląda inaczej, więc kobieca skłonność do dosłowności nie otrzyma satysfakcji. Ale artysta podkreśla, że to ma być afirmacja zmysłowości, a więc coś więcej, aniżeli wierne przedstawienie postaci i stąd kobiety na jego obrazach nie odpowiadają klasycznym proporcjom. Czy owa płomiennowłosa kallipygos jest tylko wyobrażeniem kobiety?...
Stefan Żechowski ma tę świadomość, że stał się malarzem piękna erotyzmu, a kobieta, jak powiada - przyczepiła się do jego nazwiska. Tak, potwierdza, jestem malarzem kobiet. Jeśli Michał Anioł poświęcił twórczość oddawaniu hołdu ciału męskiemu - to ja ciału kobiety.
I teraz artysta kontynuuje cykl pasteli, nazywam go - mówi - moją mitologią, albo lepiej: księgą miłości, poświęcony kobiecie. I znów ta sama muza (kobieta, z którą byłem kiedyś związany silnymi więzami - powie i doda - to była krewna Żeromskiego) pojawi się w obrazach przyjmując różne wcielenia, ale zawsze, choć raz będzie jasnowłosa, to znów z ognistą burzą nad czołem - zachowa swoją twarz, zachowa rysy tamtej kobiety…
Ale chyba już wkrótce zajmę się tematem śmierci, wyjaśnia artysta.
Jeszcze jeden ogromny rozdział pragnie napisać artysta w swej wyśnionej księdze. Zapisuje w niej ciągle nowe karty, a także, w poczuciu niedoskonałości tego, co już dokonał, powraca do stronic dawniej zapełnionych, odczytuje je ponownie, raz jeszcze i znowu, bowiem swojego dzieła nie chce uznać za skończone, żadnego dzieła. Zadziwia Stefan Żechowski przywiązaniem do swoich rysunków i obrazów, nie wypuszcza ich ze swej pracowni, albo czyni to z niechęcią. Ależ tak, oponuje, gdy zostaje postawiony wobec pytania: czy nie maluje dla ludzi, ależ tak, dla ludzi, potwierdza, dla innych, ale dopiero po śmierci. Dopokąd jestem, mówi artysta, sięgam do dawnych prac, poprawiam je, przecież z biegiem czasu, w miarę nabywanych doświadczeń, widzę je inaczej…
Dopokąd księgę ze snu chłopca trzyma ręka artysty.

WŚRÓD PUSTYCH KRZESEŁ

Stefan ŻECHOWSKI
KATALOG, 1983
KIELCE, GALERIA BWA „PIWNICE”
Ewa Ziółkowska-Darmas



Jadąc do Książa 4 lata temu wiedziałam o Stefanie Żechowskim bardzo niewiele. Właściwie tylko tyle, że ilustrował „Motory” Zegadłowicza. Powieść ta w okresie międzywojennym wywołała ogromny skandal obyczajowy, a cały nakład jej pierwszego wydania został wycofany przez cenzurę. Ta aura skandalu, która związała ze sobą dwa nazwiska - Zegadłowicza i Żechowskiego - była dostatecznym powodem, by zainteresować się postacią malarza z Książa. Okazało się potem, że moja ciekawość została hojnie nagrodzona.
Stefan Żechowski był początkowo mocno skrępowany niespodziewanym dziennikarskim najściem. Później przekonałam się, że jest człowiekiem bardzo skromnym i nieśmiałym, ale gdy już tę nieśmiałość pokona, okazuje się uroczym rozmówcą. Pamiętam też szok, jaki przeżyłam na widok jego obrazów. Nie, nie ze względu na ich temat, nie dlatego, że każdy z nich to miłosne marzenie malarza, sen o tej samej pięknej dziewczynie. To był szok, że ktoś jeszcze teraz tak maluje, że maluje tak bardzo, choć to określenie niezbyt zręczne, tradycyjnie. Dopracowanie rysunku, każdego najmniejszego szczegółu, wypukłości i okrągłości kobiecego ciała, najdrobniejszego cienia - to z pewnością nie było to, do czego przyzwyczajony jest współczesny odbiorca sztuki. Równocześnie jednak nie była to konkretność naturalisty, ale konkretność fantasty. Stefan Żechowski ilustrował niegdyś poezje Leśmiana. Tak jakby przeczuwał zbieżność tej poezji z malarstwem. Konkret, niezwykle plastyczny, jest przecież materią poezji Leśmiana, a równocześnie stwarza ona świat tak bardzo fantastyczny, intensywniejszy w barwie od rzeczywistego, zaludniony własnymi postaciami. I malarstwo Żechowskiego jest w tym do Leśmianowskiej poezji podobne.
Na początku tego roku czytelnicy żądni sensacji rozchwytywali pierwsze po wojnie wydanie „Motorów”. Mniemam, że się nie zawiedli, bo i teraz ta powieść może bulwersować. Nie jest to jednak literatura najwyższych lotów, domyślam się, że młody Stefan Żechowski, który dostał do ręki rękopis autora, musiał go również czytać z mieszanymi uczuciami. Przyznaje się zresztą do tego w swojej książce „Na jawie”. Bo też i powieść Zegadłowicza przypomina bardziej ekshibicjonistyczny pamiętnik, niż dzieło skonstruowane według praw literackich. W pierwszym międzywojennym wydaniu nazwiska Zegadłowicza i Żechowskiego figurowały obok siebie. Stało się tak, ponieważ ilustracje Żechowskiego były, jak uznał to sam autor stawiając jego nazwisko obok swojego, dopowiedzeniem, interpretacją, może też innym, bardziej subtelnym spojrzeniem na to wszystko, co dzieje się i opisywane jest w powieści. Faktem jest również, że pod wpływem ilustracji Żechowskiego Zegadłowicz zmieniał i dopisywał niektóre fragmenty swojej książki. Jest to w literaturze przykład nader rzadki, a mnie w każdym razie nie znany. Szkoda, że obecny wydawca całkiem o tym zapomniał i nie wydał „Motorów” z ilustracjami Żechowskiego. Może ta powieść miałaby wtedy całkiem inny wymiar. O Żechowskim mówi się często „malarz zapomniany”. Ta smutna prawda dała znać o sobie i w tym przypadku.
Stefan Żechowski żyje w swoim Książu na uboczu. Zdaje sobie sprawę, że tematyka jego obrazów bulwersuje małe miasteczko i wydaje mi się, że musi mu to sprawiać przykrość. Ale swoją samotność wybrał świadomie, samotność nie tylko w Książu, ale samotność artysty w kraju, bo po wojnie nigdy nie została urządzona wystawa jego obrazów. Jego malarstwo entuzjastycznie przyjęto na wystawach w Brukseli, Amsterdamie i Nowym Jorku, ale w Polsce panuje na temat Żechowskiego ogromne milczenie. Owszem, ukazały się od czasu do czasu publikacje o oryginalnym twórcy z Książa, ale przecież poza nielicznymi, którzy dotarli do małego miasteczka, nikt nie zna twórczości Żechowskiego. Malarz ten nie tylko od wielu lat nie wystawia obrazów, od dłuższego czasu również ich nie sprzedaje.
Niejednokrotnie zastanawiałam się, dlaczego ten twórca pozostał tak bardzo na uboczu, dlaczego pozwolił, aby na wiele lat o nim zapomniano. Złożyło się na to chyba kilka przyczyn. Stefan Żechowski jest człowiekiem bardzo wrażliwym, a jego twórczość bardzo osobista i intymna. Malarz ten jest równocześnie wierny tylko sobie, nowe prądy i mody w sztuce nie mają wpływu na jego malarstwo. Pokazać te obrazy, miłosne marzenia, przeżywane we śnie bardziej niż w rzeczywistości, to obnażyć się tak, jak najbardziej może obnażyć się twórca, to również narazić się na zranienie. Stefan Żechowski - tak nieśmiały i wrażliwy - chyba podświadomie broni się przed tak bolesną konfrontacją. Jego opowieść intymna, opowieść o erotycznych obsesjach jest „nie dla wszystkich”. Może podświadomie chciałby, żeby jego obrazy oglądali tylko wybrani, tak jak tylko najbliższym przyjaciołom możemy czynić bardzo osobiste zwierzenia.
Dziewczyna Żechowskiego jest tworem fantazji, ale i postacią rzeczywistą, o czym artysta kilkakrotnie wspominał w rozmowach ze mną. Nigdy jednak nie chciał podać na ten temat żadnych szczegółów uważając, że byłoby to z jego strony niedelikatne, bowiem osoba ta żyje. W swoich wspomnieniach poświęcił jej jednak jeden z rozdziałów.
„Spostrzegłem, że ma czarne, skośne łuki brwi, długie rzęsy rzucające cień na białe policzki, krótki nos, wypukłe, czerwone usta. Uwagę moją zwróciły także bardzo czarne włosy, uczesane gładko nad czołem i zaplecione w warkocze wyrzucone na wierzch czerwonej bluzki” - tak opisał ją w swojej książce i opis ten jak najbardziej oddaje urodę jego przyszłej modelki. Wzruszający jest także w tym rozdziale opis, jak z niepokojem czekał na spotkanie z piękną dziewczyną, jak wieczorem biegł do niej przez mokre od deszczu krakowskie Planty. To była pierwsza młodzieńcza miłość malarza, a intensywność tego przeżycia pozostała w jego twórczości.
Ale w sztuce nic nie jest dosłowne. Dlatego dziewczyna Żechowskiego ma wiele wcieleń - tak wiele jak kształtów miłości, namiętności, pragnienia. Jest złotowłosa i niewinna, czarnowłosa i demoniczna, rudowłosa i tajemnicza. Pozostaje jednak zawsze w nierealnym świecie marzenia, w świecie snu, gdzie obowiązują inne prawa. Inne tu światło, inna barwa. Nie można zrozumieć malarstwa Żechowskiego, jeśli nie zrozumie się umownej konwencji tej twórczości.
W świecie snu Żechowskiego jest także inna, obsesyjnie powtarzająca się postać. Tą postacią jest sam autor - jego autoportret z lat młodzieńczych. Nie taki, jaki umieścił wśród ilustracji do swojej książki „Na jawie”, gdzie wyłania się twarz „prawdziwa” Żechowskiego - zalękniona, smutna, zamyślona. Twarz niepiękna, ale pełna wyrazu. W erotycznych fantazjach jest to twarz urocza, wyidealizowana - we śnie bowiem wszystko jest możliwe. Ale też Żechowski, czy też raczej jego odbicie w zwierciadle snu, nie zawsze przybiera postać zwycięskiego kochanka. Żechowski namalował cały cykl obrazów, gdzie dla demonicznej piękności jest malutkim człowieczkiem, igraszką w jej rękach, małą pogardzaną istotką. I te właśnie obrazy, to wyznanie najbardziej intymne.
Niedawno przyszło mi poznać Żechowskiego nie tylko jako malarza, również jako pisarza. Żechowski od najmłodszych lat prowadził dziennik. Niestety, zapiski te, jak wiele innych cennych pamiątek, spłonęły po wojnie w czasie pożaru w domu malarza w 1953 roku. Żechowski choć część tych wspomnień postanowił jednak ocalić. I tak powstała wydana w ubiegłym roku książka „Na jawie”. Przeczytałam tę książkę z ogromnym zainteresowaniem. Te wspomnienia, oprócz wartości dokumentalnych, mają prawdziwą literacką urodę. Sylwetki ludzi, opisy wydarzeń są tutaj plastyczne i barwne, a równocześnie jest w nich coś wzruszająco staroświeckiego.
Dwa lata temu Stefan Żechowski otrzymał nagrodę kieleckiego miesięcznika „Przemiany”. Pamiętam, jak zgromadzeni przed głównym wejściem kieleckiego pałacu, gdzie miała odbyć się uroczystość, z niepokojem oczekiwaliśmy na jednego z laureatów - Żechowskiego. Oczekiwanie przeciągało się i już zaczęliśmy podejrzewać, że jakieś niespodziewane okoliczności przeszkodziły malarzowi przyjechać z Książa. I wtedy jeden z moich znajomych znalazł Stefana Żechowskiego stojącego samotnie pośród pustych krzeseł, kompletnie zagubionego i z niepokojem wypytującego o jedyną osobę, jaką znał - o mnie. Ta samotność wśród pustych krzeseł, na których nie zasiadła jeszcze publiczność, w przypadku malarza z Książa miała wymiar symboliczny. Teraz publiczność zasiądzie, czy też raczej stanie przed obrazami Żechowskiego.
Fakt, że do tej wystawy wreszcie doszło, to dla mnie również osobista radość. Pragnęłam, żeby taka wystawa została zorganizowana, wspominałam o tym w czasie moich rozmów ze Stefanem Żechowskim. Mniemam więc nieskromnie, że zasiane przeze mnie ziarno przyniosło plony.



KOBIETY ŻECHOWSKIEGO

10 Antena”, 5-11.03.1984 r., str. 3-4

Stefan Żechowski, artysta o niezwykłej wyobraźni, starszemu pokoleniu kojarzy się z głośnym przed wojną skandalem wokół powieści Emila Zegadłowicza „Motory”, która została uznana za nieobyczajną i skonfiskowana. Rysunki Żechowskiego, ilustrujące tę powieść, znane tylko nielicznym odwiedzającym muzeum Zegadłowicza w Gorzeniu, przypomniane zostały w albumie-pamiętniku artysty „Na jawie”, wydanym w roku 1981 (wydane w tym samym roku „Motory” niestety pozbawione były ilustracji).
Telewidzowie zapewne pamiętają prezentowany w 1977 r. film Ryszarda Wójcika „Pustelnik”, bardzo żywo odbierany przez widownię. Po raz pierwszy pokazano fascynujące portrety kobiet oraz śmiałe erotyki. Obecnie Krystian Przysiecki przystępuje do realizacji telewizyjnego filmu o Zegadłowiczu i zamierza z kamerą odwiedzić pracownię Żechowskiego. Na razie proponujemy naszym Czytelnikom rozmowę z artystą z Książa Wielkiego.
- Świadomie Pan wybrał drogę samotnika, stojąc na uboczu modnych nurtów i zjawisk artystycznych, niechętnie Pan wystawia swoje prace…
- Jeśli już wybiera się sztukę, to jest ona najważniejsza i trudno się nią dzielić.
- Wystarcza Panu wyobraźni bez podniet z szerokiego świata?
- Artyście aż nadto starcza wyobraźni i fantazji, mimo przeciwieństw losu.
- Co dla Pana jest najważniejsze w życiu, w sztuce?
- W życiu - sztuka, a w sztuce - tragizm życia. Nigdy nie malowałem tematów pogodnych, zawsze było poczucie grozy, przestrach światem, lęk przed wojną…
- A kobiety? Pana dom jest przepełniony kobietami aż „nadto pięknymi”?
- Kobieta jest potęgą, naturą, pięknem i dobrem.
- Czy to prawda, że maluje Pan kobiety ze snów?
- To prawda.
- Czy w życiu spotkał pan taką nierealną kobietę, jak z obrazu?
- Tak, była to kobieta zjawiskowej urody.
- Jaki jest ideał kobiecej urody?
- Proszę spojrzeć na wprost, tam wisi.
- Widzę wyraziste, lekko skośne i senne oczy, zmysłowe usta, jak niemal na wszystkich Pana obrazach…
- …ważne jest także wnętrze.
- Czy Pan boi się kobiet?
- Boję, boję się ich demonizmu.
- A mówił Pan, że kobieta jest uosobieniem piękna i dobra…
- To prawda, ale demonizm to cecha ukryta.
- Czy to znaczy, że w samej naturze kobiecości leży ukryty demonizm?
- Tak.
- Czy ten demonizm to płeć, seks?
- Tak.
- To przypomina mi „fatalną siłę płci” Przybyszewskiego.
- To możliwe. Przybyszewski odegrał dużą rolę w moim życiu. I nie tylko jego wspaniały manifest wolności artysty był dla mnie przeżyciem, ale także jego poglądy dotyczące demonizmu, opętanie kobietą, seksem…
- Czy każda kobieta może być demonem?
- Każda. Kobieta może zniszczyć mężczyznę.
- Malowane przez Pana erotyki raczej wzbudzają radość niż niepokój…
- Tam też jest demonizm, głęboko ukryty.
- Czy dawniej kobiety były mniej demoniczne?
- Nie, były takie same.
- Czy zgadza się Pan z opinią, że Pańska sztuka jest na pograniczu pornografii?
- Nie, ja się bronię przed pornografią. Nie jest pornografią przedstawienie obnażonej kobiety. Pornografia leży w odbiorze. Są dzieła, które u odbiorców odmiennej płci wzbudzają pragnienia erotyczne.
- A co Pan sądzi o nagości w filmie, w telewizji?
- Telewizja czy film atakują zmysły obrazami pozbawionymi często dobrego smaku. Takie filmy lepiej się sprzedają. Inaczej jednak odbiera się nagość w dziele artystycznym.
- Ale czy Pana nie rażą sceny erotyczne w filmie, w telewizji?
- Nie, na ogół mi się podobają.
- Ilustrował Pan „Zmory” Zegadłowicza, czy oglądał Pan „Zmory” Marczewskiego?
- Oglądałem ten film w telewizji i podobał mi się. Odebrałem go jako coś bliskiego.
- Ostatnio istnieje duże zapotrzebowanie na sztukę erotyczną. Pan mógłby nieźle sprzedawać swoje erotyki…
- Nie sprzedaję.
- Dlaczego?
- Bo te obrazy są mi bardzo bliskie.
- Dla kogo je więc Pan maluje?
- Dla siebie.
- Dlaczego Pan nie chce, by inni się nimi zachwycali?
- Bo to jest żenujące, takie obnażanie…
- Myśli Pan o obnażaniu duszy artysty?
- Właśnie o tym.
- Czy jest Pan szczęśliwy w tym swoim świecie muz, nimf i demonicznych piękności?
- Tak, jestem szczęśliwy.
- Co to znaczy „piękna kobieta”?
- Piękną kobietą jest ta, która się nie maluje.
- A przecież kobiety z Pańskich obrazów są w makijażu, dlaczego?
- To trudne pytanie.
- Czy chce Pan zdemaskować fałsz kobiecy, pokazać próżność kobiet?
- Kobiety są próżne, ale to im tylko dodaje uroku. Je nie demaskuję kobiet, ja mam do kobiet pozytywny stosunek. Uważam, że kobieta jest w stanie zahamować męską agresję i zdolna jest powstrzymać mężczyzn od wzniecania wojen.
- A nie widzi Pan agresywności kobiet?
- Widzę. Kobiety chcą dominować w życiu, w pracy.
- To znaczy, że prawdziwe kobiety są tylko w Pana obrazach?
- Tak, w moich obrazach. I w snach.
Rozmawiała: HANNA GALSKA

Pamięci Stefana Żechowskiego

„Głos Zabrza i Rudy Śl.”, nr 48 (1448), 25.11.1984 r., str. 5
Wybitny malarz i grafik

W ostatni dzień października grono rodziny i przyjaciół odprowadziło na cmentarz w Książu Wielkim Stefana Żechowskiego. W kondukcie uczestniczyła liczna delegacja środowiska działaczy kultury i sztuki Zabrza. Wybitny malarz i grafik był bowiem blisko związany z naszym miastem, tutaj mieszkał i tworzył, pozostawiając po sobie pamięć cenionego artysty i zacnego człowieka.
Urodził się w Książu Wielkim, a pierwsze swe studia ukończył w Krakowskiej Szkole Przemysłu Artystycznego pod kierunkiem słynnego mistrza Stanisława Szukalskiego, z którego grupą „Szczep Rogate Serce” współdziałał blisko i wystawiał prace od 1930 do 1939 roku.
Z kierunkiem twórczości Szukalskiego wiązały Stefana Żechowskiego elementy młodopolskiego symbolizmu. Wkrótce jednak okazało się, że pseudosłowiańska, pełna tendencyjnej „krzepy” twórczość mistrza niezupełnie odpowiada jego coraz bardziej samodzielnemu adeptowi. Skłonność Szukalskiego do ostrej stylizacji, a wreszcie próby imitowania prekolumbijskiej sztuki Peru i Meksyku - jeszcze bardziej oddaliły od niego Żechowskiego jak twórcę, choć zawsze pozostał szczerym przyjacielem i admiratorem jego talentu. Po prostu malarstwo i grafika Stefana Żechowskiego były niezwykle subtelne. W swych rysunkach posługiwał się opanowanym wirtuozowsko warsztatem iluzjonistycznego przedstawiania tematu. Z niezwykłą maestrią stosował coraz częściej silne kontrasty światłocieni. Rysunki Stefana Żechowskiego stawiały jego urzekającą twórczość na pograniczu surrealizmu.
Nic dziwnego, że krytycy dopatrywali się podobieństwa jego dzieł do twórczości Salvadora Dali, Paula Delvaux, a w symbolice skłonni byli uznawać go za pokrewnego słynnemu norweskiemu rzeźbiarzowi i malarzowi Vigelandowi.
Niezrównanym mistrzem okazał się Stefan Żechowski jako twórca ilustracji do wielkich dzieł polskiej literatury. Tworzył własne wizje postaci i sytuacji z „Dziadów”, „Ballad i romansów” Mickiewicza. Przedstawiał w plastycznym kształcie sceny z powieści „Na srebrnym globie” J. Żuławskiego, „Pawie pióra” Kruczkowskiego, wreszcie „Motory” Emila Zegadłowicza.
Z ostatnim łączyły go więzy szczerej przyjaźni. Bywał wielokroć mile witanym gościem w Gorzeniu Górnym. Nie tylko ilustrował, ale wręcz swoimi wizjami plastycznymi inspirował fragmenty twórczości pisarskiej Zegadłowicza. Był zresztą artystą wszechstronnym. Tworzył w dziedzinie malarstwa portretowego i monumentalnego, rysunku i grafiki książkowej. Słynne były zwłaszcza jego niezwykle subtelne pastele.
W Latach Polski Ludowej uczestniczył w licznych wystawach: często na dalekich kontynentach, np. w 1952 r. w Pekinie i Szanghaju. W 1964 r. miał swoją wystawę indywidualną w Brukseli, zaś trzy lata później - niezwykle wysoko ocenianą ekspozycję w Zabrzu. Jako stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej tworzył wybitne dzieła w Stanach Zjednoczonych, miał swoje wystawy w Nowym Jorku i innych ośrodkach amerykańskich. Dzieła Stefana Żechowskiego wzbogaciły zbiory muzealne w Bytomiu i innych miastach śląskich.
Odszedł od nas wybitny i ceniony artysta, cieszący się wśród bliskich i w szerszych kołach opinią zacnego człowieka. Towarzyszyć nam będzie pamięć o bogatym dziele jego pracowitego życia.

Ostatni romantyk

LITERATURA, 1985, Janusz Jaremowicz

29 października w Książu Wielkim zmarł Stefan Żechowski, artysta całym swym jestestwem oddany sztuce i czyniący z niej sens i cel życia, ostatni z pokolenia romantyków, samotnik nigdy nie zabiegający o sławę i zaszczyty. Odszedł równie cicho jak żył. Pozostawił po sobie legendę człowieka z innej epoki, pozostawił po sobie owiane legendą dzieło wobec którego nie można pozostać obojętnym, co wcale nie oznacza, że Artystę otaczali wyłącznie entuzjaści i wielbiciele Jego twórczości.
Urodził się 12 lipca 1912 roku w Książu Wielkim jako najmłodszy z czterech synów, w rodzinie gospodarującej na trzech morgach ziemi. W szkole podstawowej ujawnił wybitny talent malarski. Jako siedemnastolatek zostaje przyjęty do Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie. Pozostaje w kręgu Stanisława Szukalskiego, jest najzdolniejszym członkiem założonego przez niego ugrupowania Szczep Rogate Serce. Przede wszystkim zdobywa sławę jako wyśmienity, oryginalny rysownik. Zdobywa rozgłos jako ilustrator „Motorów” Zegadłowicza. Przez całe życie wykona setki rysunków, stworzy własny, indywidualny, niezmiernie sugestywny sposób operowania światłocieniem. Rysunek cenił wyżej niż malarstwo. Rysunek nazywał uczciwością sztuki.
Ale nazwisko Stefana Żechowskiego wiąże się przede wszystkim z malarstwem. Z malarstwem dlatego, że jego obrazy erotyczne uważane są za skandalizujące. Nadzwyczaj to powierzchowne i uproszczone traktowanie malarstwa, które daje się odczytać wyłącznie jako zauroczenie pięknem kobiecego ciała. Bo w obrazach Stefana Żechowskiego jest erotyka, nie ma natomiast seksualizmu, a tylko prostoduszni maluczcy ważą się na zarzut pornografii. „Kobieta - mówił Artysta - to piękno formy, barwy i wyrazu i od tego twierdzenia nie odstępuję. Jeśli kobieta przyczepi się do mojego nazwiska, nie będę przeczył, że jestem malarzem kobiet. To jest moja afirmacja zmysłowości”. Stwarzane przez niego boginki są w kształcie jak i w psychice romantyczne, tak właśnie, jak ich autor - pisał Andrzej Banach, promotor Żechowskiego poza granicami kraju, człowiek, który wprowadził Artystę w wielki świat współczesnej sztuki.
Stefan Żechowski zażywał większej sławy poza granicami kraju, niż wśród swoich. Pisze o nim Larousse, jego nazwisko wymieniają najpoważniejsze zachodnie opracowania z dziedziny sztuki; w polskich encyklopediach nie ma hasła „Żechowski”.
Był artystą osobliwym. Oceniano go, ale faktycznie niewielu ludzi miało możność obcowania z Jego sztuką. Trudno powiedzieć, gdzie racja: nie chciał wystawiać, czy nie chciano go pokazywać. Faktem jest, że miał wystawy w Brukseli i Nowym Jorku, a w kraju - dopiero w zeszłym roku w Kielcach. Ale nie każdy wie, że od kilkudziesięciu lat Żechowskiego jest wiele pośród nas. To on jest projektantem emitowanych na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych znaczków z serii „Kultura polska”, „Wiosna Ludów”, „Świat pracy”, to Żechowski jest autorem owych po dziś dzień zdobiących świetlice i kluby, a wydanych w wielkich nakładach, portretów wielkich Polaków. To Żechowski namalował bardzo znany, reprodukowany w encyklopediach i podręcznikach obraz „Waryński w Schluesselburgu”.
Nie znamy Stefana Żechowskiego. Znamy tylko legendę o ostatnim romantyku.

W świecie nimf i demonów

Sztuka” 1/85, str. 28-30
Hanna Galska

„Idą i płaczą - opuszczone -
Jackowe Fauny - dokąd? - gdzie?
(…)
Dojrzały kogoś ze swej rodziny
tego, którego zowią Żech
Dojrzały go, poznały, wiedzą!
(…)
to on tam idzie zieloną miedzą
brat Jacka, Żech, Faunowy Paan!

(Stefanowi Żechowskiemu…
Emil Zegadłowicz).”

Stefan Żechowski - artysta, który swą wyobraźnią plastyczną nawiązuje do typu wyobraźni młodopolskiej (we fragmencie niepublikowanego wiersza Zegadłowicz dostrzega duchowe pokrewieństwo z Malczewskim) wcześnie uświadomił sobie, że samotność jest jego własnym losem i że „skazany jest na ukazanie swego świata” - jak pisał w liście do Zegadłowicza. Nic więc dziwnego, że tak bliskie stały mu się słowa Nietzschego „z miłością swą idź do samotni i z twórczością swą”, wzięte z „Tako rzecze Zaratustra”. Do dziś artysta żyje z dala od modnych nurtów i zjawisk artystycznych w Książu Wielkim, małej miejscowości pod Miechowem.
Żechowski starszemu pokoleniu kojarzy się z głośnym przed wojną skandalem wokół powieści Emila Zegadłowicza „Motory”, uznanej za nieobyczajną i skonfiskowaną. Rysunki Żechowskiego ilustrujące tę powieść znane tylko nielicznym odwiedzającym muzeum Zegadłowicza w Gorzeniu, przypomniane zostały w albumie-pamiętniku artysty „Na jawie” (Wyd. Łódź. 1981; wydane w tym samym roku „Motory”, niestety, pozbawione były ilustracji). Żechowski ilustrował także powojenne wydanie „Zmór” Zegadłowicza, których autor już nie widział. Współpraca z tak skandalizującym pisarzem, jakim w owych czasach był Zegadłowicza sprawiła, że Żechowski w równym stopniu, co autor „nieprzyzwoitych” powieści musiał ponosić odpowiedzialność za obrazę moralności publicznej. W roku 1937 Prokuratura Krakowska dokonała konfiskaty „Motorów”, niewiele też brakowało, aby finał sprawy rozegrał się przed sądem. Właśnie plastyczna strona „Motorów” wydatnie przyczyniła się do tego, że obaj twórcy stanęli pod zarzutem pornografii. Tekst Zegadłowicza - w nader śmiały sposób traktujący temat erotyki, wsparty sugestywną wizją plastyczną młodego ilustratora - szokował i godził w ówczesne poczucie przyzwoitości.
Młodego Żechowskiego zarekomendował Zegadłowiczowi Marian Ruzamski, malarz impresjonista, uczeń Malczewskiego. Bywał on częstym gościem w Gorzeniu. Obserwując efekty tej interesującej współpracy nad „Motorami” - napisał później w liście do Janiny Pawlasowej (datowanym 18.VII.1937 r. w Gorzeniu) - „…Żech jest to największy prezent, jaki nie z własnej kieszeni ofiarowałem p. Emilowi”1
Żechowski narzucił swą wizję plastyczną tak dalece, że Zegadłowicz zmuszony był niejednokrotnie zmieniać tekst literacki dopasowując go do ilustracji. Niezwykły to przypadek w dziejach naszej literatury. Zegadłowicz w liście do Żechowskiego z dn. 15.XI.1936 r. prosząc o kolejne rysunki pisze: „opracowując „Motory” podciągam fragmenty poszczególne do ilustracji - tak żeby się to idealnie pokrywało z sobą - tekst słowny z tekstem obrazowym (- radbym, żeby to była pierwsza książka u nas współdźwięcząca - książka krótko mówiąc wspólna!”
Fragment to niezwykle ważki, potwierdzający, że tak właśnie pojmowana przez pisarza współpraca stanowiła o jedności dzieła. Nieważne już było, kto napisał tekst, a kto stworzył stronę plastyczną „Motorów”. Z tego przekonania zrodziła się decyzja, aby na karcie tytułowej „Motorów” obaj twórcy zajmowali równorzędne pozycje. Oddajmy raz jeszcze głos Marianowi Ruzamskiemu: „Stefan zrobił cuda do „Motorów”, bo na szczęście przestał tworzyć po szczepowemu2). Są tam rzeczy pierwszorzędne, nie w polskim tylko znaczeniu, lecz europejskim. Toteż p. Emil wszędzie poprzerabiał tekst „Motorów”, gdzie „ilustracja” swa wolnością tego wymagała. Po prostu p. Emil zilustrował „Motory” Żecha”. Opinia ta świadczy o tym, że ilustracje zrobione przez Żechowskiego wyrosły z funkcji ilustracji na miarę samodzielnego tworu, z którym Zegadłowicz musiał się liczyć; dlatego wprowadzał tak liczne korekty do tekstu powieści.
Już po wojnie dostrzegano pokrewieństwo Żechowskiego z młodopolskim symbolizmem. Ilustracje do fantastycznej powieści Żuławskiego „Na srebrnym globie” zyskały swą precyzyjnością rysunku dość duże uznanie. „Nowoczesne malarstwo polskie” T. Dobrowolskiego odnotowuje, że wyobraźnia plastyczna Żechowskiego „łączy wizyjność z realizmem, wierność szczegółów z nieuchwytną atmosferą sennych majaków”, wyraźnie nawiązując do młodopolskiego symbolizmu i wyobraźni typu surrealistycznego.
Urodzony 19 lipca 1912 r. w Książu Wielkim studia malarskie rozpoczął Żechowski w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 1929 roku, przywożąc na uczelnię tekę rysunków stanowiących ilustrację do literatury romantyków (m.in. cykl do „Anhellego” Słowackiego). Szybko jednak rozczarowuje się akademickimi metodami nauczania.
„Po „Anhellim” rysowanie garnków i krzeseł odczuwałem niemal jak zniewagę” - wyznaje na kartach pamiętnika. Wolał rysować „brodate, poorane zmarszczkami głowy starców, jasnowłose główki pacholąt, koźlonogie fauny grające na fujarkach o kręconych rogach, białe nimfy uśpione w leśnym zaciszu, skrzydlate anioły ponad chmurami…” Nic dziwnego, że widząc te prace jeden z profesorów nazwał autora „przybłędą z Mlecznej Drogi”. Odbiegający od przyjętego w uczelni typ wyobraźni plastycznej Żechowskiego skłonił go do porzucenia studiów. Zetknięcie w roku 1929 z przywódcą tzw. „Szczepu Rogate Serce” - Stanisławem Szukalskim, znanym rzeźbiarzem i rysownikiem, wywiera ogromny wpływ na postawę twórczą Żechowskiego, ugruntowując w nim przekonanie o konieczności odrzucenia akademickich metod nauczania (Szukalski prowokująco głosił, że akademie są rzeźnią talentów). Szukalski pragnął wykształcić u swych uczniów pamięć plastyczną, wrażliwość i wyobraźnię, odrzucał zaś studiowanie modelu i natury. I choć Żechowski szybko rozstał się z „szukalszczykami”, to tej metodzie twórczej wierny jest do dziś twierdząc, że największym skarbem artysty jest pamięć plastyczna.
Twórczość Stefana Żechowskiego dopiero od niedawna jest znana (m.in. dzięki albumowi „Na jawie” i publikacjom prasowym), ale wciąż wycinkowo. W 1972 roku 80 ilustracji do powieści Zegadłowicza zaprezentowano publiczności krakowskiej w galerii „Pryzmat”. Prace Żechowskiego były wystawiane w Brukseli, w Nowym Jorku (gdzie artysta przebywał w 1974 r. na zaproszenie Fundacji Kościuszkowskiej), znane są także publiczności paryskiej - dzięki encyklopedii sztuki erotycznej „L’amour sensuel”, pojawiły się także w podobnych wydawnictwach, m.in. w Japonii. W roku 1977 Telewizja Polska emitowała film Ryszarda Wójcika „Pustelnik”, bardzo żywo odbierany przez widownię. Po raz pierwszy pokazano fascynujące portrety kobiet oraz śmiałe erotyki.
W kwietniu 1978 r. Żechowski bierze udział w retrospektywnej wystawie prac „Szukalszczyków” - Szczepu Rogate Serce. Niecodzienna ta wystawa zorganizowana przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, niemal w pół wieku po założeniu grupy zgromadziła bardzo wiele młodej publiczności, a zainteresowanie obrazami Żechowskiego, jednego z nielicznych już żyjących b. uczniów „Stacha z Warty” - Szukalskiego, było chyba największe. Sam Żechowski niechętnie wystawia swe prace. Zaproszony, przed kilku laty, do udziału w ogólnopolskiej wystawie sztuki erotycznej w Zachęcie - w końcu rezygnuje. W czerwcu 1983 r. kieleckiemu BWA udaje się zorganizować retrospektywną wystawę rysunku i malarstwa Stefana Żechowskiego.
Oprócz wymienionych już ilustracji do powieści Zegadłowicza i Żuławskiego, Żechowski wykonuje serię rysunków do „Pawich piór” Kruczkowskiego i „Tęczy” Wandy Wasilewskiej. Prace te siłą wyrazu znacznie przewyższały teksty - i z tej racji nigdy się nie ukazały…
Ważniejsze prace Żechowskiego to cykl z lat 30-tych „Chora ziemia” inspirowany lekturą dzieł Dostojewskiego, oddający tak charakterystyczne i dla późniejszej twórczości artysty poczucie koszmaru życia. Pod wpływem „trujących” książek powstał także „Dostojewski” i „Sen Raskolnikowa”. Jeszcze przed wybuchem wojny powstaje cykl „Wojna” („Jeńcy”, „Odwet”, „Pogrzeb”, „Matka i syn”). Wspaniałe głowy od Chrystusa po Mickiewicza to kolejny cykl obrazów pt. „Szczyty”. Przedstawiający osiągnięcia myśli i twórczości ludzkiej. Na uwagę zasługuje zwłaszcza: „Umierający Zaratustra” (głowa Nietzschego), pełna ekspresji „Ostatnia droga Tołstoja”, „Brat Albert”. Wciąż obecny w tej twórczości jest duch romantyków, niejednokrotnie Żechowski maluje Mickiewicza („Mickiewicz wśród współczesnych” - 1943, „Konrada - Wielka Improwizacja” - 1955).
„Ze wszystkich najpiękniejszymi na zawsze pozostaną dla mnie głowy Mickiewicza i Chopina” - pisze Żechowski w swym pamiętniku - zarówno w kształcie jak i w swoim wyrazie, ponieważ w samych rysach i proporcjach widać jakby zastygłą treść życia duchowego”. Pełen tragizmu, rezygnacji i bólu jest portret Mickiewicza z 1980 r. Na pytanie, dlaczego Mickiewicz jest symbolem Polski lat 80-tych?, artysta odpowie: „Bo tak czułem”.
Inny temat to „Potęga zła”, „Kuszenie”, najróżniejsze przejawy zła i przemocy. Oryginalne ujęcie tego tematu przedstawił Żechowski w obrazie z 1945 r. „Stosunek do zła”, portretując… Stalina. Mocny tors ostro oświetlonego Stalina rozbijającego młotem potężnego smoka imperializmu utrzymany był w poetyce symbolizmu.
W twórczości Żechowskiego przeważają sny i marzenia, obsesje z dzieciństwa. Najwięcej zwolenników ma Żechowski jako malarz fascynujących kobiet i obrazów erotycznych. Nimfy, muzy i demony, nierealne piękności zaludniające świat męskiej wyobraźni, żyjące bardziej w snach niż na jawie - to postacie z takich obrazów, jak „Eros i Psyche”, „Tęsknota”, „Rusałka na czerwonym maku”, „Mleczna droga”, „Niewolnik muzy”. Kobieta pojawiająca się na obrazach Żechowskiego jest potęgą i naturą, jest pięknem i dobrem. Artysta głęboko wierzy w jej zdolności ujarzmienia mężczyzny i stłumienia agresywnych popędów poprzez rozbudzenie w nim pragnień erotycznych. Ale również występuje u Żechowskiego kobieta-demon. Mimo pozornej uległości i łagodności rysów potrafi ona zdominować mężczyznę. Żechowski niekiedy świadomie ucieka się do deformacji w proporcjach ciała mężczyzny i kobiety. W obrazach takich jak „Mleczna droga”, „Muza” czy „Niewolnik muzy” szczegóły kobiecego ciała są wyolbrzymione jak we śnie, który z podniecającej fantazji przekształca się w niepokojący koszmar. Pokazują one jak mały jest mężczyzna wobec niszczącej siły kobiety. Ów demonizm blisko koresponduje z „fatalną siłą płci”, głoszoną przez Przybyszewskiego. Czy Żechowski przyjmował te poglądy? Dialog o Przybyszewskim, prowadzony na kartach pamiętnika „Na jawie” z Zegadłowiczem, wskazuje na to, iż Żechowski mocno był przejęty demonizmem Przybyszewskiego, jego nagą duszą, opętaniem kobietą, seksem. Jako malarz zafascynowany pięknem kobiecego ciała Żechowski wyznaje jednak, że chodzi mu o „nagą objawioną duszę kobiety”.
Czy więc obrazy demonizujące kobietę są w sprzeczności z tymi, które mają wyrażać harmonię i piękno? Chyba nie, „bo w kobiecie każda rzecz jest możliwa” - jak powtarza za Zaratustrą. Sztuka Żechowskiego jest właściwie adresowana do mężczyzny gdyż znajdują w niej upostaciowanie swoich marzeń i tęsknot za kobieta idealną i czują się pogodzeni w walce z Erosem. Kobieta jest tym „blaskiem rozświetlającym mroki życia”, ale jest też wyrazem obsesji i lęków. Demonizm kobiety - „jest to wyłącznie produkt mężczyzny. Wytwór jego wyobraźni. Jego erotyzmu zawiedzionego w nieodwzajemnionej miłości” - taką interpretację daje Żechowski w swoim pamiętniku.
Czy ów demonizm w obrazach Żechowskiego to jedna z wersji jego „nagiej objawionej duszy kobiecej”? To pojęcie niezbyt przekonuje kobiety oglądające obrazy Żechowskiego, nie mogące się w nich doszukać cech indywidualnych. Artysta słyszy niekiedy zarzuty o zubożeniu kobiecego wnętrza. Ale Żechowski zajmuje się przecież kwintesencją kobiecości, która byłaby ucieleśnieniem piękna, mądrości i doskonałości. Natomiast mężczyźni, mimo śladu demoniczności, zafascynowani ciepłem, dobrocią i uległością emanującą z obrazów, urzeczeni światłem ożywiającym akty, są w tym świecie bezpieczni, bo jeśli nawet spotkają się z zaborczością kobiety demonicznej - to mogą się szybko z tego otrząsnąć, jak z koszmarnego snu.
„Artysta przynosi nam alarmującą wiadomość o nienasyconej kobiecie, która wraz z demonem dominuje, chwyta i tłumi, pozostającego pod wpływem obsesji z dzieciństwa, mężczyznę” - pisała w katalogu wystawy brukselskiej z 1964 r. Stephanie Rag. Zdaniem Andrzeja Banacha („O sztuce fantastycznej”) obrazy te są plastyczną legendą snów erotycznych. I gdy w ostatniej rozmowie z artystą zapytałam, czy to prawda, że maluje kobiety ze snów, Żechowski odpowiedział: „To prawda”.
Jak niegdyś Zegadłowicz zniewolony był wizyjnością rysunku Żechowskiego, tak i dzisiejsi krytycy dostrzegają wielką precyzję rysunku, który już staje się niemal rzeźbą, fotografią.
„Żechowski jest chyba obecnie jednym z niewielu, a może nawet ostatnio jedynym, który tworzy własne źródło świata przenikające jego obrazy” - powiedział w dyskusji po filmie telewizyjnym Szymon Kobyliński. Artysta najczęściej używa ołówka, kredek, pasteli, rzadko dostrzeżemy na obrazach ślad pędzla i farby. Przy kreowaniu postaci kobiecych używa koloru, a szczególną wagę przywiązuje do kompozycji. „Kto widzi tylko szczegół, ten nic nie widzi” - mawia Żechowski. Szalona łatwość formy zadziwiała jego kolegów jeszcze w okresie przynależności do bractwa „Szukalszczyków”.
„Sama forma tak samo mnie cieszy, jak to, co przez nią wyrażam, czasami więcej nawet…” - wyznaje w liście do Mariana Ruzamskiego z 1934 r. Z pamiętników artysty możemy się dowiedzieć, jakich miał mistrzów: „Bo Leonardo, Correggio, a nade wszystko Rembrandt uczyli mnie światła, które w malarstwie stanowi jego głębię i duszę. Rubens ukazał mi boską właściwość talentu, która na tym polega, że forma rodzi się swobodnie i żywiołowo (…) Grottger i „Stach z Warty” opętali mnie rysunkiem, bez którego żaden kształt powstawać nie może, aż do przytępienia na długie lata wrodzonej mi i znanej od dzieciństwa wrażliwości na kolor, który czasami usiłowałem zastąpić rysunkiem. Böcklin rozwinął we mnie żarliwe umiłowanie przyrody, fantastyki i tajemniczego nastroju”.
Pamiętając, co któremu z mistrzów zawdzięcza, Żechowski wyznaje w dzienniku: „To jedynie za własną sobie poczytuję zasługę, że pośród tych niebosiężnych szczytów, w tym przeogromnym lesie nie zagubiłem siebie, a dziś już łatwo mogę powiedzieć, że do końca życia wiernym sobie jedynie zostanę”.
Wierność sobie, stawianie dobra przed pięknem, etyki przed estetyką - to główne cechy postawy twórcy. Żechowski, dziś już ciężko chory, nie rezygnuje z malowania, choć coraz częściej w jego obrazach pojawiają się ciemne tony.
„Nigdy nie malowałem tematów pogodnych, zawsze było to poczucie grozy, przestrach światem, lęk przed wojną…” - powie artysta podczas rozmowy. Uważa, że najważniejszy w jego sztuce jest tragizm życia i oczywiście wyobraźnia, której artyście starcza, aż nadto, mimo przeciwności losu.
Właśnie ta urzekająca wyobraźnia, pełna symboli i sennych majaków, przedstawiająca niezwykłe metafory ludzkiego losu, romantyczne widzenie świata, także w śmiałych erotykach, które nie mają nic wspólnego z pornografią („przed zarzutem pornografii sztukę erotyczną ocalić może jedynie romantyczny idealizm, którego celem jest piękno” - twierdzi Żechowski) - to wszystko przyciąga wielbicieli jego oryginalnego talentu.
W swoim świecie muz, nimf i demonicznych kobiet artysta czuje się szczęśliwy i mimo że żyje w oddaleniu, nie zabiegając o sławę, nie czuje się samotny. Śmiało może powiedzieć, jak mistrz jego lektur Nietzsche - „tem jest samotność moja, żem światłem w krąg opasan”.

1) Frag. listów cytowane zgodnie z oryginałami będącymi w posiadaniu Żechowskiego, publikowane jedynie w moim artykule „Pod zarzutem pornografii” - „Kultura” nr 33/1981 r.
2) Mowa o „Szczepie Rogate Serce” - grupie artystów kierowanej przez Stanisława Szukalskiego, z którą w młodości związany był Żechowski.

OSTATNI MODERNISTA

„Tak i Nie”, nr 10 (98), 3.08.1985 r.

Ostatniego września ub. roku odbył się w Książu Wielkim pogrzeb 76–letniego Stefana Żechowskiego – rysownika, postaci cokolwiek kontrowersyjnej w świecie sztuki, którego twórczość owiewała swego czasu mgiełka pikanterii, dziś zaś zakryła lekka zasłona zapomnienia.
Przeciętnemu młodemu czytelnikowi Zegadłowicza może być obce nazwisko Żechowskiego. Starsi, pamiętający przedwojenne wydania, wykrzykną: „Ach, to ten od Motorów”. Skandal, spowodowany konfiskatą pierwszego wydania tej książki w październiku 1937 roku, wywołany był nie tylko ostrymi, naturalistycznymi opisami, lecz także przyczyniły się do niego zbyt „rozebrane” jak na owe czasy rysunki. Żechowski wraz z Zegadłowiczem został oskarżony o antypaństwowość i niemoralność ilustracji. Do rozprawy nie doszło, lecz przez jakiś czas straszyły na murach Krakowa napisy „Spalić Motory”!
Rysunki te rozsławiły nazwisko Żechowskiego. Nie miał jednak w kraju żadnej wystawy indywidualnej. W 1972 roku jedynie w krakowskiej galerii „Pryzmat” udostępniono zwiedzającym 80 jego ilustracji do „Zmór” i „Motorów”, ignorując pozostały dorobek.
Z dobrą opinią spotkały się jego prace w USA i w Brukseli. Paryski wydawca encyklopedii sztuki erotycznej Sternberg, proponując mu współpracę, określił go jako najciekawszego polskiego twórcę erotyków.
Tymczasem w kraju w ciągu 40 lat Żechowski zilustrował tylko jedną książkę: „Na srebrnym globie” Żuławskiego. Niedostępny dla oczu ciekawskich, ukryty w swym domu w Książu Wielkim, rozczarowany i nieufny – niechętnie kontaktował się ze światem. Jego przyjacielowi, dziennikarzowi Ryszardowi Wójcikowi udało się zdobyć zgodę Żechowskiego na nakręcenie „Pustelnika” – krótkiego filmu dokumentalnego o jego dziełach, i na wydrukowanie wspomnień z lat młodości „Na jawie”.
Już tylko z kart tej książki możemy dowiedzieć się, kim był ten „Wielki Samotnik z Książa”, jak go nazywano. Czy jego odizolowanie od świata było formą obrony, czy też wynikało z wolnego wyboru.
Urodził się w 1912 roku w Książu Wielkim jako najmłodszy z czterech synów stolarza.
Jako siedemnastolatek rozpoczął naukę w krakowskiej Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych. Tu przeżył pierwsze rozczarowania. Mozolne i aptekarskie badanie zasad ornamentyki nie interesowało go zupełnie i nie pozostawało w zgodzie z jego fantastycznymi wizjami plastycznymi. Dochodziły do tego duże kłopoty materialne: rodzina nie mogła zbyt często zasilać go finansowo. Później ten przedwcześnie dojrzały chłopiec odkrył „Anhellego” i prace Grottgera. Do tego pierwszego poematu stworzył własne ilustracje. Na szczęście jego pracami zainteresował się wykładowca, profesor Wojtyczko, który zafascynowany tym, jak go nazywał, „przybłędą z Mlecznej Drogi” skontaktował go ze Stanisławem Szukalskim, który zakładał wówczas szkołę dla młodych plastyków pod znaną nazwą „Szczep Rogate Serce”.
Tam Żechowski stawiał pierwsze kroki. Nikt już nie krępował jego talentu.
W tym też okresie przeżył krótką znajomość z kobietą, której uroda na długi czas zdeterminowała jego twórczość.
Była to piękność wielkooka i ciemnowłosa, ze zmysłowymi ustami, której twarz często spotykamy w pracach z tego okresu.
Typowy introwertyk głęboko reaguje na lekturę. „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego i twórczość Dostojewskiego wstrząsają jego wrażliwą psychiką.
Powołanie do wojska przeżywa jako koszmar. Zwłaszcza, że końcowy okres odsiaduje w areszcie. Skazany nań został za narysowanie karykatury swego opasłego majora. Przedstawił go pod postacią prosięcia.
Jego wyobrażenia o swym mistrzu i nauczycielu Stanisławie Szukalskim okazują się mylne. Jest to dla młodego Stefana wielki zawód. Określa „Stacha z Warty” pogardliwie: „Na wskroś ziemski” – i rezygnuje z dalszej nauki w Krakowie.
Zaproszony przez przyjaciela plastyka Mariana Ruzamskiego przyjeżdża do Tarnowa, gdzie mieszka w wilii doktora Eugeniusza Pawlasa. Tam po raz pierwszy spotyka Emila Zegadłowicza, który proponuje mu współpracę. „Motory” i rysunki powstają niemalże jednocześnie. Zegadłowicz przysyła Żechowskiemu rękopisy kolejnych rozdziałów, a ten sporządza od ręki odpowiednie szkice.
Żechowskiego razi początkowo zbyt obcy mu naturalizm scen miłosnych. Dlatego postanawia – dla kontrastu – stworzyć obrazy bajkowe, fantastyczne, z lekko zamgloną kreską, tak charakterystyczną dla jego twórczości.
Zegadłowicz po zakończeniu pracy stwierdził: „To są jego Motory” i zlecił wykonanie dwóch obwolut do pierwszego wydania. Na jednej z nich nazwisko Stefana Żechowskiego widnieje jako nazwisko autora. Pisarz przyznał się także, że wiele scen przerobił pod kątem wcześniej powstałych ilustracji.
W 1937 roku zaprasza rysownika do swego dworku w Gorzeniu. Żechowski poznaje tam Wandę Wasilewską, Leona Kruczkowskiego, Andrzeja Piwowarczyka i działacza ludowego Józefa Putka, który wybrania go od procesu, grożącego mu za „nieobyczajność” rysunków w „Motorach”.
Sierpień 1939 roku spędza Żechowski w Przyborowie u swego brata Daniela. Tu przeżywa wrześniową „wędrówkę ludów”. Tworzy też cykl antywojennych ilustracji i owoc swych przemyśleń – trzy filozoficzne eseje, które spłonęły podczas pożaru rodzinnego domu w Książu.
Fragment jednego z nich jakże odpowiada samemu autorowi: „Jestem sam. Mego serca nie uspokoi żadne inne serce, a duszy nie uszczęśliwi cały świat. W bezmiary wszechświata rozciąga się moja samotność, a duch mój szuka oparcia w nieskończoności Bytu.” Refleks Schopenhauerowskiej filozofii modernizmu – nader widoczny.
Zawsze twierdził, że twórca powinien zostać samotny. Lecz gdy w 1943 roku spotkał swoją przyszłą żonę Marię–Lunię, jak ją nazywa we wspomnieniach, porwany jej urodą i słodyczą, łamie swe zasady. Będzie mu towarzyszką i troskliwą opiekunką przez okres powojennej tułaczki i przez długie lata pustelniczego życia w Książu.
W 1945 roku pracuje przy zabezpieczaniu dzieł sztuki, pozostawionych w okolicznych, opuszczonych przez właścicieli dworach. Za tę działalność bandy NSZ wydają na niego wyrok śmierci.
W Krakowie spotyka Kruczkowskiego, który proponuje mu pracę ilustratora w „Przekroju”. Odmawia. Z kolei jego propozycje ilustracji do „Pawich piór” spotykają się z brakiem zainteresowania autora. Podobny los spotyka propozycję wykonania rysunków do „Tęczy” Wandy Wasilewskiej.
Tuła się po różnych miastach, między innymi mieszka w Zabrzu. Sytuacja materialna jest niewesoła. Utrzymuje się z malowania firanek i zasłon oraz z wykonywania portretów na przeróżne uroczystości państwowe. Pragnie też wykonywać wzory na znaczki pocztowe, ale akurat seria, nad którą pracuje, zostaje w ostatnich chwili wycofana z obiegu.
Wraca do Książa w 1953 roku by przekonać się, że jego dom rodzinny spłonął, a wraz z nim wszystkie drogie mu pamiątki: szkice, listy, pamiętniki, obrazy… Przeżywa załamanie. Od tej pory wycofuje się zupełnie ze „światowego życia”. Realizuje to, co postanowił przed wojną w liście do Szukalskiego:
„Chciałbym rzeczywiście odejść w taką ciszę życia, w prawdziwą i mimo wszystko osiągalną samotność, związaną chociażby z biedą największą, która nie trwożyła mnie nigdy. W taki stan, kiedy nic już nie może być ciosem, gdzie nie przeraża żadne niebezpieczeństwo, gdzie jedyną rzeczywistością jest tylko prawda wewnętrzna, a wartością nastrój duszy – nie martwy spokój, lecz pięknem przepojone szczęście odmienne od wszystkiego, co ludzie zwykle szczęściem nazywają. Znając swoją chorobliwą wrażliwość pragnąłem odejść od każdej wrogiej mi aury, od konieczności nie walki nawet, lecz obrony”.
Czy był w tym odosobnieniu szczęśliwy? Nie wiadomo.
ANNA POPPEK

ŻECHOWSKI

„Odrodzenie”, nr 20, 18 maja 1986 r.
Ryszard Wójcik

Dziwnie ułożyła się ta nasza przyjaźń. Owego dnia gdy włamałem się do pustelni Stefana Żechowskiego ze swą dziennikarską potrzebą - nic właściwie o nim nie wiedziałem. Że to rysownik wyjątkowy, genialny, domyśliłem się z kilku ujęć Polskiej Kroniki Filmowej, która kiedyś, dawno temu, odwiedziła Książ Wielki i utrwaliła jego postać i kilka obrazów w parominutowej migawce; że nie miał po wojnie choćby jednej indywidualnej wystawy, że wydawcy odrzucali jego ilustracje do książek, że zaliczony do kategorii twórców kiczu i pornografii, przez dziesięciolecia z trudem zarabiał na chleb… skąd mogłem wiedzieć?
Nic o nim nie pisano, jego nazwiska nie było w żadnej encyklopedii, a jedyny informator, który o Żechowskim coś słyszał, dodał tylko niepewnie: - Zdaje się, że to przez niego miał Zegadłowicz kłopoty z wydaniem „Motorów”, zbyt już nieprzyzwoite były tam rysuneczki… - Spóźniłem się na wystawę w krakowskiej galerii „Pryzmat”, o której wyczytałem na Prima Aprilis w r. 1973 w felietonie Jacka Buszyńskiego („Kultura” z dn. 1.IV.73 r. - „Prywatny rysunek odręczny”) - felietonie nader nieprzychylnie charakteryzującym rysunki Żechowskiego, okazane widzom w jakże wspaniałym towarzystwie dzieł Zdzisława Beksińskiego, Adama Hoffmanna i innych: „Wszystko jest przesycone patosem… uderzają tu banalne metafory, fotograficzna kompozycja i fotograficzny światłocień, sentymentalizm podniesiony do potęgi…” - zżymał się krytyk, ale… dawał do zrozumienia, że ten Żechowski… żyje!
Pocałowawszy klamkę pustej już galerii - ruszyłem do Książa Wielkiego. W niewielkiej osadzie, przeciętej w środku szosą, skupionej wokół zabytkowego kościoła i ułożonej na wzgórku naprzeciw samotnego renesansowego zamczyska - ten domek mały, w ciasnej zabudowie stromej uliczki, stodółka przy nim, jak to na wsi, całość obwarowana płotem… Mężczyzna na oko może pięćdziesięcioletni (Stefan miał wówczas 61 lat), dobrze zachowany, o twarzy wyposzczonego wikarego, witał się ze mną nieufnie, ale już za chwilę piłem wino jego roboty, z domowych winogron i oglądałem rozłożone wszędzie teki z rysunkami - świadectwa trudu ostatnich dziesięcioleci… To jedzie ze mną do Nowego Jorku na wystawę organizowaną przez Fundację Kościuszkowską - westchnął z widoczną rezygnacją.
- Pan się martwi tym wyjazdem?
- Wcale się nie cieszę - kiwnął melancholijnie. - Nie lubię podróży i boję się ich, ale odmówić już nie sposób, bo tacy dla mnie życzliwi…
- Przecież to okazja zarobku, obsprawi się pan trochę - rozejrzałem się po pustej izbie: nie było w niej nawet lodówki, stał piecyk węglowy, wiadro z wodą studzienną, buty gospodarza wypucowane były ale mocno zdeptane, stół zdobiła konserwa rybna i pajda białego sera…
- To wróci ze mną do kraju - wskazał rozłożone obrazy - nic nie sprzedam, chyba że tam coś naszkicuję… Pan nie wie, że siedzimy na pogorzelisku; tu w pięćdziesiątym trzecim stał mój rodzinny dom drewniany, a w nim wszystko co stworzyłem, także notatki, dzienniki - wszystko poszło z dymem!
Banach napisał: „W tej wypowiedzi z grzechów wyobraźni pierwsze miejsce zajmuje kobieta. Żechowski jak Campigli mógłby powiedzieć o sobie, że bez kobiety życie nie jest warte trudu. W ogromnej jego twórczości opętanie tym tematem jest tak obsesyjne, że w całości tworzy nowoczesne kuszenie świętego Antoniego…” - I poza to stwierdzenie nie poszedł dalej żaden krytyk, aż do roku 1977, gdy na pokazie mego filmu telewizyjnego, ukazującego kilkaset rysunków Pustelnika, spotkali się - Andrzej Osęka z Szymonem Kobylińskim i w dwa głosy zawołali:
- Ależ ta wyobraźnia syci się nie tylko słodką, omdlewającą erotyką, ale lęgną się w niej również niezwykłe metafory ludzkiego losu. Jest tu i wielkie poczucie humoru i poczucie satyry. Mistrzowsko jakby z kliszy przerysowane, z obiegowego niby-sloganu, jak „walka dobra ze złem”, „groza istnienia” - ni stąd ni zowąd jawią się tu rzeczy całkowicie własne, wstrząsające, głębokie… (Kobyliński) - Mnie przychodzi na myśl Bruno Schulz. Mam na myśli sceny literackie, domenę wyobraźni. To romantyk z tego ginącego już pokolenia moralistów, którzy odwołują się do rzeczy elementarnych, do jakby już zaniechanych wyobrażeń o pięknie, do pojęcia brzydoty, która jest tuż obok, ale jakby została przez nas oswojona. To artysta całkowicie osobny! (Osęka)
Krok po kroku i rok po roku odbywa się to odsłanianie zapoznanego twórcy. Także i wtedy gdy udało mi się „przepchnąć” w Wydawnictwie Łódzkim spisane przez Żechowskiego wspomnienia z młodości („Na jawie” WŁ 1981) ilustrowane sześćdziesięcioma pięcioma jego rysunkami - recenzji nie było żadnych i nikt jakoś nie zauważył, że takiego Żechowskiego, jaki rysunkiem i słowem literackim z tej książki przemawia, w Polsce dotąd nie znano. Ten obsesjonat pięknego kobiecego ciała, piewca omdlewających anielic, totalnie jakby zatopiony w temacie erotycznym - wystąpił oto z rojem wizji niesłychanie sugestywnych, będących projekcją dramatów społecznych, jakie stały się udziałem jego pokolenia (strajki, rozruchy rewolucyjne, dyktatura ciemnogrodu), ale także - okazał owe „niezwykłe metafory ludzkiego losu”, o których mówił zdumiony Szymon Kobyliński, przywołując nazwiska Bruegla Piekielnika i Goi… Chrystus w cierniowej koronie z szyderczo przytkniętym doń „berłem” trzciny, stojący obok olbrzyma-złoczyńcy, na wprost rechotliwych gęb wyjącej tłuszczy…, w hełm teutoński przyodziana poczwara ogarniająca szponiastą łapą glob ziemski, niby na patelni, gęstwa nieżywych ludzików… idące w śnieżnej pustyni długie szeregi skazańców o oczach, z których wydarto wszelką nadzieję… Mickiewicz w ekstazie Wielkiej Improwizacji… - obrazy, których rodowód w długich cyklach, liczących niekiedy kilkadziesiąt dzieł. Nic o nich nie wiedziała bo nie mogła wiedzieć krytyka, skoro nie było wystaw, skoro od dziesięcioleci to tu to tam, w tygodnikach, z jakichś nieznanych reprodukcji, powielano ciągle te same „pornografie” nikomu nie znanego cudaka z Książa.
Jeżeli jakiś czytelnik zaglądał nawet do księgi wspomnień Stefana Żechowskiego („Na jawie”) - a było wtedy lato 1981 r., zgiełkliwa pora szampańskich narodowych swarów - to żachnąć się musiał na „niewczesne” wynurzenia artysty, który tyle kartek poświęca zdarzeniom z pierwszego okresu po wojnie, gdy żarliwa wiara w sens nastałego ludowładztwa, przywiodła go w szeregi PPR i sprowadziła nań wyrok śmierci zbrojnego podziemia… Ten finezyjny smakosz powabów kobiecych, egzaltowany romantyk, targany egzystencjalnym lękiem metafizyk - rewolucjonistą?! Oto wspomina z wielkim przejęciem jak z polecenia wiceministra kultury i sztuki, Leona Kruczkowskiego (poznali się przed wojną w Gorzeniu u Zegadłowicza, tamże bywała Wanda Wasilewska) pełnił misję „komisarza ludowego”, pilnującego by nie zmarnowały się dzieła sztuki i biblioteki w parcelowanych przez reformę majątkach; oto widzimy go jadącego chłopską furą do Miechowa z wielkim dwumetrowym portretem Marksa namalowanym dla komitetu powiatowego - prosto pod lufy zaczajonych na skraju lasu NSZ-owców… Salwę przyjął na siebie brodaty prorok, szczęśliwie koń poniósł, artysta wyszedł żywy. Oto pisze jak przed wojną obrażał zacne gusta krakowskiej kołtunerii, narażając sławetne „Motory” Zegadłowicza na konfiskatę pod zarzutem szerzenia pornografii, a siebie i pisarza stawiając wobec oskarżenia przed sądem z racji niemoralnych i antypaństwowych działań… Taki Żechowski nie układa się żadną miarą w egzotycznej ramie przypowieści o kuszeniu świętego Antoniego!
Nie przypadkiem jedyna za życia artysty indywidualna wystawa jego dzieł (69 prac), w czerwcu-lipcu 1983 r. (Galeria BWA „Piwnice” w Kielcach), była ekspozycją obrazów tak dobranych przez Pustelnika, że wybór ten zaskoczyć musiał samych organizatorów: zarówno katalog zawierający trójgłos wypowiedzi krytycznych jak i zestaw umieszczonych w nim ilustracji - to znana już nam recytacja stwierdzeń o „demonicznej kobiecie Żechowskiego”, o „malarzu piękna erotycznego”, o „zagubionym między snem a jawą, tajemniczym odludku”. Czytamy: „Bo wybrał samotność, wybrał odosobnienie, skazał się na świat, w którym jest miejsce tylko dla sztuki…”
Istotnie: recytacją łatwych ogólników są te cenzurki z katalogu wystawy wobec treści obrazów jakie wisiały na ścianach galerii. Artysta, który by odwrócił się od świata i dobrowolnie zagłębił się w wyłącznej kontemplacji kobiecych powabów - nigdy by nie narysował tylu wstrząsających wizji pełnych zgiełku Historii, dobijających się rozpaczliwie do wrót niebios i piekieł, urągających Pra-Przyczynie Wszechbytu, będących krzykiem egzystencjalnej trwogi. Czy istnieje gdziekolwiek świat w którym jest miejsce „tylko dla sztuki”?
Napisał więc inny krytyk przy okazji tejże wystawy: „Życiorys Żechowskiego jest mało potrzebny; przed oczami mamy dzieło mistrza; nie osobę, którą on, skromny i nieśmiały chętnie kryje. Dzieło jego chwali się samo…”
Skąd - zapytuję - ta stanowcza awersja do zajmowania się życiorysem artysty, który stworzył dzieło tak mistrzowskie? Ten „skromny i nieśmiały” Pustelnik bynajmniej nie krył swej osoby - skoro oddał wydawcy, na moje ręce, swe głęboko intymne zapiski z lat młodości („Na jawie”), pragnąc ocalić przed zapomnieniem mało dziś znane dzieje owego dziwnego Szczepu Rogate Serce, bractwa „Szukalszczyków”, a także swoją z Zegadłowiczem i lewicą intelektualną - przygodę życia. Nie taił i nie uważał za „mało potrzebne” zwierzyć się w druku ze swego największego po wojnie dramatu, za jaki poczytywał odtrącenie go od udziału w pracach twórczej lewicy (gdy już należał do PPR), kiedy to raz po raz spadały nań niepojęte zgoła ciosy ze strony tych, których miał za współtowarzyszy walki ideowej. Zarówno Kruczkowski jak i Wasilewska nie przyjęli do swoich książek wspaniałych (jak dziś widzimy) ilustracji Żechowskiego, daremnie obijał progi wydawnictw - on, znany przyjaciel Zegadłowicza! - oferując usługi rysownika, przez lata całe płacił za PPR-owskie „klejmo” wygnaniem z Zabrza, gdzie z trudem zarabiał na chleb malując portrety przodowników pracy lub zgoła… materiały na firanki - on, którego geniusz rysowniczy mogło dostrzec nawet dziecko! Nie było dlań miejsca ani na salach wystawowych, ani na kartach wznowień literatury klasycznej (dzieła Mickiewicza, poezje Leśmiana, Kasprowicza - ilustrował sobie a muzom, przymierając głodem), odebrano mu skromny zasiłek jaki dostawał, starano się o nim zapomnieć. Dlaczego? Czyżby „wybrał samotność” dla czystego jeno upodobania w pustelnictwie?
…Zmysłowy, cielesny, emanujący grzechem, rój obrazów Żechowskiego długo nie chciał mi się skojarzyć z czymś tak prostym, rygorystycznym i chłodno racjonalnym, co mogłem brać za postać ideowca-komunisty z epoki pionierskiej… Jego żarliwość i nieomal egzaltacja w sądach zasadniczych zdawała mi się czymś w rodzaju religijnego zapamiętania - na opak!... Jego majsterstwo rysunku wywodzące się z kunsztu Grottgera i Matejki, lekceważenie awangardyzmu i mody w sztuce, wyrzeczenie się giełdy i poklasku - wyglądało mi na zasklepienie się w tradycjonalizmie i staroświeckości. A jeżeli nawet tak było i jest tak istotnie?
Był przecież sobą do końca w takim wcieleniu w jakim być pragnął. Przeżywał do ostatka swoje życie w całej jego bolesnej jaskrawości, nieuległy wobec zmiennych koniunktur, nieczuły na pokusy taniego sukcesu. Pozostaje w mej pamięci jednym z nielicznych, którzy z raz obranej drogi nigdy nie zeszli. I w tym jest także wielki.

STEFAN ŻECHOWSKI

Katalog STEFAN ŻECHOWSKI
BWA MIECHÓW - GALERIA „U JAKSY”, 1986

Marian Konarski
Szczepowy „Rogatego Serca”


Smutno jest oceniać życie, które się nieodwołalnie zamknęło, ale obowiązkiem przyjacielskim jest reanimować to, co zostało z wysiłku, natchnienia, bezprzykładnej pracowitości w dziełach, którym tylko własnego ciepła trzeba dostarczyć - aby serce w nich znowu zabiło.
Byłem blisko niego - dosłownie przez 55 lat, odkąd, jako 17-to letni chłopiec - cichy, w biednym płaszczyku z teczką rysunków pod pachą przyszedł do nas (Szczepu „Rogate Serce”), jakby do zakonu sztuki, do grupy młodych o płonących entuzjazmem policzkach, którym Stanisław Szukalski pokazał drogę do rozwijania własnych talentów, drogę ciężką, ale ofiarniczą dla polskiej sztuki.
Już na pierwszej naszej wystawie w 1930 roku wyróżniał się świetnie rysowanymi kompozycjami i stał się ulubieńcem Mistrza.
Dziś, gdy spoglądam na całość jego obfitej twórczości, bardziej analitycznie mogę prześledzić nici jego rozwoju, nici zawikłane w kłębku tak złożonej osobowości, całą skalę wzruszeń, radości twórczej i zawodów, ciężarów, które niósł na barkach, co nieraz przedstawiał w tematach swoich kompozycji.
Zresztą cała jego twórczość to jeden wielki pamiętnik od chłopięcych marzeń, dojrzałych dramatów, które chciał zrozumieć we współczesnym mu świecie, po zawody i rozczarowania, gdy przekonywał się, że sztuką swoją niewiele mógł w tym świecie zmienić. I dziś, gdy on zmęczony tą drogą umilkł, jego dzieła rozpoczynają drugie życie, muszą mówić za niego. Może ich głos dziś będzie lepiej słyszany.
Rozpoczął życie artystyczne od wielkich oczarowań poezją romantyczną, od zachwytu nad wielkimi artystami renesansu i naszej rodzimej sztuki. Jasno to wyraził w wielu rysunkach, w których kłania się kornie wielkości Michała Anioła, Rodina, Matejki, Malczewskiego i Szukalskiego. Takie wpływy są sprawą naturalną i świadczą o poziomie jego wymagań wobec siebie, o horyzoncie ideałów. Jego wrażliwość i szczerość musiała w tym chłopięcym okresie objawić się podległością wobec sztuki największych mistrzów, do pewnej bluszczowości, bo jego wrodzony i tak wcześnie objawiony talent zmuszał go do prób zmierzenia się z nimi. To była jego wewnętrzna duma, która mimo jego zewnętrznej skromności i nieśmiałości życiowej była z nim przez całe życie. Godność i duma własnego powołania. Pamiętam, jak raz zapytał mnie: „czy, jeżeli ktoś potrafi tak rysować, jak Rafael - będzie mu równy?” Wiedział już, że to potrafi. To nie była zarozumiałość. To było ciche pytanie… Odpowiedziałem mu, że będzie mu równy, jeżeli dzisiaj, współcześnie, na nowo zdoła wyrazić swój osobisty świat w skali wielkości Rafaela.
Walcząc o doskonałość swej sztuki rozśpiewał się tak, jak to widać w mistrzostwie jego rysunków. Mimo, że pracował wiele i ciężko - zdaje się dziś, że przychodziło mu to łatwo, że jego wirtuozeria jest radosną zabawą, bo osiąga tyle wewnętrznego światła, tyle przestrzeni, raz czystej, raz zamglonej, pełnej zjaw i rusałek ze świata baśni i liryzmu, aż do dramatycznej czerni, wręcz tragizmu, gdy skarży się na zło niszczące współczesny świat wojen, obłudy i perfidnego okrucieństwa…
W drugim okresie twórczości, gdy wyczerpała się w nim ta młodzieńcza, nieokreślona tęsknota, szukanie wokół siebie punktu zaczepienia - znalazł go chwilowo we współpracy z Emilem Zegadłowiczem. W ilustrowaniu jego „Motorów” zetknął się z konkretnymi problemami społecznymi. I znowu tym się bez reszty zachłysnął, z czasem nawet wyprzedził Zegadłowicza, który uznał Żechowskiego za współautora.
Pamiętam, gdy będąc w Gorzeniu w tym czasie - Zegadłowicz wynosił mi i stawiał pod ścianą szereg pierwszych ilustracji do „Motorów”. Widzę jeszcze te gesty Zegadłowicza, gdy nosił po jednym rysunku, jak monstrancję, uśmiechając się radośnie, pewny mojego zachwytu.
To był początek męskiej drogi twórczości Stefana. Rysunek nabrał kontrastów, gwałtownych przerysowań, całej skali wyrazu od idyllicznych scen erotycznych po brutalność walki rewolucyjnej. W tym narodził się jako niezrównany w polskiej sztuce ilustrator, a właściwie kongenialny interpretator twórczości literackiej. W późniejszych latach kontynuował tę drogę rysując ilustracje do „Zmór” Zegadłowicza, „Pawich Piór” Kruczkowskiego, „Na srebrnym Globie” Żuławskiego, „Tęczy” Wasilewskiej.
Dalszy, aż do ostatniego - to okres szukania swego miejsca na ziemi. Siłą swej fantazji kreował pozaziemskie życie, obracał się w tym zaświecie - z życia realnego brał tylko ciernie, które go kaleczyły, albo doznania miłosne, które go przerastały i zniewalały. Kobiecość tłumaczył jako żywiołową siłę przyrody, żył, jakby epoką matriarchatu. Tam szukał zapomnienia i szczęścia, ale i tam bywał miażdżony. To wszystko można wyczytać w jego dziełach, które są pisane kredką i ołówkiem, jak gigantyczny, dziecinnie szczery, ale i rozpaczliwy pamiętnik.
Szukalski mówił mi raz, że dlatego budzi zawiść wśród swoich przeciwników, bo potrafi wyrazić w formie wszystko, co zamierzy, jest równy swojej wizji.
Żechowski, jako artysta - jest równy swoim marzeniom!


SAMOTNIK Z KSIĄŻA WIELKIEGO

STEFAN ŻECHOWSKI
BWA MIECHÓW - GALERIA „U JAKSY”, 1986
Lechosław Lameński

W niezwykle bujnym i różnorodnym życiu artystycznym Polski okresu dwudziestolecia międzywojennego, szczególne miejsce należy się Stanisławowi Szukalskiemu i grupie jego uczniów zrzeszonych w Szczepie Rogate Serce, działających w Krakowie w latach 1929 - 1936. Niezwykła osobowość Stacha z Warty Szukalskiego, który po wielu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych Ameryki Płn. przyjechał pod koniec 1928 roku do starego kraju, aby odrodzić rodzime malarstwo i rzeźbę, będące - jego zdaniem - w stanie totalnego upadku, na skutek zbyt silnej zależności od sztuki zachodnioeuropejskiej, głównie francuskiej, propagowanej aż do przesady przez profesorów Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, tego wylęgacza miernot i rzeźni twórczości polskiej, spowodowała szok w konserwatywnym środowisku Krakowa.
Niekonwencjonalność głoszonych haseł, niecodzienna i bulwersująca otoczenie forma publicznych i drukowanych wypowiedzi, którymi zaatakował Szukalski wszystkich i wszystko, przysporzyły mu masę nieprzejednanych przeciwników, ale także zjednały niewielkie grono zagorzałych entuzjastów i zwolenników, rekrutujących się głównie z uzdolnionej plastycznie i spragnionej wszelkich nowinek młodzieży akademickiej.
Jednym z nich był zaledwie 17-letni (ur. w 1912 roku) Stefan Żechowski, uczeń krakowskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych, który z racji miejsca urodzenia nazwany został przez Mistrza - Zieminem z Książa Żechowskim. Propagowana przez Szukalskiego metoda pracy twórczej, polegająca na tworzeniu wyłącznie w pamięci kompozycji figuralnych (najlepiej o tematyce bliskiej przeszłości Polski), przy użyciu zwykłego, ostro zatemperowanego ołówka, przypadła do gustu młodemu i pracowitemu młodzieńcowi z Książa. Naturalne predyspozycje Żechowskiego do precyzyjnego odtwarzania rzeczywistości, poparte umiejętnością syntetycznego ujmowania tematu, a także duża doza wyobraźni, przyniosły wiele ciekawych prac w okresie przynależności artysty do Szczepu Rogate Serce. Łatwość z jaką potrafił tworzyć zarówno kompozycje o zdecydowanie secesyjnej kresce i atmosferze bliskiej dekadentyzmowi końca XIX wieku (Tęsknota z 1930 roku), liczne rysunki i akwarele oparte na silnych kontrastach światła i cienia, gdzie płaszczyznę kartonu wypełniały mocarne, potężnie umięśnione postacie półnagich wojowników, ukazanych w niezwykle ekspresyjnych pozach (Bolesław Śmiały z 1930 roku), a także kompozycje bardziej zwarte, działające na widza prostą i zdecydowaną bryłą, wskazującą na znajomość i lekcję kubizmu (autoportret Skupienie z ok. 1930 roku), czy też pełne niepokoju i wewnętrznego napięcia rysunki, w których dominowały tłumy nagich kobiet i mężczyzn zagubionych w pustym i obcym im świecie oraz niemniej osobliwe stwory zwierzęce i demony, wyrosłe z surrealistycznych majaków i snów (cykl Chora ziemia z 1931 roku), spowodowały, że Żechowski stał się - obok Mariana Konarskiego i Norberta Strassberga - największą indywidualnością wśród uczniów Szukalskiego.
Chęć samookreślenia, konflikt z Mistrzem, a zwłaszcza znajomość z Emilem Zegadłowiczem, poprzez którego zbliżył się do komunizmu, zadecydowały o tym, że w listopadzie 1936 roku, artysta wystąpił ze Szczepu, po trzynastej, a zarazem ostatniej wystawie grupy. Następuje kilkuletni, bardzo owocny okres, w czasie którego Żechowski daje upust swojej nieposkromionej wyobraźni, wykonując ilustracje do skandalizującej powieści pisarza Motory. Szokujący śmiałym ujęciem wątków erotycznych tekst, znalazł znakomite dopełnienie w osobliwych, wykonanych z niemal fotograficzną dokładnością rysunkach artysty, pulsujących nabrzmiałą treścią z pogranicza jawy i snu. Zmiana proporcji między niewielkimi postaciami przedstawionych ludzi, a otaczającymi je zwierzętami, owadami i ptakami, które urastają do monstrualnych rozmiarów, budowanie nastroju poszczególnych kompozycji za pomocą smug światła wydobywających z mroków tajemnicy kształtne piersi, jędrne uda śpiących i odpoczywających dziewczyn, nad którymi czają się odrażające i drapieżne nietoperze, złożyły się na te jedyne i niepowtarzalne w nastroju poematy plastyczne. Urzeczony nimi Zegadłowicz poprawiał i uzupełniał treść Motorów, a nawet dopisywał nowe partie, specjalnie pod kątem gotowych już ilustracji. Zadziwiająca symbioza prowokującego ówczesną obyczajowość tekstu, ze śmiałymi, niezwykle sugestywnymi rysunkami o jednoznacznym podtekście erotycznym, doprowadziła w 1937 roku do konfiskaty pierwszego nakładu powieści pod zarzutem szerzenia pornografii.
Bliską i zażyłą znajomość z Zegadłowiczem, przerwała śmierć pisarza w 1941 roku. Dla Żechowskiego był to wielki cios, który pozostawił trwały ślad w jego psychice, podobnie jak lata okupacji hitlerowskiej, przeżyte w samotni w Książu Wielkim. Artysta poświęcił tragicznym wydarzeniom II wojny światowej, brutalny i przerażający realizmem przedstawionych scen cykl Wojna (z 1945 roku). Próbą oderwania od szarej prozy pierwszych powojennych dni i miesięcy, była wytężona praca nad ilustracjami do kolejnej, równie skandalizującej jak Motory powieści Zegadłowicza Zmory (opublikowanej po raz pierwszy w 1935 roku), fantastycznej powieści Żuławskiego Na srebrnym globie oraz praca nas serią rysunków do Pawich piór Kruczkowskiego i Tęczy Wasilewskiej, które jednak - z przyczyn niezależnych od artysty - nigdy nie ukazały się drukiem.
Zarówno kompozycje o charakterze ilustracyjnym jak i coraz liczniejsze po połowie lat 50-tych prace portretowe, liryczne wspomnienia z dzieciństwa oraz kartony z przedstawieniem demonicznych kobiet o długich zgrabnych nogach, krągłych biodrach, wąskiej talii, wysokich piersiach, greckim nosie i migdałowych marzących oczach, pełnych niepohamowanej żądzy i erotyzmu, wykonywał Żechowski głównie ołówkiem, kredką, pastelami, rzadziej pędzlem i farbami olejnymi. I chociaż nadal prowokowały one i zaskakiwały widza śmiałością w ukazaniu piękna nagiego ciała kobiecego, to jednak nie miały już tej siły i ekspresji wyrazu co „fotograficzne” rysunki z okresu działalności artysty w Szczepie Rogate Serce, a następnie jego pobytów w domu Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Świadome zamknięcie się w sobie, rezygnacja z aktywnego udziału w życiu artystycznym kraju (Żechowski sporadycznie tylko wysyłał swoje prace na salony ogólnopolskie, a jeszcze rzadziej urządzał pokazy indywidualne), doprowadziła do skostnienia jego sztuki. Artysta, nieczuły na wszelkie nowinki i mody panujące w polskim malarstwie ostatnich 20-tu lat, zachował do końca życia (zmarł w listopadzie 1984 roku), wpojoną mu przez Szukalskiego wiarę w potęgę i wagę rysunku, bez którego nie mogą powstać żadne kształty, żadna prawdziwie wartościowa kompozycja. Być może, Ziemin z Książa Żechowski wraz ze swoją osobliwą sztuką nawiązującą do młodopolskiego symbolizmu i wyobraźni typu surrealistycznego, pojawił się o jedno pokolenie za późno. Niemniej miał rację Zegadłowicz, który (oceniając twórczość ilustratora swych dzieł) stwierdził, że precyzja jego rysunku, wizyjność, absolutne wczucie się w tekst - dały nam ilustracje jedyne w swoim rodzaju. Skala ich tematowości i napięcia uczuciowego olbrzymia. Bogactwo treści odurzające! - Od prometejskiego heroizmu, poprzez zwidzenia, obrazy liryczne, aż po grozę i patos rewolucji (…) cóż za wspaniały rozmach, cóż za bujność wizji, jakaż nieomylna siła realizacji (…).*
*( Cytuję za Adamem Zegadłowiczem, który zamieszcza wypowiedź Emila Zegadłowicza w przedmowie do katalogu: Stefana Żechowskiego. Wystawa rysunków. Galeria Pryzmat, Kraków 1973, s. 2.

DUSZA ROŚNIE NA CIAŁACH KOBIET

„Życie Literackie”, nr 15 (1829), 12.04.1987, Kraków, str. 7
HENRYK CZUBAŁA

O TWÓRCZOŚCI EMILA ZEGADŁOWICZA I STEFANA ŻECHOWSKIEGO
Wystawa rysunków Stefana Żechowskiego do powieści Emila Zegadłowicza 1) przedstawia niecodzienne zjawisko w polskiej ilustracji i literaturze. Mamy bowiem do czynienia z artystycznym dopełnieniem i konkretyzacją wizji pisarza, w której ilustratorska inwencja w niczym nie ustępuje wyobraźni autora książki. Żechowski dostraja się do uczuć, nastrojów i wizji pisarza, lecz nie pozostaje ich biernym ilustratorem. Szczególnie cenił to sobie Zegadłowicz w czasie pracy nad „Motorami” z młodym wówczas artystą ze Szczepu Rogate Serce. Wizje Żechowskiego miały wpływ na kompozycję wielu fragmentów utworu, dzięki tym rysunkom pisarz przerabiał i doskonalił swoją powieść. Między inwencją ilustratora i pisarza zachowana została świetna równowaga słowa i obrazu, która wzbogaca możliwości odbioru.
Ta udana próba syntezy sztuk zwiększa walory estetyczne każdej z nich, zwłaszcza że głównym tematem jest erotyzm, dziś domena wizualnych środków przekazu. Książka, która kiedyś mogła bulwersować i wydawała się niemal pornograficzną, dzisiaj nikogo nie gorszy, co świadczy o zmianie stosunku do erotyzmu w naszej kulturze. Zegadłowicza i Żechowskiego można uznać za pionierów tej nowej obyczajowości, która wyzwala erotyzm w polskiej literaturze spod presji patriotycznych i moralnych powinności.

„SZTUKA TO KSZTAŁT PŁCI”
Kiedy wydawało się, że Zegadłowicz nie potrafi uwolnić swojej poezji i prozy od sielankowej i nieco ludomańskiej, franciszkańskiej i ewangelicznej, anachronicznej poetyczności, która wywołała tyleż zachwytów, co krytyki, pisarz zdobywa się na nowy wyraz, nową manifestację swej potrzeby niezależności i oryginalności. Okazało się bowiem, że krytycyzm i dar obyczajowej obserwacji, skłonność do satyry i pamfletu są nieznaną dotychczas i ciekawą stroną jego talentu. W 1935 wydaje nową - po rozwlekłym „Żywocie Mikołaja Srebrempisanego” (1927-29) - powieść autobiograficzną, pamflet na wadowickiego filistra, „Zmory”. W książce tej próbuje zrealizować projekt Tadeusza Boya-Żeleńskiego: zaszczepienia kulturze polskiej „literatury niemoralnej”. Trzeba bowiem przypomnieć, że autor „Reflektorem w mrok” uważał, że „dla szczerości, dla ludzkości kultury literackiej brak nam jest niemoralnych klasyków”.
Dopiero jednak w „Motorach” (1938) ujawniło się w pełni owo zainteresowanie pisarza seksem. Okazało się również, iż erotyzm w jego twórczości - a także w bogatych zbiorach dzieł sztuki - był nie tylko młodopolskim refleksem. Utwór ten poważnie i pioniersko zapowiada problemy nowoczesnej rewolucji seksualnej, która, spóźniona jak niemal wszystko, dociera do Polski.
W obu powieściach - w dość naiwny zresztą sposób - dawała o sobie znać nie tylko rewolucja obyczajowa i popularna recepcja psychoanalizy, lecz również radykalizm postępowej inteligencji która pragnęła przede wszystkim nowocześniejszego życia, jego reformy obyczajowej. Czytelnik chciał się uwolnić od „typowo polskiego zażenowania”, które Boy odczuwał jako widz „ostrzejszych sztuk” wystawianych w Polsce.
Lecz śmiałość polityczna, obyczajowa i erotyczna Zegadłowicza przekraczała możliwość akceptacji. Powieść została natychmiast skonfiskowana. Zegadłowicz nie liczył się w niej jakby z potoczną wrażliwością i dał pełny wyraz swemu indywidualizmowi niezależnego artysty oraz radykalizmowi sztuki wolnej od wszelkich służebnych funkcji. Jego bezkompromisowość ujawniła się przede wszystkim w metodzie bezlitosnego łamania tabu. W „Motorach” czytelnik znajdzie wiele dowodów na to, jak lekko sobie pisarz ważył tajemnice i uczucia rodziny, więzy środowiskowe i intymność osób najbliższych. Nie przypadkiem w usta swego porte-parole Cypriana Fałna, bohatera powieści, włożył buntowniczą i skandalizującą pochwałę swobody seksu i artystowskiej wolności. Wielość związków jest konieczna - głosił - wzbogaca osobowość mężczyzny. Lecz ów Narcyz-artysta kobiety właściwie nie dostrzega, a redukuje ją do seksualności.
„Etapy rozwoju człowieka znaczą się kobiecościami; napływ energetyczny wyzwala się pieszczotami - jak tarcie powołuje elektryczność; taki (a nie inny!) jest somatyczny aparat organizmu ludzkiego; poczucie i odczucie tych różnorodności jest miernikiem wzrostu świadomości” - pisał Zegadłowicz w „Motorach” konstruując swą „metafizykę i demonizm płciowości”. W powieści dokonuje przy tym niesystematycznego przeglądu różnych typów kobiet i ich seksualnej atrakcyjności - od „prostackiej” Marysi do rewolucjonistki Ursy. Kobieta zbyt uległa i słaba nie może tu być obiektem erotycznej fascynacji, zaś kobieta agresywna, niezależna i zbyt silna budzi lęk, bo grozi kompromitacją i upokorzeniem. W powieści Zegadłowicza atrakcyjność jest właśnie upokarzająca i rodzi pożądanie złączone z pragnieniem odwetu za upokorzenie. Błędne koło twórczej inspiracji, której miała dostarczać kobieta, zamyka się, przypomnijmy bowiem, że ów ból niespełnienia pisarz uważał za niemal jedyny, wyróżniający twórczą jednostkę, stan! To jest istota ambiwalencji uczuciowej Zegadłowicza, który nie znajduje - z założenia - satysfakcji. Nienasycenie pozostaje głównym motorem twórczych poszukiwań.
Według Zegadłowicza, narodziny pożądania są narodzinami tego twórczego napięcia, które kształtuje wrażliwość człowieka na piękno i rodzi poezję, jest źródłem kultury. Poezja, jako forma współodczuwania, jest według niego funkcją stanu, w którym znajdują się ludzie zakochani: jak ów Cyprian, który „przesącza się” w Balbinę, co „szedł w niej, był w niej, był nią; zatracał swe osobowe <> - zespalał się z jej mózgiem samotnym, niemym, wizjonerskim i pracowitym”. Zegadłowicz wcale nienowatorsko też - i jakże fantastycznie! - wiązał wszelkie przejawy kultury z ludzkim seksualizmem: „…jawi się wszelka twórczość jako dno instynktu samozachowawczego i gatunkowego, zwycięskiej walki o samicę: ubarwienie i śpiewność, siła i sprawność, zagadnienie wyodrębnienia, przewyższenia doboru, zwycięstwa, utrwalenia. - Tajemnica sztuki i tajemnica mowy jeden ma początek i jeden prazapęd! - kobieta i poeta to są emanacje skrystalizowanej przyrodniczości (zasadniczych elementów przyrody): wszystko inne jest obyczajowo-historyczną katechizacją. Sztuka to kształt płci”. Ileż „zgubnego” wpływu nie tylko Nietzschego i Przybyszewskiego, lecz nawet Krasińskiego i Prusa (!) można odkryć w tych spekulacjach, na temat roli kobiety jako siły inspirującej, posługującej się „aparatem świadomości męskiej” dla wytworzenia etyki, estetyki i poezji, społecznego ładu, a nawet ludzkiej świadomości!
To wyobrażenie o roli seksu bliskie jest Zygmunta Freuda interpretacji genezy i życia kultury („Kultura jako źródło cierpień”, 1930), a zwłaszcza jego tezy o neurotycznym charakterze cywilizacji. Zegadłowicz swoje poglądy przedstawia w formie paranaukowych wizji i fantastycznych aforyzmów:
„…zahamowania płciowe - idące poprzez obłudną obyczajowość i antyprzyrodniczą wyznaniowość - są źródłem okrucieństwa. To jest punkt wyjścia inkwizycyj, tortur, okropności rewolucyj i wojen (…) cały splot zjawisk dziejowych jest płciowością, a raczej erotyzmem, względnie seksualizmem” („Pokój dziecinny”). Eksploatujący najbardziej fantastyczne wątki ówczesnej nauki, a zwłaszcza psychoanalizy, Zegadłowicz tworzy podstawy jakiejś cudownej dziedziny naukowej - motoryki lub energii seksualnej: „- i czyż cośkolwiek ważnego może się stać bez pierwiastka seksualnego? (…) Cała gra dziejów idzie po linii afirmacji i negacji płciowości, pomiędzy orgazmem a ascezą rozpięta jest tkanina historii…” - pisał w „Motorach”.
„Przeplatanie epizodów pornograficznych wzniosłymi hymnami na część słońca, ziemi i poezji - robi wrażenie strojenia genitalii w fiołki” - odpowiadał Ignacy Fik w recenzji ze „Zmór”.

ROMANS Z LEWICĄ
Chociaż erotyzm dominuje w „Motorach”, wiele miejsca zajmuje w nich pacyfistyczna refleksja nad wynaturzeniami wojny, krytyka faszyzmu i współczesnych zjawisk społeczno-politycznych. Temu trudnemu do uporządkowania, niespójnemu i obcemu światu zgoła baśniową jedność nadaje liryzujący narrator oraz ów kosmiczno-mistyczny seksualizm. W „Motorach” Zegadłowicz, aktywny uczestnik Zjazdu Pracowników Kultury we Lwowie, pragnął dać wyraz swemu społecznemu radykalizmowi, który tak dziwne znalazł tu uzasadnienie. Zegadłowicz amoralista i indywidualista dostrzegał anachronizm postaw inteligencji w stosunku do ruchów lewicowych. Pisał: „nasi intelektualiści, z nikłymi wyjątkami, nie solidaryzują się z epoką idącą - za wytworni na to! - zasugerowani splendorem słowa i sławy żyją dniem wczorajszym; śmieszne to, ale tak jest; szlachetność straszy na każdym rogu, syfilistyczna, gnijąca; zaduch też trupi idzie przez piśmiennictwo; zawiewa trupiarnią; zresztą tacy oni już są: zaraz chcieliby być sierżantami <> - przewodzić, imponować, dyktaturzyć - to jedną znają - oburzyliby się, gdyby im powiedziano, że praca rąk ma równe prawa jak praca mózgu”. Dla komunistycznej zwłaszcza lewicy Zegadłowicz był sprzymierzeńcem raczej kłopotliwym, sprawiającym „pewną niespodziankę wielbicielom Jezusków Frasobliwych, regionalizmu i nieszpornego świerzba”. „… wróg nasz wychował na własnym łonie niewdzięczną żmiję - konkludował złośliwy Fik. - Ale żeby tę żmiję od razu tulić do własnej piersi - nie ma powodu…”
Ucieczka w dziedzinę snu, podświadomości i metafizyki, w erotyzm, narkotyczny seksualizm i estetyzm służyły raczej mistyfikacji, a nie demaskacji rzeczywistości społecznej i obyczajowej. Prawdę o niej przesłaniał manieryczny liryzm i ekspresjonistyczna poetyczność konwencji językowej oraz kompozycji powieści. Tej części lewicy puste i konwencjonalne musiały się wydawać deklaracje ideowe autora „Motorów”, nawet gdy powiadał: muszę się zmienić (co nie zdarza się prawdziwym Narcyzom!) albo: trzeba zmienić świat i ludzi, a nawet głosił orgiastyczne i hedonistyczne (cóż stąd, że szczere!): trzeba siebie zmienić!
Pisarz z własnych rozterek światopoglądowych i politycznych niechętnie się tłumaczył, widział w nich niezbędne etapy zdobywania artystycznej, życiowej dojrzałości i doświadczenia: „… samemu trzeba wszystko zdobyć, wszystkiego samemu doznać - jeśli to <> ma stać się prawdą, wiarą, wiedzą - i - jeśli elementy irracjonalne, pozaegoistyczne mają żywić wolę, wywierać wpływ, działać”.

ARTYSTYCZNY EKSPERYMENT
Można sobie wyobrazić zdziwienie młodego Żechowskiego, kiedy uznany już twórca, którym był Zegadłowicz, przysłał mu zdjęcia swoich kochanek-muz, by mu ułatwić pracę nad wizerunkami kobiet Cypriana Fałna! Pisarzowi chodziło bowiem o prawdę psychologiczną i sądził może, że im więcej wplecie w swoją pracę materiału biograficznego, tym bliższy jej będzie. Jakież błędne! Zresztą Żechowski, wiernie portretując pisarza na swoich rysunkach, wiedział, iż te fotografie i realia mogą być ledwie materiałem dla pamięci i wyobraźni rysownika, że pozwolą nadać jedność psychologiczną i stylistyczną rysunkom. Zegadłowicza bawiła może wizja stworzenia tej surrealistycznej powieści z udziałem osób z życia. Ujawnia się tym pełna ekshibicjonistycznej dumy skłonność do teatralizacji własnego życia. Czy udało się Żechowskiemu wzbogacić znaczenia powieści, wyjść poza impresyjność ilustracji, zachowując zarazem wierność ideom artystycznym Zegadłowicza?
Niewątpliwie dzieło obu twórców łączy jedność stylu, estetyzm i swoista idealizacja seksu, skłonność do jego fantastycznych i kosmicznych, nadrealistycznych ujęć. Wprowadzona do powieści poetyka snu, strumienia świadomości, lirycznego przepływu obrazów w psychologicznej właściwie przestrzeni doznań chorego Cypriana, znajduje wierne odbicie w „fotografiach” świata wewnętrznego człowieka samotnego, które tworzy Żechowski. Technika nadrealistyczna dobrze oddaje tę abstrakcyjną przestrzeń lęku: z niepokojącego i nieokreślonego mroku wyłaniają się „księżycowe” zjawy na rysunkach Żechowskiego. Jest ona właściwym środkiem ekspresji niepokoju i wyobcowania.
Podczas gdy Zegadłowicz neurotycznie dystansuje się wobec świata (który staje się pełnym ekspresji symbolem dla jednostki demonstrującej swą wyższość, niezależność) i wybiera samotność duchową (to wynik radykalnego indywidualizmu), będącą nawet warunkiem twórczości i „natchnienia”, rysunku Żechowskiego ożywia pragnienie przezwyciężenia tej samotności, a ich perfekcjonizm służy właśnie oswajaniu rzeczywistości. W ten sposób powstaje interesujące dopełnienie powieści. Jeśli Zegadłowicz daje obraz świadomego i celowego, silnego wyobcowania artysty, które znajduje wytłumaczenie w swoistym amoralizmie i indywidualizmie, to rysunki Żechowskiego obrazują niemożność porozumienia ze światem, którą przeżywa człowiek nadwrażliwy, ale nie cyniczny. Seksualizm jest dla Żechowskiego ostatnią formą szczątkowego kontaktu ze światem podczas gdy dla Zegadłowicza miał on w swej istocie dużo bardziej instrumentalne funkcje. Właśnie dlatego pisarz redukujący kobietę do seksu czyni z niej kobietę-lalkę, przedmiot pożądania. Jest to kobieta „konsumująca” swą atrakcyjność jako ozdoba wspaniałego mężczyzny. Żurnalowe piękno ma cechy sadystyczne. Z taką kobietą nie można się porozumieć ani współżyć, można jej tylko pożądać!
Natomiast dla Żechowskiego kobieta-lalka to przedmiot kultu, zrodzonego przez poczucie niższości i obawę przed hiperseksualizmem pięknej, idealnej dziewczyny. Wielkie pośladki i wspaniałe piersi kobiet otacza jego nabożny, „fetyszystyczny” kult. Tymczasem Zegadłowicza one tylko podniecają; kobieta jest dla niego przedmiotem pożądania i „gry miłosnej”. Zegadłowicz w powieści czci męskość i seksapil mężczyzny, a Żechowski kobietę i idealną kobiecość. Stąd postawa Cypriana bliższa jest bieguna doznań, odczuć i potrzeb sadysty, odpowiada zaś jej i ją dopełnia postawa masochisty z obrazów Żechowskiego. Stąd wynika skłonność Cypriana do eksperymentu psychologicznego i obyczajowego, którego wzorów dostarcza modernistyczny, dekadencki estetyzm i wyrafinowanie. Ten sam estetyzm ujawniają rysunki Żechowskiego. Obu artystom zależy na wstrząsaniu odbiorcą przez bulwersujące opisy obyczajów seksualnych człowieka, albo przez nokautujący seksualizm idealnych uosobień seksu z rysunków Żechowskiego.
Estetyzm rysownika prowadzi do idealizacji kobiety. Wyraża się w starannej kompozycji postaci, w upodobaniu do grottgerowskiej malowniczości i tak literackiej, nadrealistycznej konwencji. Hiperrealizm tych ujęć piersi i nóg jest literacki, często też służy karykaturze, podobnie jak konwencja czarno-białego czystego rysunku, która nadała ów idealny wyraz scenom miłosnego uścisku („Zespolenie”, „Uścisk Marysi”, „Uścisk na ławce”). Ekspresjonistyczne wyolbrzymienie dodaje im najczęściej groteskowego wyrazu.
Perfekcjonistyczne rysunki neurotyka-Żechowskiego oraz liryczne powieści neurotyka-Zegadłowicza przenika ten sam fałsz, ta sama przesadna dbałość o pozy i piękno ekspresji, oraz ten sam konwencjonalizm i tradycjonalizm ujęć. Powieść Zegadłowicza, a w jeszcze większym stopniu rysunki Żechowskiego, przeniknął duch komiksowego Fantasy.
Żechowski stawiający na czele pochodu „lalunię” nie tylko obrazuje, lecz i utrwala fałsze Zegadłowiczowskiej interpretacji freudyzmu. Romans Zegadłowicza z lewicą był w pewien sposób naiwny i niedojrzały, jakby oparty na spekulatywnych założeniach odrodzenia życia społecznego przez seks. Żechowski mimochodem odkrywa surrealizm i psychologiczne fałsze tego stawiania na czele rewolucji kobiety, zbyt pięknej aby mogła ją tego typu działalność obchodzić. Sprawia ona przy tym wrażenie, że cała jej inteligencja, możliwości i pomysłowość skupia się na tym, aby być atrakcyjną i pociągającą, że lepiej wie, jak się zachować i jakie gesty robią najlepsze wrażenie, niż jak przewodzić masom.
Rysunki Żechowskiego, podobnie jak erotyzm w powieściach Zegadłowicza, straciły wiele ze swojej bulwersującej siły. Nikt już dziś seksu nie traktuje tak nabożnie, a od czasu rewolucji seksualnej lat sześćdziesiątych w Polsce nikt nim się w tym stopniu nie interesuje nawet. Zmienił się styl kontaktów miłosnych, aczkolwiek literatura odgrywa w nich wciąż ważną rolę. Zmieniła się skala erotycznej atrakcyjności. Wyzwolona kobieta straciła wiele z tych uroków, które miała dla Brunona Schulza i Żechowskiego. Przestała być traktowana nabożnie. Anachroniczny również stał się ten typ „romantycznego idealizmu”, który tak bliski był Żechowskiemu, przeciwnikowi pornografii i naturalizmu w sztuce.
W czasach technicznego perfekcjonizmu więcej pożądania zaczął budzić niedbały luz niż pedanteria neurotyków, czystość i wyrafinowanie póz erotycznych malowanych przez Żechowskiego, opisywanych przez Zegadłowicza.
Twórczość ta jest ciekawym materiałem do studiów nad zmianami polskiej kultury erotycznej, uwarunkowanymi w dużym stopniu przez literacką tradycję. Ważne było przełamanie tabu, odwaga eksperymentu na sobie i odwaga mówienia o sprawach intymnych, którą jeszcze teraz odbiera się jako rodzaj psychicznego „ekshibicjonizmu”. Szczególny podziw musi budzić śmiałość artystów, którzy nie bali się podjąć tej tak inspirującej, choć trudnej współpracy w sferze dotyczącej wyrazu, tego co najbardziej osobiste. Jest to przykład rzadkiego w polskiej kulturze eksperymentu twórczego dwóch wybitnych indywidualistów.
Ps. Muzeum Emila Zegadłowicza przejęło pod swoją opiekę Muzeum Okręgowe w Bielsku-Białej, a obecnie w Gorzeniu Górnym koło Wadowic prowadzi się z wielkim rozmachem prace nad odbudową i adaptacją domu pisarza. Pozwala to żywić nadzieję, że bogate zbiory sztuki, dokumenty jego literackiej działalności niedługo zostaną udostępnione wszystkim zainteresowanym jego talentem i osobowością. Miejmy nadzieję, że - jak dawniej - znajdzie się tu również godnie miejsce dla stałej ekspozycji dzieł Stefana Żechowskiego, którego sztuka wciąż nie może doczekać się uznania. Tymczasem otrzymaliśmy wydany przez Beskidzką Oficynę Wydawniczą zbiór jego ilustracji do „Motorów” poprzedzony wstępem i notami biograficznymi Tadeusza Olszewskiego 2). Lecz niski poziom techniczny zamieszczonych tu reprodukcji poważnie zniekształcił obraz jego sztuki rysowniczej…
1) Wystawa rysunków Stefana Żechowskiego do twórczości Emila Zegadłowicza pochodzących ze zbiorów Marianny Żechowskiej (żony artysty) i ze zbiorów muzeum pisarza w Gorzeniu Górnym (Zamek w Bielsku-Białej, listopad 1986 - styczeń 1987).
2) Sny Stefana Żechowskiego. Album rysunków do „Motorów” Emila Zegadłowicza. Wstęp, noty biograficzne napisał Tadeusz Olszewski, Beskidzka Oficyna Wydawnicza BTSK 1986.
Chciałbym też zwrócić tu uwagę na najnowszą pracę o twórczości Zegadłowicza, książkę Kornela Szymanowskiego "Narcyz. Recz o Zegadłowiczu-powieściopisarzu”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1986.

Stefan Żechowski - życie i twórczość

„Wieczór. Kalejdoskop Młodych”, nr 128 (11792), 01-03.07.1988, str. 4
Biograficzna wystawa w Bytomiu

Muzeum Górnośląskie w Bytomiu przypomniało postać artysty plastyka którego kojarzymy z twórczością literacką Emila Zegadłowicza, urządzając biograficzną wystawę pn. „Stefan Żechowski - życie i twórczość (1912-1984)”. Stanowi ona próbę zaprezentowania całokształtu dorobku tego artysty. Ekspozycja bowiem obejmuje 128 rysunków Żechowskiego, uzupełnionych pracami członków Szczepu Rogate Serce, z którym był związany w latach 1929-36. A więc mamy tu wczesne rysunki powstałe na wewnętrzny konkurs Szczepu. Kolejne prace dotyczą fascynacji artysty osobami ze świata sztuki: są to portrety A. Grottgera i Michała Anioła. Cykl eksponowany w dalszej kolejności to prace z czasów, kiedy był związany ze Stanisławem Szukalskim i jego Szczepem - w muzeum przedstawiono także prace jego kolegów: Jerzego Baranowskiego, Wacława Boratyńskiego, Antoniego Bryndzy, Mariana Konarskiego, Czesława Kiełbińskiego, Fryderyka Śmieszka, Norberta Strassberga, Franciszka Frączka.
W 1936 powstaje cykl ilustracji do „Motorów” E. Zegadłowicza. Najlepsze rysunki do tej lektury rozpoczynają pokaz w II części wystawy, gdzie zgromadzono prace z okresu, kiedy poszedł własną drogą artystyczną. Są to m.in. sceny rodzajowe i barwne projekty malowideł ściennych do pałacu w Dzikowie (rok 1939). Ponadto interesowała go twórczość ilustratorska, bo oprócz ilustracji do „Motorów” stworzył też (już po wojnie) rysunki do innych utworów E. Zegadłowicza oraz J. Kasprowicza, A. Mickiewicza, W. Wasilewskiej, L. Kruczkowskiego i J. Żuławskiego.
Na przełomie lat 1945/46 powstał doskonały cykl „Wojna”, który w Bytomiu zaprezentowany został w całości. Od połowy lat 70. dominują u Żechowskiego erotyki - malowane pastelami, bądź farbami akrylowymi.
Ekspozycję zamyka cykl autoportretów wraz z barwnym portretem wykonanym przez Mariana Ruzamskiego. Prezentowanym pracom towarzyszą katalogi rysunków, szkiców Żechowskiego oraz dopełniają je fotografie artysty i listy pisane do niego przez St. Szukalskiego i E. Zegadłowicza.
Wystawa przygotowana została w opracowaniu o zbiory Marianny Żechowskiej - żony artysty, zbiory Wandy Bryndzy z Krakowa, Franciszka Frączka z Krzemienicy, Muzeum Okręgowego w Bielsku-Białej oraz kolekcję własną, czyli bytomskiego muzeum.

DEMONY STEFANA ŻECHOWSKIEGO

„Dziennik Zachodni”, nr 13 (12976), 16.01.1987 r., str. 4-5
STANISŁAW BUBIN

„Z nazwiskiem i twórczością Zegadłowicza spotkałem się kilka lat wcześniej, a owego lata, w pierwszych dniach lipca 1936 r., niespodziewanie wpadły mi w ręce „Zmory”. Książkę otaczał niecodzienny rozgłos. W Krakowie na murach widziałem plakaty z zaskakującym napisem: Palimy „Zmory”! Nazwisko Zegadłowicza należało do najgłośniejszych w tamtym czasie. Toteż niemal jednym tchem przeczytałem tę powieść i przeżyłem ją całą młodzieńczą wrażliwością. Nie przyszło mi na myśl, że w kilka miesięcy później wejdę z jej autorem w tak bliski przyjacielski kontakt.”
Słowa ta zapisał w pamiętniku „Na jawie” Stefan Żechowski. Czy to nazwisko komukolwiek coś mówi? Podejrzewam, iż jedynie ktoś ze starszego pokolenia może sobie mgliście przypomnieć, że ten Żechowski miał coś wspólnego z głośnym przed wojną skandalem powieści „Motory” Zegadłowicza. Ale o co wtedy chodziło? Szczegóły zna jedynie paru krytyków literackich, paru historyków sztuki… Czy ktoś jeszcze? Może jeszcze kilka osób spośród tych, które ongiś odwiedzały Gorzeń Górny koło Wadowic, gniazdo Zegadłowiczów.
Ryszard Wójcik, który wspomnienia Żechowskiego wydane w 1981 r. w Łodzi opatrzył wstępem, opisał także reakcje ludzi na jego program telewizyjny poświęcony zapomnianemu artyście: „To ten Żechowski jeszcze żyje? - pytali w listach zaskoczeni telewidzowie, gdym po raz pierwszy na szklanym ekranie, w maju 1977 r. w filmie „Pustelnik” ukazał żywą osobę pustelnika z Książa Wielkiego, którego obrazy i rysunki w liczbie dość pokaźnej zamigotały przez pół godziny w obiektywie kamery…”
Wtedy jeszcze Żechowski żył. Zmarł w listopadzie 1984 r., do końca niesamowicie skromny, cichy i przez to nieznany. Tak pisze o tym Adam Zegadłowicz, wnuk pisarza: „Wśród zwiedzających muzeum (chodzi o muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu wtedy, gdy jeszcze było czynne) sztuka Stefana Żechowskiego budziła zawsze żywe zainteresowanie, jednocześnie większość z nich wyrażała zdumienie, że tak ciekawy artysta nie jest szerzej znany. Dla zwiedzających było zaskoczeniem, że to żyjący i cały czas aktywny artystycznie twórca. Podejrzewano, że żyje na emigracji, że względy natury politycznej uniemożliwiają jego szerszą popularyzację. Gdy wyjaśniałem uparcie i w nieskończoność, że mieszka w Polsce, że nadal tworzy, że nie jest wrogiem państwa - nie dawano mi wiary. Ludziom nie mieści się w głowach, że można być tak wybitnym, a jednak niezauważonym.”
Trzeba więc zacząć od początku i (w wielkim skrócie) opowiedzieć jak przed 50 laty doszło do skandalu literackiego w Polsce i jaką rolę w tej sprawie odegrał ów Żechowski, „artysta całkiem osobny”, w myśl opinii Szymona Kobylińskiego.
Stefan Żechowski urodził się w lipcu 1912 r. w Książu Wielkim koło Miechowa i już jako dziecko zaczął się wyróżniać tym, że nad chłopięce zabawy przedkładał samotne wędrówki po łąkach i polach, obserwację przyrody i liryczne zamyślenia. Pierwszym demonem Żechowskiego był Artur Grottger, którego obraz znalazł na strychu w starym kalendarzu i który całkowicie zawładnął jego wyobraźnią. Drugim był Słowacki, który stał się dlań - po lekturze „Anhellego” - „niewysłowionym oczarowaniem”.
Rodzice krzywo patrzyli na artystyczne zainteresowania syna, ale kierownik szkoły powszechnej poznał się na talencie chłopca i pokierował nim jak trzeba. W 1929 r. jedynie na podstawie prac, bez egzaminu teoretycznego, Żechowski przyjęty został do Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego.
Okres krakowski był dla tego młodzieńca, sprawiającego wrażenie neurotyka, czasem „odkryć” i fascynacji. Znalazł się on pod wpływem malarza, filozofa, teoretyka sztuki i mistyka Stanisława Szukalskiego. Działał w nieformalnej grupie artystycznie uzdolnionej młodzieży „Szczep Rogate Serce”. Wtedy też poznał Mariana Ruzamskiego, malarza i filozofa z Tarnobrzega. Dopiero ta znajomość zaowocowała niespodziankami i sensacjami, o jakich wcześniej Żechowski ani marzył. To właśnie Ruzamski widząc jakie rysunki powstają pod ręką Żechowskiego, gdy nań opadły kolejne demony (tym razem były to demony Nietzschego, Dostojewskiego i Malczewskiego), stwierdził w jednym z listów: „rozwój Pana twórczości jest celem mojego życia”.
Pierwsze zetknięcie się z tymi demonami było jednak tak silne, że mocno udręczony - całkowicie zerwał z kolegami artystami i uciekł na wieś do swojego brata. „Literatura dognała wkrótce - pisze Wójcik - swego niewolniczego adoratora; oto, ledwie się zataił w zacisznym domu doktora medycyny Eugeniusza Pawlasa, gdzie zaznał schronienia na prawach artysty - już dopadł Żechowskiego żywy autor skandalizujących utworów, sam… Emil Zegadłowicz.”
Żechowski miał wówczas zaledwie 24 lata, Zegadłowicz 48. Żechowski był niedoszłym absolwentem Szkoły Sztuk Zdobniczych i świeżo upieczonym rezerwistą, zaś w dorobku miał własną indywidualność, natomiast Zegadłowicz był już głośnym autorem kilkudziesięciu tomów wierszy, dramatów, przekładów oraz trzyczęściowej powieści „Żywot Mikołaja Srebrempisanego”. Otaczała go atmosfera sensacji, był u szczytu sławy. Właśnie dopiero co wrócił z Poznania do Gorzenia, Poznań dał mu pieniądze i pozycję, on zaś odwdzięczył się okrutnym paszkwilem na łamach „Dwutygodnika Literackiego”. Był doradcą literackim Wydawnictw Księgarni św. Wojciecha, kierownikiem artystycznym Teatru Polskiego, dyrektorem poznańskiej Rozgłośni Polskiego Radia i redaktorem naczelnym tygodnika „Tęcza”.
W 1935 r. wyszły Zegadłowiczowskie „Zmory”. Świat literacki - i nie tylko - został zaszokowany. To właśnie wówczas widział Żechowski na murach Krakowa napisy: Palić „Zmory”! Rada Miejska Wadowic, urażona wizerunkiem zgniłej atmosfery galicyjskiej i umysłowej zaściankowości, pozbawiła pisarza tytułu honorowego obywatela miasta (nadanego z okazji 25-lecia pracy twórczej) oraz z powrotem przemianowała ulicę Zegadłowicza na Tatrzańską. Czytelnicy natomiast podzielili się na gorących zwolenników prozy i poezji Zegadłowicza oraz jeszcze gorętszych przeciwników. Cenzura coraz częściej zaczęła wkraczać do akcji, drugie wydanie „Zmór” zostało już poważnie okrojone. Ale prawdziwy skandal miał się dopiero zacząć.
***
Wspomina Żechowski: „Pewnego dnia - było to w pierwszych dniach września - Ruzamski zwrócił się do mnie z tajemniczym uśmiechem: - Mam dobrą nowinę dla pana. Zegadłowicz prosi mnie o wskazanie grafika, który z powodzeniem podjąłby się wykonania okładki i kilku ilustracji do powieści, jaką pisze. Poleciłem mu pana. Wyraził zgodę i przysłał już kilka rozdziałów rękopisu. Cóż pan na to? Czy przyjmie pan tę propozycję?
- O tak! Czy tylko podołam zadaniu?
- Jestem o to zupełnie spokojny - powiedział z uśmiechem. I tego dnia jeszcze z zaciekawieniem przystąpiliśmy do tej niezwykłej lektury. Były to pierwsze rozdziały „Motorów”…
Pisze dalej rysownik, że z początku nie był tą powieścią zachwycony. Raził go naturalizm opisu scen erotycznych, niektóre fragmenty odbierał wręcz jako obsceniczne. „Nie wiedziałem, co począć - pisze. - Pamiętam, że decyzję podjąłem dopiero w chwili gdy uświadomiłem sobie, że posiadam zawsze w swej sztuce, a więc i tutaj, pełną swobodę wyboru nie tylko obrazów, lecz, co o wiele ważniejsze, ich ujęcia i przedstawienia formą własną.”
Tak oto powstało 37 przejmujących, fascynujących ilustracji Stefana Żechowskiego. Gorący zachwyt Zegadłowicza, wyrażony w długim liście do Ruzamskiego, sprawił, że artysta uzyskał niezmąconą swobodę i pewność co do dalszej pracy twórczej. Ale wybuchł skandal. Druk „Motorów” został ukończony w październiku 1937 r. w Krakowie. Gdy całość była gotowa w „Drukarni Literackiej” zjawiła się policja i z polecenia prokuratury dokonała konfiskaty książki. Ocalało zaledwie 200 egzemplarzy, z których część - na polecenie pisarza - Żechowski rozesłał zaufanym przyjaciołom, resztę zaś (podobno) zakopano w gorzeńskim parku. Nieliczne z owych 200 egzemplarzy są dzisiaj białymi krukami.
„W jakiś czas potem - kontynuuje wspomnienia artysta - otrzymałem z Prokuratury Sądu Okręgowego w Krakowie pismo, w którym jako współautor „Motorów” wraz z Zegadłowiczem zostałem oskarżony o antypaństwowość i niemoralność ilustracji”. Ostatecznie jednak do rozprawy nie doszło dzięki interwencji wybitnego prawnika i publicysty, dr Józefa Putka.
***
Tak było przed blisko półwieczem, kiedy to Zegadłowiczowskie „Motory” otworzyły nowy rozdział w polskiej literaturze erotycznej (aczkolwiek była to przede wszystkim demaskatorska powieść polityczna). Sam Zegadłowicz tak był zachwycony rysunkami Żechowskiego, iż na kartach tytułowych kazał umieścić napisy - z lewej strony „Stefan Żechowski. Motory. Ilustracje”, z prawej zaś „Emil Zegadłowicz. Motory. Powieść”. W ulotce reklamowej napisał entuzjastycznie: „Wielki talent Stefana Żechowskiego, precyzja jego rysunku, wizyjność, absolutne wczucie się w tekst - dały nam ilustracje jedyne w swoim rodzaju. Skala ich tematowości olbrzymia! Bogactwo treści odurzające - od prometejskiego heroizmu, poprzez koszmary senne (Sen Maury), roześmianą młodością i zachwytem miłosnym „Karuzelę”, sceny miłosne, baśniowe zwidzenia, obrazy liryczne, aż po grozę i patos rewolucyjny (…) - cóż za wspaniały rozmach, cóż za bujność wizji, jakaż nieomylna siła realizacji!”
Podobnego zdania był Julian Tuwim. Rysunki Żechowskiego i tekst Zegadłowicza są całością integralną, spójną. Przed półwieczem obu ich oskarżono o szerzenie pornografii. Dziś już o tym nie ma mowy. Wspomnienia wyblakły, czas zatarł szczegóły, pozostało dzieło literackie wraz z przepięknymi ilustracjami. Precyzyjnymi, pełnymi światła, wydobytego za pomocą miękkiego ołówka, na poły realistycznymi, na poły fantastycznymi. Jest w nich coś z karykatury, coś z przerysowania i deformacji, coś z atmosfery dzieł Bruno Schulza. Dominuje obnażona erotyka, autentyzm graniczący z naturalizmem, w wizje miłosne wplatają się sceny z wojen, rewolucji, wydarzeń społecznych. To był artysta jedyny w swoim rodzaju, osobny. Mistrz polskiego rysunku najwyższej rangi, który za swoje świadome pustelnictwo zapłacił cenę dla artysty najwyższą - zapomnienie. Czy jednak?
Do kilku zorganizowanych przedtem, dawno temu, wystaw jego prac, doszła nowa. Na Zamku Sułkowskich w Bielsku-Białej do końca stycznia 1987 r. czynna będzie wystawa 80 rysunków i szkiców Żechowskiego, będących ilustracjami do powieści Zegadłowicza „Zmory”, „Motory” i do tomiku poezji erotycznej „Wrzosy”. Ekspozycję, bodaj największą z dotychczasowych, urządziło Muzeum Okręgowe, korzystając z kolekcji Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym oraz zbiorów prywatnych - żony artysty, Marianny Żechowskiej. Ostatnio również Beskidzka Oficyna Wydawnicza skierowała do księgarń skromny, bo 5-tysięczny nakład „Snów Stefana Żechowskiego”, będących albumem rysunków do powieści „Motory”. A więc dzieło genialnego rysownika nie ulegnie zapomnieniu, choć gwoli prawdzie trzeba przyznać, iż wcześniej odkryto go w Nowym Jorku i Paryżu, aniżeli u nas. Bywa i tak.
Emil Zegadłowicz zmarł w lutym 1941 r. Zgodnie z własnym życzeniem spoczął w trumnie, przykryty czerwonym sztandarem z obrazkiem Żechowskiego, przedstawiającym robotników z trumną towarzysza, idących naprzeciw salwom policji.
Przyjaźń tych dwóch artystów, ich dzieło i wpływ, jaki mieli na siebie wzajem - czekają jeszcze na solidne opracowanie. Myślę, że kiedy po remoncie dworek Zegadłowicza w Gorzeniu ponownie przekazany zostanie do użytku, rysunki Żechowskiego znajdą w nim poczesne miejsce. Tam się przecież po raz pierwszy spotkali i tam przesiadywali wieczory, mówiąc o pięknie, sztuce i „nagiej duszy”. Tam również, w Gorzeniu, pewnego dnia Zegadłowicz powiedział: „Pomyśl, jak dobrze, pięknie i radośnie byłoby żyć na tej ziemi, gdyby wszyscy kochali swą pracę tak, jak my ją kochamy.”

NIMFY I DEMONY CZYLI EROTYCZNE SNY MĘŻCZYZN

„Tygodniowy Ilustrowany Magazyn”, nr 49, 2 grudnia 1988 r., s. 11

Trzeba było czekać pół wieku, aby po głośnym skandalu literackim ukazały się wreszcie „Motory” Emila Zegadłowicza (Wyd. Łódzkie 1988) w pełnej wersji, z ilustracjami Stefana Żechowskiego. Wydanie z roku 1981 traktowane było sondażowo i nie wzbudziło szczególnych emocji. „Motory” w r. 1937 uznano za powieść skandalizującą, a nawet pornograficzną, co stało się przyczyną jej konfiskaty oraz procesu o obrazę moralności publicznej. Wespół z Zegadłowiczem miał odpowiadać przed sądem młody rysownik z Książa Wielkiego – Stefan Żechowski. Obecne wydanie „Motorów”, solidnie opracowane od strony krytycznej, rozjaśnia wiele zagadek związanych z legendą tej powieści.
Czy „Motory” dziś jeszcze szokują? – to temat do całkiem odrębnych rozważań. Wydaje się, że ci, którzy szukają emocji „z pogranicza”, pozostaną raczej przy filmach wideo, gdyż przebrnięcie przez dwutomową lekturę „Motorów” nie jest łatwe. Niezależnie od dzisiejszej oceny powieści, ukazanie się „Motorów” jest ważnym faktem literackim, choćby z powodu rosnącego wciąż zainteresowania osobą Zegadłowicza i jego dziełem. W ślad za tym idzie także zainteresowanie twórczością Stefana Żechowskiego, który także ilustrował „Zmory” (wydanie powojenne) oraz „Na srebrnym globie” Żuławskiego.
Ilustracje do „Motorów” przyczyniły się do legendy tej powieści, bowiem na tytułowej stronie wydania z roku 1937 figurują równorzędnie dwa nazwiska: Emil Zegadłowicz – Stefan Żechowski. Pod wpływem niezwykle wizyjnych ilustracji, Zegadłowicz zmieniał niekiedy swój tekst dopasowując go do rysunków. Młody malarz, którego zarekomendował Zegadłowiczowi uczeń Malczewskiego – Marian Ruzamski, bardzo różnił się w swojej postawie artystycznej od dużo starszego pisarza. Jako idealista i romantyk wahał się, czy podjąć się ilustrowania „Motorów”. O swoich oporach pisze na kartach pamiętnika–albumu „Na jawie”: „Pamiętam wrażenie po przeczytaniu pierwszych rozdziałów „Motorów”. Nie byłem zachwycony. Raził mnie naturalizm opisu scen erotycznych, które w tej formie wydawały mi się wulgarne i dalekie od mych romantycznych wyobrażeń i pojęć o miłości. Wydawało mi się nawet, że nie powinienem ilustrować tej książki. Znalazłem się w rozterce. Nie wiedziałem, co począć. Pamiętam, że decyzję podjąłem dopiero w chwili, gdy uświadomiłem sobie, że posiadam zawsze w mej sztuce, a więc i tutaj, pełną swobodę wyboru nie tylko obrazów, lecz co ważniejsze, ich ujęcia i przedstawienia formą własną”.
Zegadłowicz uznał, że ilustracje Żechowskiego stanowią integralną stronę dzieła, a więc „Motory” są ich wspólną książką.
Dziś niektórzy krytycy, a nawet wnuk pisarza – Adam Zegadłowicz są zdania, iż mamy do czynienia z dwojakimi „Motorami”. I być może ilustracje Żechowskiego, potraktowane odrębnie, jeszcze zyskują na wartości.
Stefan Żechowski, jako rysownik, często sięgał po tematy literackie. Już jako młody chłopak ilustrował dzieła romantyków, Słowackiego i Mickiewicza. Potem inspirowały go „trujące” książki: Poe, Dostojewski, Nietzsche. Jako wrażliwy artysta, dostrzegał koszmar życia i przeciwstawiał się wszelkiej agresji. Jeszcze przed wojną malował cykl „Wojna”, ze wszystkimi jej okropnościami. Śmiało więc można nazwać go polskim Goyą. Żechowskiego zawsze fascynowały osiągniecia ludzkiej myśli, stąd cykl „Szczyty”, w którym udostępnił wspaniałe głowy Nietzschego, Tołstoja, Mickiewicza, Brata Alberta i in. Innym motywem twórczości Żechowskiego jest „Potęga zła”. Ciekawostką w tym cyklu jest obraz portretujący… Stalina. W swoim pamiętniku artysta wspomina, jak wizja młodego Stalina z gołym torsem, rozbijającego młotem „smoka imperializmu”, zaszokowała żołnierzy radzieckich, którzy po wojnie wkroczyli do Książa. Z powodu nadmiernego symbolizmu obraz ten nigdy nie znalazł zrozumienia.
Żechowski – uznawany za genialnego rysownika, wizjonera i poetę nastroju – jest przede wszystkim malarzem kobiet. I to kobiet niezwykłych. Bowiem istnieją tylko w snach.
Sny i marzenia, obsesje dzieciństwa, to motywy obecne w całej twórczości Żechowskiego. Ale szczególne miejsce zajmują w niej obrazy, które są „plastyczną legendą snów erotycznych” – jak to określił Andrzej Banach, pierwszy odkrywca Żechowskiego. Prace tego artysty znane są w Brukseli, Nowym Jorku, pojawiły się w paryskiej encyklopedii sztuki erotycznej oraz w innych tego typu wydawnictwach, np. w Japonii.
W Polsce szerszej publiczności pokazywał twórczość erotyczną Żechowskiego Ryszard Wójcik w filmie telewizyjnym z r. 1977 – „Pustelnik”. Fragmenty tego filmu wykorzystał też Grzegorz Dubowski w dokumencie „W kręgu Szukalskiego” (film ten zdobył główną nagrodę na tegorocznym przeglądzie Filmów o Sztuce w Zakopanem). Żechowski należał w młodości do grupy artystów tzw. Szczepu Rogate Serce, którego przywódcą duchowym i mistrzem był oryginalny rzeźbiarz i teoretyk sztuki – Stanisław Szukalski. Jego metodzie pracy był Żechowski wierny do końca, nigdy nie malował z modelu, a zawsze z wyobraźni. I wierzył głęboko, że wyobraźnia i pamięć plastyczna to największe skarby artysty.
Artystyczna wyobraźnia Żechowskiego ma swe źródło w symbolice młodopolskiej, toteż jego obrazy i rysunki pełne są sennych majaków i nastrojowych wizji. Malując kobiety – Żechowski malował przedziwne nimfy, muzy, nierealne piękności i demony zaludniające świat męskiej wyobraźni. Kobieta pojawiająca się na obrazach Żechowskiego jest potęgą i naturą, jest pięknem i dobrem. Artysta głęboko wierzył w jej zdolności ujarzmienia mężczyzny i stłumienia agresywnych popędów poprzez rozbudzenie w nim pragnień erotycznych. Erotyzm w ujęciu Żechowskiego był lekiem na to najgorsze zło, jakim jest wojna.
Ale Żechowski pokazywał nie tylko łagodne piękno kobiecego ciała. Równie często dostrzegał demonizm kobiety, która pomimo pozornej uległości i łagodności rysów potrafi zdominować mężczyznę. Na takich obrazach szczegóły kobiecego ciała są wyolbrzymione, nieco zdeformowane, a mężczyzna mały i bezradny wobec niszczącej siły kobiety.
Żechowski bał się kobiet. W ostatniej z nim rozmowie, na kilka miesięcy przed śmiercią (zmarł w listopadzie 1984 r. w rodzinnym Książu) zapytałam artystę, czy każda kobieta może być demonem? – Każda – wyszeptał – Każda może zniszczyć mężczyznę.
– Czy ten demonizm to seks, płeć?
– Tak.
– A przecież maluje Pan pogodne erotyki, tam nie ma demonizmu.
– Jest, ukryty.
Artysta twierdził, że w samej naturze kobiety jest ukryty ów demonizm. We współczesnych kobietach dostrzegał większą agresywność, chęć dominacji w życiu i w pracy. I przyznał, że maluje kobiety ze snów. Bo kobiety prawdziwie zjawiskowe są tylko w snach mężczyzn.
Nic dziwnego, że kobiety oglądające obrazy Żechowskiego dostrzegają karykaturalne rysy, uważają, że artysta pozbawia je wnętrza i indywidualności. Natomiast mężczyźni są urzeczeni sztuką Żechowskiego, gdyż w tych erotycznych obrazach znajdują swoje marzenia i obsesje, a także tęsknotę za kobietą idealną. Kobieta jest tym „blaskiem rozświetlającym mroki życia” – jak pisał na kartach pamiętnika Żechowski, ale jest także wyrazem obsesji i lęków. Demonizm kobiety „jest to wyłącznie produkt mężczyzny. Wytwór jego wyobraźni. Jego erotyzmu zawiedzionego w nieodwzajemnionej miłości” – i ta interpretacja zawarta w książce Żechowskiego „Na jawie” jest chyba najbliższa prawdy.
Podczas ostatniej wizyty w pracowni artysty oglądałam obrazy znane mi już i te najnowsze, malowane podczas choroby, wyrażające cierpienie. Wtedy Żechowski powiedział, że najważniejsze tematy w sztuce to tematy tragiczne, tragizm życia. Zapamiętałam obraz zatytułowany „Spojrzenie w prawdę”. Było to studium sceptycyzmu. Człowiek z przymkniętym okiem dostrzega grozę. Usta ma zaciśnięte i zgorzkniałe. W tle naga kobieta.
Kto słyszał o legendzie „Motorów” i ciekaw jest śmiałych rysunków Stefana Żechowskiego, którym niegdyś zarzucano „ekshibicjonizm moralny” – ten będzie zawiedziony. Ale również tzw. erotyki, znane tylko tym nielicznym, którzy oglądali je w pracowni artysty, nie mają nic wspólnego z pornografią.
„Przed zarzutem pornografii sztukę ocalić może jedynie romantyczny idealizm, którego celem jest piękno!”
– twierdził Żechowski.
I to właśnie tak przyciąga wielbicieli jego talentu.
HANNA GALSKA

Powrót Żechowskiego

„Słowo Ludu”, nr. 34, str. 3 (1991 r.)
Stanisław Mijas

POWRÓT? Wszak na tej ziemi się urodził, tu tworzył przez dziesiątki lat, stąd jego obrazy poszły w Europę i świat. On to inaugurował przed laty działalność galerii BWA „U Jaksy” w Miechowie okazałą, retrospektywną wystawą. Po pięciu latach od tamtego wydarzenia otwarto w Miechowie stałą galerię STEFANA ŻECHOWSKIEGO. Ale słowo „otwarto” byłoby grubym nietaktem wobec tych, którzy tego faktu dokonali.


Entuzjastycznie przyjęła propozycję wdowa po artyście, Maria Żechowska. Zaufała Krystynie Olchawie, która wcześniej wyjednała środki u byłych władz wojewódzkich. Janusz Modzelewski przekazał stosowną sumę z Funduszu Rozwoju Kultury - i sprawę sfinalizowano. Na otwarciu była gala, jak na miechowskie warunki. Burmistrz Andrzej Grosicki sympatycznie wspominał swoje kontakty z niepospolitym artystą, pani Maria „identyfikowała” obrazy, podkreślając ich lokalny rodowód w detalach. Okazuje się, że autor upamiętnił także szczegóły krajobrazu „książęcego”, jak stawy, łąki, architekturę. Nawet księżyc tutejszy, odbity w lustrze wody, zyskał swoją „osobowość”. To ważny przyczynek do portretu nieżyjącego twórcy.
Usatysfakcjonowany musiał się czuć sędzia Bolesław Kot, który świadomie wpuścił do lochów „galerników”, skazujący tym samym miasto na splendor. Bo takiej galerii w Polsce nie ma. Ale może być, ponieważ w Gorzeniu, w Muzeum Zegadłowicza przygotowuje się stałą ekspozycję ponad stu prac Żechowskiego - ilustracji do dzieł autora „Zmór”. Oby nas nie przebili! Trzeba więc nie tyle wspominać, co działać, jeździć do Książa i perswadować pani Marii, że spuścizna męża powinna pozostać tu.
Z wielką starannością wyremontowano kolejną partię sądowych lochów. Nie uchylił się od pomocy Włodzimierz Barczyński, którego ekipa z RPGM jako pierwsza w Miechowie weszła do podziemia, a mistrz stolarski Władysław Łoś i tym razem udowodnił wysoką klasę rzemieślniczo-artystyczną. Słusznie podkreślił wicewojewoda Zygmunt Szopa, że dopóki są i działają w Miechowie ludzie z wielkim sercem i zapałem, mogą liczyć na poparcie moralne i finansowe.
Niestereotypowa była to inauguracja. Aktor krakowski Grzegorz Juras recytował wiersze ulubionych poetów artysty z Książa Wielkiego - Emila Zegadłowicza i Bolesława Leśmiana. Recytował bez konturnowości - przemawiał do nas poetycką strofą podczas wspólnego oglądania dzieł. Interesująca była ta synchronizacja bodźców wzrokowych ze słuchowymi, a przecież klimat sztuki dzięki takiej symultaniczności nabiera blasku i pełni.
Z kilkudziesięciu dzieł przemawia do nas artysta wierny ideałom i własnemu stylowi, prezentujący świat w wydaniu piękniejszym, wyidealizowanym - trafnie zauważył Marian Rumin, który od początku nie szczędził sił, by filia jego galerii rosła i piękniała. Niepokojąco zabrzmiały natomiast jego słowa o tym, że Żechowski staje się coraz głośniejszy w świecie i… coraz bardziej poszukiwany na rynku krajowym. Tym bardziej więc trzeba zadbać o to, by jak najwięcej dzieł nie opuściło Książa lecz trafiło do Miechowa. To wielka szansa nie tylko dla miasta, ale i dla kultury narodowej.
Niemal każdy z obecnych miał coś do powiedzenia na temat unikatowej ekspozycji: roztrząsano genezę poszczególnych obrazów i rysunków, identyfikowano je pierwowzorami literackimi. Bez trudu rozpoznaliśmy Leśmianowskiego Dusiołka, postaci wielkich Polaków, komponowane zresztą z dużą inwencją i fantazją. Czy Mickiewicz odwiedził umierającego Chopina? Sam artysta nie miał wątpliwości i odrzekł krótko: jeśli nawet nie był, to powinien być! Wiele jeszcze anegdot opowiedziała nam pani Maria, a Krystyna Olchawa dodała, że odkąd galerii patronuje „Muza” artysty z Książa, przynosi wszelkim poczynaniom powodzenie. Polecam wszystkim miłośnikom malarstwa tę galerię, a niebawem i kawiarenkę, która przy galerii powstanie. Zaakceptował ten pomysł wojewoda Józef Płoskonka, a słowo wojewody, to jest słowo i nie może długo czekać, by się wcielić w czyn.

Rysunki S. Żechowskiego wyróżnione przez ministra

GŁOS POMORZA, 1992
Rysunki S. Żechowskiego wyróżnione przez ministra

… W pierwszych dniach maja Br. Ministerstwo Kultury i Sztuki poinformowało dyrektora Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, iż Ogólnopolska Komisja Ocen Ogólnopolskiego Konkursu na Najciekawsze Wydarzenie Muzealne Roku 1992 – wyróżniła wystawę monograficzną rysunków Stefana Żechowskiego. Uroczyste wręczenie nagród i wyróżnień przez Ministra Kultury i Sztuki rzeczpospolitej Polskiej odbyło się w państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie. Czytelnicy pamiętają, że wystawa czynna była w salach słupskiego Zamku Książąt Pomorskich w słupsku, zgromadzono wtedy około 90 prac S. Żechowskiego (1912-1984) – artysty, który urodził się i zmarł w Książu W. k. Miechowa. Był przede wszystkim fascynującym rysownikiem, ilustratorem wielu książek. Jego ołówkiem, węglem i pastelami rysowane erotyki budziły zachwyt w Belgii, Francji i Stanach Zjednoczonych.
W ciągu zaledwie miesiąca wystawę w Słupsku obejrzało ponad 10 tys. osób, także spoza województwa i kraju. Zarówno muzealnych gości, jak i członków Ogólnopolska Komisja Ocen z Warszawy zachwyciła wirtuozeria rysunku, dziś już w taki sposób nie uprawianego i nadwrażliwość artysty, którego – niezależnie od skali talentu – wyróżniła pasja i przeświadczenie o artystycznym posłannictwie. (jaw)

1994 - GORZKI UŚMIECH STEFANA ŻECHOWSKIEGO

MUZEUM KARYKATURY, MAJ 1994
GORZKI UŚMIECH PUSTELNIKA
Ryszard Wójcik

O Stefanie Żechowskim powiedziano „…jako prawdziwy fantasta ilustruje przede wszystkim samego siebie nawet wtedy, gdy zdobi książki Zegadłowicza, Mickiewicza, Kruczkowskiego. W tej spowiedzi z grzechów wyobraźni pierwsze miejsce zajmuje kobieta…” (A. Banach, 1968). Zza Oceanu, jako echo nowojorskiej wystawy dobiegł głos krytyka: „Obsesyjnym tematem Żechowskiego jest Kobieta. Uosabia ona siły Natury, pełne zmysłowości i seksualizmu, zachłanne, wymykające się władzy mężczyzny i stowarzyszone niejako z ciemnymi mocami…” (K. Sękowska, 1974).

Kobieta, Eros wszechwładny, demony płci dominują w optyce patrzących na dzieło Pustelnika z Książa Wielkiego. Inaczej być nie mogło! Nieliczne wystawy powojenne, w tym jedna tylko monograficzna za życia artysty (Kielce 1983), skąpe nad wyraz publikacje o nim samym (wyjątek pamiętnik „Na jawie” opublikowany w 1981 r.) nie uchylały tajemniczej zasłony, za którą ukryta po dziś dzień pozostaje ogromna część spuścizny twórczej, w tym nie tylko rysunki, ale i dzienniki, proza konfesjonalna niezwykłej urody.

Warszawska wystawa w Muzeum Karykatury – trudno w to uwierzyć – ukazuje zwiedzającym materiał dziewiczy, nigdzie dotąd nie eksponowany, nie ujęty nawet żadnym rejestrem inwentarskim, nie dokumentowany opisem katalogowym, z łaskawego przyzwolenia wdowy Marianny Żechowskiej, po dziesięciu latach od śmierci rysownika z tek domowych po raz pierwszy wydobyty. Tylko ułamek ekspozycji odnosi się do prac gdzieś już pokazywanych lub reprodukowanych.

A trzeba powiedzieć wyraźnie – oblicze tego wspaniałego rysownika, arcymistrza techniki ołówkowej, wirtuoza obrazu pastelowego – jako satyryka, karykaturzysty, piewcy gorzkiego humoru, jest w zupełności przez krytykę przemilczane. Nawet Andrzej Banach, znakomity eseista, który „odkrył” Żechowskiego w 1964 roku i na scenę Paryża i Brukseli wyniósł, w pełni świadomie jego gorzki humor ignorował i choć to właśnie on zauważył, że Pustelnik z Książa Wielkiego „ilustruje samego siebie”, to przecież na rok przed śmiercią Żechowskiego, wciąż twierdził: „Życiorys Żechowskiego jest mało potrzebny, przed oczami mamy dzieło mistrza, nie osobę, którą on, skromny i nieśmiały chętnie kryje…” (w katalogu wystawy w Kielcach, 1983).

Jest więc naszym zamiarem, by dokonany wybór prac przeniósł do świadomości zwiedzających właśnie „osobę” artysty, która w tych obrazach się kryje. Mamy oto przed sobą nadwrażliwą kliszę indywidualności dziewiętnastowiecznej, romantycznej, wydanej na pastwę lęków, którymi nasz wiek burzliwy mąci błogostan marzyciela. Lęk egzystencjalny przenika się tu z obrazem Zła, które urąga bezsile Dobra; wierze w zbawienną Utopię przeczy trywialna postać codzienności. Żechowski nie znał umiaru. Jeżeli mówił lub pisał o miłości, to tylko o takiej, która „zawładnęła” lub „pochłonęła”, „unicestwiła”, jeżeli znajdował przyjaciela lub kogoś podziwiał, to tylko „bezmiernie” i „zapamiętale”, jeżeli zagłębiał się w lekturę Dostojewskiego lub Nietzschego, to „bezdennie”, a kiedy ulegał fascynacji komunizmem, to już śmiertelnie, bez cudzysłowu. Porażony stanem wojennym w Polsce popadł w taką depresję i beznadzieję, że już się z niej nie podniósł, aż do śmierci.

Zdarzyło się tak, że raz jeden odsłoniła się część prac pokazywanych na tej wystawie – w moim filmie biograficznym o Żechowskim („Pustelnik”, TVP 1976) dwaj członkowie komisji kolaudacyjnej, zaproszeni do telewizji, Andrzej Osęka i Szymon Kobyliński, wykrzyknęli zdumieni: „To Żechowski nieznany. Jakież poczucie humoru i satyry. […] Świat zlepiony ze sloganów obiegowych a przecież przekształcony w obraz wstrząsający i głęboki.” (Kobyliński). „Przychodzi na myśl Bruno Schulz, sceny literackie, domena wyobraźni…” (Osęka). „W tym widzeniu świata satyrycznym i demonicznym, romantycznym i egzaltowanym, w napięciu emocji dochodzącym do zenitu, wreszcie, w wyrafinowanym ujęciu rysowniczego majsterstwa, jest Stefan Żechowski zjawiskiem w naszej sztuce całkowicie wyjątkowym.” (Kobyliński).

Zbędne więc pytanie o regułę, która ten wyjątek potwierdza.

Wielki książę z Książa Wielkiego

„Słowo Ludu”, 13.01.1995. str. 19
JERZY DANIEL

Samotnik, artysta całym jestestwem oddany sztuce, malarz owiany aurą skandalu, pomawiany o sianie zgorszenia, wręcz pornografię. Stefan Żechowski. Już legenda.







Wielki książę z Książa Wielkiego.
Niedawno minęło dziesięć lat od śmierci Stefana Żechowskiego, artysty malarza z Książa Wielkiego, którego gwiazda jaśniała silniejszym blaskiem za granicą, aniżeli pośród swoich. Jedną, tylko jedną po wojnie indywidualną wystawę urządzono mu za życia w kraju. W Kielcach, dwanaście lat temu.

Z dala od zgiełku
Artystę otaczała cisza, ale sprawiedliwie należy zaznaczyć, że i on sam przecież nie zabiegał o hałas i poruszenie wokół swojej osoby. Unikał rozgwaru kawiarnianej giełdy, nie leżały w jego temperamencie prowokacje, którymi chciałby ściągnąć na siebie wzrok otoczenia. Raz tylko, przed wojną, zresztą ku zaskoczeniu twórcy, jego nazwisko nabrało skandalizującego rozgłosu. Wtedy, gdy wykonał cykl rysunków do „Motorów” Emila Zegadłowicza. Policja wkroczyła w czasie druku powieści, by z polecenia prokuratora skonfiskować nakład książki, w której dopatrzono się antypaństwowych treści i niemoralnych ilustracji.
Nie lubił Stefan Żechowski szumu wokół siebie.
Najlepiej czuł się w swojej samotni w Książu, na którą skazał się świadomie, z wyboru, wyrachowania. Pozostał bowiem wierny wyznawanemu przekonaniu, że ideałem artysty jest człowiek samotny, całą swoją istotą oddany sztuce.
Z zakłopotaniem, jakby mu składano nienależne hołdy, słuchał zachwytów nad swoją twórczością. Był im niechętny, albowiem uważał, iż jego obrazom daleko do doskonałości. Nie uznawał ich za dzieła skończone. Twierdził, że wymagają ciągłych poprawek, zatem powinien je mieć przy sobie, pod ręką. Tym uzasadniał odmowę sprzedaży obrazów. Zdecydowanie odrzucał najbardziej intratne oferty kupna. Z Nowego Jorku, gdzie gościł z wystawą na zaproszenie Fundacji Kościuszkowskiej, wracał z całym artystycznym bagażem, jaki wywiózł za ocean. Z wszystkimi dziełami. Niczego nie chciał sprzedać.
Dziwak, odludek.

Między niebem a ziemią
- Stefan zamknął się we własnym, przez siebie stworzonym świecie - mówi Marianna Żechowska, wdowa po malarzu i kustosz spuścizny po artyście. - Jego rzeczywistością były marzenia, nie chciał, aby mu je ktokolwiek zakłócał. Wybrał więc samotnicze życie. Unikał wszelkich komplikacji dnia powszedniego. Nie mamy dzieci. On był człowiekiem zupełnie oderwanym od tego, co go otaczało. Niepraktycznym, zawieszonym między niebem a ziemią.
Ten artysta każdą tkanką swego ciała, całą duszą, z powołania, sposobu bycia, wrażliwości i wyobraźni - na księdza został wyznaczony. Tak postanowił Wincenty Żechowski, ojciec czterech synów. Najmłodszego widział w stanie duchownym. Ale Stefanowi nie takie sprawy były w głowie. Od dzieciństwa wiedział, co pragnie robić, kim być w przyszłości. Świetnie rysował. I chciał to robić przez całe życie.
I tak się stało.
Latem 1927 roku na krakowskim bruku stanął drobny siedemnastolatek w podniszczonym, chłopięcym ubranku. Miał na sobie śmieszne porteczki do kolan i dźwigał wielką tekę z rysunkami. Tak oto Stefan Żechowski przekroczył progi świątyni Sztuki. Spotykał się w niej z tuzinami malarstwa ówczesnej epoki, podziwiał charyzmatycznego Szukalskiego i wstąpił do utworzonego przez niego ugrupowania Szczep Rogate Serce, które miało uczynić rewolucję w sztuce. Ale nigdy nie uległ niczyim wpływom.
Fascynował się rysunkiem. Ołówek w rękach Stefana Żechowskiego stawał się magicznym narzędziem, które służy nie tylko do wiedzenia linii, konturów, zaciągania płaszczyzn różnymi walorami szarości. Swoje ołówkowe rysunki topił Żechowski w srebrze światłocienia, głębi, zadziwiających blików. To nie były rysunki, a czarodziejskie malowanie. Ileż kolorów potrafi mieć czerń…
Zapowiadał się Żechowski jako fenomenalny ilustrator. Czyli taki, który tworzy równorzędne literackiemu dzieło sztuki plastycznej. Który mocą swego talentu i wyobraźni powołuje nową jakość artystyczną. Ileż siły mają te dynamiczne rysunki do utworów Zegadłowicza, Kruczkowskiego, jak wielka musiała być imaginacja, która do fantastycznej powieści „Na srebrnym globie” Żuławskiego wykonała tak sugestywne ilustracje. Żyjące swoim własnym, osobnym życiem.
Stefan Żechowski, jak pamiętam ze spotkań z artystą, powiadał: rysunek stawiam wyżej niż malarstwo. Rysunek to uczciwość sztuki. I przez lata był mu wierny. Aż miała nadejść epoka przepięknych pasteli. Pastelowych kobiet, zmysłowych aktów, pełnych uniesień scen miłosnych, które ich twórcy miały przynieść reputację pornografa.

One
Nie mógł się Stefan Żechowski nadziwić takiemu kwalifikowaniu obrazów. Chciał być malarzem erotyzmu, energicznie zaprzeczał, gdy stawiano mu zarzut, że przekracza jego granice. Pisał, iż pornografią jest „fotograficzna dosłowna manifestacja tego, co stanowi najintymniejszą stronę erotyzmu”, uważał, iż można o niej mówić wówczas, gdy autentyzm przedstawienia graniczy z naturalizmem.
Czy kobiety Stefana Żechowskiego są „dosłowne”? Czy nawet w najśmielszych ukazane sytuacjach, pozach, ujęciach odpychają trywialnym naturalizmem? Artysta bardzo mocno podkreślał, że pragnie w swym malarstwie wyrazić hołd pięknu kobiecego ciała. Jednakże nigdy nie chciał swego zamiaru wykonywać w sposób prosty - malując wierne akty. Żechowski poszukiwał w swych obrazach ideału kobiecości, jej kwintesencji, symbolu. Malował tajemnicę przecudnego zjawiska. Ciągle zgłębianą tajemnicę.
- Gdy patrzyłam, jak Stefan maluje - wspomina pani Marianna Żechowska - i mówiłam, jak pięknie oddaje tę kobietę, on zwracał się do mnie, że naturę trzeba poprawiać. Był bez reszty zauroczony kobiecym ciałem.
Krytycy nieżyczliwi artyście głosili, że jego twórczość, ta z kobietami w roli głównej, ma w sobie coś z kiczu. Żechowski był ponad takie etykietki. Ciągle odpierał najścia miłośników swej sztuki, którzy do mieszkania w Książu Wielkim pukali z pokornymi prośbami o sprzedaż obrazu. Odmawiał.
Trawiła artystę zła choroba. Ta, o której ostatnio mówi się głośno, że bywa dopustem ludzi starszych, którzy pod jej wpływem stają się kimś innym, zapominają o sobie, o rytuale codziennych czynności. Kiedy coraz bardziej oddalają się od siebie. Marianna Żechowska mówi, iż w chwili, gdy choroba zaczęła się ujawniać, a sam Stefan Żechowski zaczynał zauważać, że dzieje się z nim coś nie w porządku - w jego twórczości pojawił się nowy temat. Dziwne, odrażające stwory. Mówił, że czuje ciężar życia. Malował jakieś wstrętne gady, które wyłaniały się z głowy, jakieś poczwary, larwy, węże. Prosiła, aby odwracał te obrazy, gdy były na sztalugach…
Ale przecież Stefan Żechowski będzie, jest księciem rysunku, arcymistrzem ołówkowej techniki. I oryginalnym, osobnym, niepowtarzalnym malarzem tych, które były dla artysty bóstwem, ucieleśnieniem piękna, samym pięknem.


W pogoni za zjawą

„Przegląd Tygodniowy”, nr. 22 (691), 29.05.1996, str. 7
Ryszard Wójcik

W twarzy omroczonej nostalgicznym smutkiem oczy płonęły spokojnym blaskiem. Mówił cicho, głosem matowym, przestankując słowa, jakby je kreślił na chropowatym papierze. Tkwiły w nim już ułożone, niby strofy wiersza, on je tylko wyrywał boleśnie z zasklepionej głębi:
- Kobieta jest dla mnie uosobieniem piękna. Jest w niej piękno formy, barwy, wyrazu. Od lat ona właśnie stanowi temat główny mej twórczości, ona zawładnęła już w młodości mą wyobraźnią. Widzę w niej symbol życia i zarazem potęgę, z której wypływa wszelka energia i inspiracja twórcza. Ona jest dla mnie najpiękniejszą złudą, która przesłania koszmar śmierci, ohydę starości, brzydotę powszedniego życia…


Któż dzisiaj tak przemawia do kamery? Językiem uwierającym nasze ucho pogłosem młodopolskiego ekspresjonizmu, nagim patosem, otwartą egzaltacją. A tak właśnie, przymuszony do wyznań, niechętny temu, że nagrywam z nim wywiad dla telewizji, odpowiadał na moje pytanie: czy jego zauroczenie Erosem trwać będzie wiecznie?
Było to jesienią 1976 roku. Liczący wówczas 64 lata Stefan Żechowski miał przed sobą już tylko pięć lat twórczego życia; w ciągu ostatnich trzech lat, toczony straszliwą chorobą, daremnie zmagał się z bezwładem ogarniającym jego wyobraźnię i wolę.
Jego mistrzowska ręka, już we wczesnym dzieciństwie olśniła wszystkich jakimś, z urodzenia nabytym, majsterstwem rysunku - porażona tajemnicza niemocą, której medycy nadali miano choroby Alzheimera, zastygła na zawsze jesienią 1984 roku. Po Grottgerze, największy zapewne wśród mistrzów polskiego rysunku ołówkowego, wierny kontynuator dziewiętnastowiecznej tradycji, w temacie erotycznym nieprześcigniony, odszedł z tego świata zapomniany. Zapomniała o nim krytyka, przemilczeli dawni przyjaciele, a nieliczni z kręgu jego wielbicieli i znawców, także i organizatorzy wielkiej monograficznej wystawy w Kielcach 1983 roku, z rozpaczą patrzyli na jego ugasanie. Żechowski, jako człowiek prywatny, był już wtenczas cieniem samego siebie, zobojętniały na wszystko, przeniknięty smutkiem ostatecznym, obrócony w zaświaty.
Śniłem własną sztukę
Nigdy nie zabiegał o poklask artystowskiej sfery, nie dbał o wystawy, nawet nie sprzedawał obrazów! W ostatnich dziesięcioleciach żył jak ubogi pustelnik, w Książu Wielkim, rodzinnej wsi, schowany za wysokim płotem swej zagrody, którym odgrodził się od świata. Niekiedy tylko przyjmował odwiedziny wypróbowanych przyjaciół (Alicja i Bożena Wahl forsowały ten płot - dla psikusa…), sam podróżował rzadko, wyprawa do żony Marychny w Zabrzu była dlań ważnym wydarzeniem miesiąca, a o podróży autobusem do Eli i Andrzeja Banachów w Krakowie (50 km) pisał do mnie jak o dorocznym święcie…
Żył snami. I niech to nie zabrzmi jak metafora. Na płycie jego nagrobka w Książu Wielkim są słowa wyjęte z pamiętnika, w którym przez cale lata sny i marzenia wypełniają kanwę jego życia na równi z realnością zdarzeń: „Śniłem własną sztukę” - zanotował kilkanaście lat przed śmiercią.
Śnił więc w swoich rysunkach nawiedzające go wspomnienia wczesnej młodości, zarówno w wymiarze realnym, jak i fantastycznym - widok ubogiej chłopskiej izby oglądany oczyma dziecka, z kolan ojca siedzącego przy kominie, jak i wędrówkę Anhellego po syberyjskiej pustaci, gdy zachłyśnięty lekturą Słowackiego gubił granicę dnia i nocy; czytane przezeń książki wdzierały się do jego snów drapieżniej niźli zaznane w życiu realnym utrapienia podrostka-odmieńca.
„Wkrótce zapadłem w sen, a z nim w inny świat. Oto leżę nagi na niewielkim wzgórzu. Łagodny, lecz jakiś bardzo ciepły, nieomal gorący powiew faluje i mierzwi wysoką trawę (…). Spoza horyzontu wyłania się postać kobieca. Jest ogromna. Jej długie, białe ramiona okrążają polanę, a twarz i półprzymknięte oczy ocienione rzęsami mają wyraz łagodnego piękna. A oto jej dłonie suną ku mnie, a są tak duże, że cały w nich się mieszczę…” Ta wyśniona zjawa nawiedziła chłopca, gdy nie miał jeszcze lat dziesięciu, a jej nocna wizyta poraziła go tak głęboko, że swym krzykiem rozbudził matkę. Nie umiał sobie wytłumaczyć dziwnego uczucia, jakie nim owładnęło. Była to miłość? „Marzyłem o tym, aby wstać jeszcze, z dolnej szuflady komody wyjąć mały bloczek z papierem, sięgnąć po ołówek i rysować…”
W niewoli Erosa
Stefana Żechowskiego rysunki (ołówek, węgiel, pastel) wypełniły tysiące kartonów rojami pięknych, obnażonych kobiet, pośrodku których on sam jawi się nam najczęściej jako niewinny romantyczny efeb, zaledwie podrostek lub cherub - zwykle bezradnie słaby wobec wszechpotężnej Piękności, zaborczej Kochanki, groźnej Uwodzicielki. Często owa słodka Uwodzicielka, będąca ekstraktem erotycznego powabu, wielkooka, wpółsenna, emanująca dziwnym światłem, kołysze na dłoni jego wiotkie skrzydła…
Uzbrojeni w teorii Freuda, Junga, znajdą wnet wytłumaczenia dla takich motywów. Niefortunnym interpretatorom byłoby już znacznie trudniej uporać się z narastającym od lat wokół Żechowskiego mitem „chorobliwej lubieżności”, „erotomańskich upodobań”, „skażonej wyobraźni…” Tak się jakoś dziwnie w jego życiu układało, że ilekroć próbował Żechowski wyjść na scenę publiczną, tylekroć dział się wokół niego jakiś skandal! Ten z natury nieśmiały i pustelniczo nastawiony artysta stał się np. od razu głośny w 1937 roku, gdy ukazała się rzekomo „pornograficzna” powieść Emila Zegadłowicza „Motory”.
Żechowski ilustrował ją swymi rysunkami. Cenzorzy i prokurator zajęli się zarówno pisarzem, jak i rysownikiem. Dzisiaj przedmiot „skandalu” budzić mógłby jedynie wzruszenie ramion… Po wojnie wszystkie próby ilustrowania książek (m.in. dla Kruczkowskiego) kończyły się dla Żechowskiego klęską… Potęga jego plastycznych wizji stawała się upokarzającym wyzwaniem dla panów literatów. Serie pracochłonnych rysunków (np. dla „Pawich piór”) nie opuściły nawet progów jego pracowni. A skutkiem tego stanu rzeczy była najzwyklejsza bieda, wieczny niedostatek.
Rozczytany w powieściach Dostojewskiego, wielbiciel Fryderyka Nietzschego ilustrował dla siebie samego tematy ich dzieł, setki rysunków ujętych w cykle „Chora Ziemia”, „Światła Ludzkości”, „Demony Zła”, „Chrystus i Szatan” - do dzisiejszego dnia pozostają w depozytach muzeów ulokowane tam staraniem wdowy Marianny Żechowskiej. Kiedy wyjdą stamtąd na światło dzienne?
Czas Żechowskiego
Znękany podróżami do głębin ludzkiej egzystencji („Czemu Dobro nie może istnieć bez Zła - jak cień idzie za światłem? Czy życie musi trwać tylko za cenę wzajemnego pożerania?” - notował w dzienniku) - wracał Żechowski ku tej Świetlistej Zjawie, jaką była dlań zawsze Piękna Uwodzicielka: tworzone przezeń obrazy ucieleśniały Kobietę jako Siłę Przyjaznej Natury. Wizje te dawały mu azyl wobec potęgującej się grozy świata. Notowałem jego słowa: „Zobaczysz, jak ten ocean fałszywej erotyki i pornografii lejący się z ekranów i spiętrzony w górach drukowanej sekso-pornmachii przeleje wszystkie granice… A wtedy romantyczne wyspy moich marzeń dadzą wrażliwym schronienie…”
Stefan Żechowski, mówiąc te słowa, przeczuł: czas jego sztuki nadchodzi.

STEFAN ŻECHOWSKI. RYSUNEK I MALARSTWO

KATALOG
MUZEUM MIEJSKIE W ZABRZU, 1996
Jadwiga Pawlas-Kos

Stefan Żechowski urodził się 19 lipca 1912 roku w Książu Wlk. koło Miechowa w rodzinie ubogiego rzemieślnika; miał trzech braci. Studia artystyczne podjął w 1929 r. w krakowskiej Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego. W tymże roku został członkiem ugrupowania o nazwie Szczep Szukalszczyków Herbu Rogate Serce. Założycielem grupy był Stanisław Szukalski - rzeźbiarz i rysownik, zamieszkały na stałe w USA, wyznawca i głosiciel dość kontrowersyjnych teorii nt sztuki i jej nauczania. Akademie uważał za rzeźnie talentów; proponował zreformowanie całego artystycznego szkolnictwa (nauka miałaby się opierać wyłącznie na rysunku z pamięci, który rozwija wyobraźnię i wrażliwość). Potępiał uleganie obcym wpływom, chciał, aby „sztuka polska zastąpiła sztukę w Polsce”. Szukalszczycy dążyli do „założenia zrębów polskiej sztuki narodowej owianej duchem prasłowiańszczyzny”. W latach 1930 - 1936 Żechowski wystawiał swoje prace na wszystkich (15) wystawach „szukalszczyków”; zdradzają wtedy wyraźne wpływy mistrza. Sam artysta tak opisuje po latach (w pamiętniku „Na jawie”) styl Szukalskiego: „Jego forma zawsze jest twarda, kanciasta, ostro i głęboko żłobiona. Cechuje ją tendencja „wgryzania się w rzecz aż do kości” i niezmordowana analiza elementów, aż do ujawnienia włókien mięśniowych, ścięgien, drobnych rozgałęzień żylnych, powleczoną suchą jak pergamin błoną skóry. Wszystko to wydawało się swoistą, jemu tylko właściwą stylizacją. Obecnie widzę, że rodowód tej stylizacji pochodzi z Meksyku, od sztuki Azteków, Majów, i ze Słowiańszczyzną nie miał nic wspólnego”. (s. 88)
W latach trzydziestych rysuje też Żechowski wspaniałe wizjonersko-symboliczne kompozycje przesycone modernistyczną nastrojowością (był wówczas rzeczywiście „pogrobowcem” klimatów i nastrojów dawno już przebrzmiałych). Tematyka tych prac nawiązywała do młodopolskich zainteresowań, tj. sztuka, artysta, samotność artysty, natchnienie, miłość, śmierć, kobieta (we wszystkich wcieleniach - także demonicznym), Chrystus, Szatan, etc…
Żechowski zawsze skłaniał się ku ilustratorstwu, przez całe życie właściwie rysował tematy zw. z literaturą („Anhelli”, „Dziady”, „Ballady”, Dostojewski). W roku 1937 pracuje nad cyklem 37 ilustracji do powstających wówczas „Motorów” Emila Zegadłowicza; w jego domu, w Gorzeniu wchodzi artysta w środowisko lewicującej młodzieży skupionej wokół pisarza. W październiku 1938 roku nakład świeżo wydrukowanych „Motorów” z ilustracjami Żechowskiego zostaje skonfiskowany przez Prokuraturę Krakowską (pod zarzutem szerzenia pornografii). Rysunki te były największym chyba osiągnięciem ilustratorskiej twórczości artysty.
Okupację przeżył Żechowski w rodzinnym Książu; rysuje wówczas m.in. liryczne kompozycje z cyklu „Moje dzieciństwo”, portrety (Tołstoja, A. Chmielowskiego, Mickiewicza) i kompozycje alegoryczne. W r. 1943 powstają literackie eseje „Dialog o wojnie”, „O wolnej woli”, „Chrystus i szatan”. Tuż po zakończeniu wojny Żechowski wstępuje do PPR-u; jako komisarz ludowy zabezpiecza po dworach dzieła sztuki. Powstaje cykl „Wojna” (9 kartonów, kredka) o wysokim stosunkowo poziomie artystycznym, a wkrótce ilustracje do „Tęczy” W. Wasilewskiej (nie opublikowane). W r. 1946 Żechowski żeni się z Marianną Trąbską; od tego roku mieszka w Zabrzu. Od końca lat 40-tych tworzy w konwencji socrealizmu: maluje i rysuje serie portretów działaczy politycznych i partyjnych oraz cykle dydaktycznych rysunków, jak np. „Nowe zwycięża”. W roku 1953 przeżył artysta wielki wstrząs w związku z pożarem rodzinnego domu w Książu - spaliło się wówczas wiele rysunków, a także prowadzony przez lata „Dziennik”. W latach 1956-1957 Żechowski ilustruje powieść Jerzego Żuławskiego „Na srebrnym globie”, „Zmory” i „Wrzosy” Zegadłowicza oraz „Pawie pióra” Kruczkowskiego (nie publikowane). Od 1979 r. przebywa już właściwie na stałe w Książu, odwiedzając tylko Zabrze. Próbuje malować pastelami - powstają liczne „Erotyki”. W r. 1973 wyjeżdża na półroczne stypendium Fundacji Kościuszkowskiej do Nowego Jorku. W roku 1977 Ryszard Wójcik nakręcił film TV o Stefanie Żechowskim (tytułując go wymownie „Pustelnik”) prezentujący - po raz pierwszy szerszej publiczności - telewidzom - dość pokaźną ilość prac. Żechowski zmarł w roku 1984 po ciężkiej chorobie. Kilka lat przed śmiercią artysty ukazał się drukiem (Wyd. Łódzkie) album - pamiętnik z kilkudziesięcioma reprodukcjami, który w jakimś stopniu spopularyzował sylwetkę Stefana Żechowskiego.
WAŻNIEJSZE WYSTAWY
1964 - wystawa rysunków w Galerii „Libraire la Proue” W Brukseli
1973 - Galeria „Pryzmat” w Krakowie
1974 - wystawa twórczości S. Żechowskiego w Galerii Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku
1978 - „Miłować i walczyć”. Szukalski i Szczep Rogate Serce. Retrospektywna wystawa prac 1930-1939 w Pałacu Sztuki w Krakowie
1983 - retrospektywna wystawa rysunków w BWA Kielce
1988 - „Stefan Żechowski. W poszukiwaniu własnej tożsamości artystycznej” w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu
1992 - Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku
1994 - Muzeum Karykatury w Warszawie
1995 - Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu

OKALECZONY. Już przed wojną uznany za malarza skandalistę miał być wdeptany w niepamięć

Przegląd tygodniowy
25 czerwca 1997
Ryszard Wójcik


Zapisane na taśmie
Krótko przed śmiercią zanotowałem jego słowa: Zobaczysz jak ten ocean fałszywej erotyki i pornografii lejący się z ekranów i spiętrzony w górach drukowanej seks-pornomachii przeleje wszystkie granice… A wtedy romantyczne wyspy moich marzeń dadzą wrażliwym schronienie... przed rokiem na łamach „Przeglądu tygodniowego” (29 maja 1996) przytoczyłem tę wypowiedź (W pogoni za zjawą) dodając od siebie: Stefan Żechowski przeczuł: czas jego sztuki nadchodzi. Nie wiedziałem wtedy, że Muzeum Narodowe w Kielcach ziści zapowiedź dyrektora Alojzego Obornego, a wojewoda kielecki Zygmunt Szopa dołoży wszelkich starań, by w murach Pałacu Biskupiego, w jego kilku rozległych salach zagościła wystawa 87 prac malarskich i rysunkowych, nieobecnego na tym świecie od 1984 roku Pustelnika z Książa Wielkiego, arcymistrza rysunku, wyniesionego ku sławie już w roku 1937, „skandaliczną” współpracą z Emilem Zegadłowiczem, którego „pornograficzną” powieść „Motory” ilustrowaną przez Żechowskiego skonfiskowała nabożna cenzura. Właśnie Kielce już po raz drugi, na przekór mizerii środków przeznaczonych dziś na kulturę, po wystawie w Galerii BWA „Piwnice” w 1983r. dobijały się rozgłosu dla artysty, który zdaniem nielicznych znających istotę jego twórczości, wzniósł się na horyzont sztuki europejskiej, zdaniem jakże licznych niezorientowanych, winien być wdeptany w niepamięć. Żechowski miała za życia tylko jedną w 1983r. Wystawę monograficzną, scalającą jako tako jego twórczość powstałą w minionym półwieczu. Zżerany chorobą Altzheimera, ze zmąconą świadomością, prawie już nieobecny pomiędzy ludźmi, bardziej niźli kiedykolwiek obojętny na zgiełk jaki wokół niego uczyniła wystawa – odchodzi bezwolnie w zaświaty. Już dwa lata wcześniej, w 1981 r. (10IX) pisał do Alicji Wahl, że nie chce wystawy w jej warszawskiej galerii, bowiem „sytuacja polityczna jaka zaistniała w kraju, zatraca sens i znaczenie takiej wystawy. Muszę nadmienić, że to co się stało w partii jest dla mnie ciosem tym boleśniejszym, że z ideą komunizmu byłem związany już w okresie międzywojennym przez bliskie kontakty z E. Zegadłowiczem i Wanda Wasilewską... A druga przyczyna nie mniej istotna to ta, że ja obrazów swoich nie sprzedaję, ani ich nie powtarzam w replikach, choć wiem, że istnienie galerii prywatnej oparte jest na sprzedaży eksponowanych prac...) Ten zdumiewająco szczery dokument tyleż tłumaczy fenomen postawy Żechowskiego , co i horrendalnie go wynaturza: był i nie był komunistą ideowcem, ten egzaltowany idealista z Książa, wyrzucony w końcu z PZPR za nieprzestrzeganie dyscypliny i krnąbrność światopoglądową: ani Wasilewska, ani Kruczkowski nie chcieli przyjąć do swych książek ilustracji, które dla nich wykonał, ani towarzysze z Zabrza, dokąd się schronił przed wyrokiem podziemia w 1945 r. nie myśleli wystawiać jego prac i drwili z jego „erotycznej obsesji” i „chorej wyobraźni”, tak sprzecznej z rygorami socrealizmu... To przez towarzyszy właśnie cierpiał skrajną nędzę, nie miał wystaw i dla chleba malował przodowników pracy, powielał „od metra: ikony Bieruta, Gomułki Breżniewa...

Zakuty w szablon
Aby napisać o tym czego doświadczyłem 15 kwietnia, w dniu otwarcia kieleckiej wystawy, przerzucić muszę kilka kart tej osobliwej biografii, bowiem w zdarzeniach życia artysty, w jego filozofii bycia w świecie sztuki upatruję zasadnie przyczynę nieobecności Żechowskiego na liście wielkich nazwisk miary europejskiej. Mamy tutaj przypadek jakiegoś świadomego samookaleczenia!... Ten wiejski podpasek, syn ubogiego stolarza z Książa Wielkiego, szesnastolatek podówczas, wędruje w 1929 r. pieszo do Krakowa, prosto do Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych, z teką rysunków, które bez egzaminów, czynią zeń studenta Akademii! Tak wybitny i oryginalny jest talent młodego rysownika, że już na wstępie staje się on wybrańcem słynnego skandalisty malarza, filozofa i teoretyka Stanisława Szukalskiego, który wciela go do swego „Szczepu Rogate Serce”, bractwa zbuntowanych przeciw akademizmowi, wojujących niewybrednie artystów.
Buja, niepohamowana wyobraźnia „Stacha z Warty” (szczepowe miano Szukalskiego) fascynuje „Ziemina” - Żechowskiego, ale nie zniewala: duchy niepokorne, zbuntowane, owładnięte szaleństwem misji, pogrążone w całopalnej determinacji – wlec go będą za sobą z nieodpartą siła i pod jego mistrzowskim ołówkiem wyroją się sceny rodem z powieści Dostojewskiego, wizje natchnione duchem Fryderyka Nietzschego, postacie Michała Anioła, Beethovena, a także ... Chrystusa. Tego obszaru wyobraźni i zauroczeń piszący potem o Żechowskim zechcą starannie nie zauważać, nawet Andrzej Banach, powojenny „odkrywca” Pustelnika postara się go wyprowadzić z zapomnienia w swej książce „O polskiej sztuce fantastycznej” (1968) wskazując na Żechowskiego - romantycznego piewcy pięknego kobiecego ciała, któremu właściwy jest „erotyzm jedynie platoński”, czyli pozbawiony pożądania... Cóż za świętobliwa pruderia!
Kto jak kto, ale Banach znał wyśmienicie sekrety szaf pustelniczej pracowni Żecha i nasładzał się wielokrotnie ołówkowymi, pastelowymi obrazami skłębionych par, zażywających uciech miłosnych i to w najśmielszych sposobach artystycznego ujęcia, które dziś nawet trzeba by nazwać pornografią, gdyby … nie były tak piękne i doskonałe. Nie próbował Banach dotknąć nawet, a za nim inni krytycy, przedziwnej, szokującej, obecności w tych szafach takich zjaw wszechludzko głośnych, jak Lenin, Stalin, Gandhi, Dzierżyński, Marks i Engels: cóż z tym począć niby skoro owo fatalne zauroczenie artysty poczęło się w nim samym w wielkiej chwili wlotu, gdy ilustrując dla „Motorów” sceny egzekucji pochodu robotniczego (a były takie zajścia w 1936 r. w Krakowie i Lwowie) rysował umierającego na bruku Cypriana Fałna w pocałunku z towarzyszką Ursą, której „zapalczywe młode wargi” i jędrne, obnażone piersi są ostatnią jawą jego życia... Eros i Wielka Utopia splotły się wtenczas w nierozłączności w jaźni rysownika i trwały w nim aż do kresu gdy umarła Utopia.
Dzieje tego fatalnego zauroczenia będą długo jeszcze naczelnym tematem epoki, dziwić więc musi uparte selekcjonowanie faktów, które wielowymiarową postać artysty sprowadza do prymitywnego szablonu: oto niezmiernie egzaltowany adorator erotycznych słodyczy, piewca wielookich idealnie pięknych zjaw, Stefan Żechowski, swawolił niekiedy pastelowo i ołówkowo na tematy – pfe! Jakichś tam Dzierżyńskich, Leninów i Stalinów – Apage! Nie mógł przecież traktować serio tych aberracji komunistycznych twórca tak delikatnej struktury, obdarzony wrażliwością archanielską, twórca rysunków przenikniętych kultem Brata Alberta, Gandhiego, Chrystusa opluwanego przez tłum, ale także Ludwika Waryńskiego konającego w twierdzy Szlisselburga! Nie mógł? A może jednak – musiał? Nie potrafił inaczej. Żył w bolesnym rozdwojeniu, miażdżony trybami okrutnej epoki.

Udawajmy, że tego nie było
Szok jakiego doznałem, wchodząc między tłumnie zwiedzających w dniu otwarcia kieleckiej wystawy, był ten właśnie: nie dowie się raz jeszcze ciekawy współczesny, jakim to kołem Historii łamany bywał artysta polski w drugiej i trzeciej ćwierci XX wieku! W katalogu wystawy (o dziwo! pierwszy barwny katalog prac Żechowskiego!) eksponującym wszystkie 87 wystawione dzieła, ponad połowę (48) stanowią pastele z lat siedemdziesiątych, w podejrzanym „estman kolorze” - jak zwykłem zgryźliwie Żechowi docinać, gdy powrócił w 1974 r. z Nowego Jorku (bawił tam na zaproszenie Fundacji Kościuszkowskiej) zarażony owym filmowo-telewizyjno-reklamowym olśnieniem, które tak się podobało jego polonijnej klienteli, że mógł sobie pozwolić wreszcie, z honorariów za te „Słodkie śliczności” malowane tam od metra... zainstalować klozet i wannę w swej chałupinie w Książu Wielkim. Coś przecież obstalowali jeszcze i krajowi klienci, bo z pośmiertnego depozytu dało się teraz wybrać te 48 obrazów dla barwnej reprodukcji.
Mnie, znającemu dziewięćdziesiąt procent wszystkich dzieł, jakie Żechowski stworzył (nie liczę tych, jakie spłonęły w pożarze 1953 r.) załamuje i przygnębia ta szalona dysproporcja, jaką wystawa w Kielcach dramatycznie podkreśla: zarówno w treści, jak i w plastycznym wyrazie, w okazach rysowniczego kunsztu jak i w skali użytych środków, widzę tu ledwie okruch wielkiego dzieła jakie Pustelnik po sobie zostawił. Kto nie wierzy niechaj rozejrzy się w czarno-białej głównie ołówkowej, ekspozycji prac datowanych wcześniej, w latach trzydziestych i czterdziestych, gdy artystę nękały demony gotowe zawładnąć światem: Planeta Ziemia staje się wylęgarnią faszyzmu i wojny, antropoidzi ponad globem walczą ze sobą na śmierć i życie, Lenin z twarzą Azjaty, niby zły dżin, wyłania się z piasków i wlecze za sobą dzikie mrowie, bezsilny Święty Franciszek odwraca się od lwa, który pożera zdobycz, gdzie postać Złego towarzyszy Ukrzyżowanemu szepcąc coś do ucha Zbawiciela, a wypasieni słudzy boży obnoszą krzyże niby kołatki. „Moja wiara to spór nieustanny z samym Stwórcą: czemu z Jego przyzwolenia istnieje Zło i czemu Dobro takie słabe...”? - to jego wyznanie przeniosłem na karty księgi-biografii, która się wciąż nie wydaje („Stefan Żechowski – życie i dzieło”: blisko 200 stron druku i kilkaset reprodukcji dzieł nieznanych), a w księdze tej wszystko co jest potrzebne dla zrozumienia dramatu artysty ze skrzydła polskiej lewicy. Strzelisty akt wstąpienia do PPR, by w ręku mieć mandat na ratowanie zagrożonych reformą rolną dóbr ziemiańskiej kultury: a za ten mandat była kula w łeb z ręki podziemia. Ucieczka do Zabrza, a tam ciągłe waśnie z partyjnym betonem, bojkot jego twórczości, odejście w samotność. Brukselska wystawa w 1964 r. za sprawą Eli i Andrzeja Banachów, zachwyt Peuverta paryskiego wydawcy encyklopedii sztuki erotycznej, tom siedemnasty z rysunkami Żecha, okładka z jego rysunkiem i znowu... zagadkowe odejście go pustelni. „Odejść w taką ciszę, w prawdziwą i mimo wszystko osiągalną samotność, związaną choćby z biedą największą, która nie trwożyła mnie nigdy. W taki stan, kiedy nic już nie może być ciosem...” - słowa te zamieścił w pamiętniku, jaki udało mi się wyrwać z jego rąk i opublikować jeszcze za jego życia. („Na jawie” Wyd. Łódzkie 1981) wraz z plikiem 64 źle reprodukowanych rysunków. A jednak: w stanie wojennym cios dosięga go straszny: kiedy wraca od żony w Zabrzu do swego Książa Wielkiego, staje się świadkiem pobicia młodego człowieka przez zomowców, jego też dosięga cios pałki. Pisze do mnie, że umarła w nim ostatecznie nadzieja na socjalizm z ludzką twarzą... Objawia się właśnie wtedy ta śmiertelna choroba, którą braliśmy długo za skutek szoku. W książce odwróciłem kolejność mej opowieści o Żechowskim. „Śmierć artysty” wyprzedza część drugą, tj. „Narodziny”.

Grzeszna moja pamięć
Szczęśliwsi ode mnie ci wszyscy, którzy oglądają wystawę nie znając dramatu tego losu. Oglądają landrynkowo barwną rewię naiwnej kobiecej nagości. „Karol Marks opowiadający dzieciom bajki” czy jakiś „Edward Dembowski w Krakowie, 27 lutego 1946 r.”, to chyba żarcik n i zupełnie a propos, chwała Bogu, że znalazły się pieniądze na piękny katalog, że zacna Wdowa Marianna Żechowska podarowała Kielcom aż 45 z tych prac, jakie goszczą na wystawie.... Panie – Ewa Polit i Iwona Rajkowska, autorki omówień do katalogu, sprawując nadzór komisaryczny – obie mocno zagubione w kwestii, czy Żechowski wrósł aby z poziomu zaścianka, ale najszczerzej dumne z faktu, że kielecka go ziemia wydała, raptem poprosiły mnie o pokazanie w dniu otwarcia wystawy mego filmu „Pustelnik”, jaki w telewizji w 1976 roku nakręciłem (jedynego zresztą, jaki Żecha żywego ukazuje). Słyszę rzecz ogłuszającą Muzeum Narodowe daremnie prosiło o kopię filmu telewizję, wreszcie z telewizji odpowiedziano, że FILM ZOSTAŁ SKASOWANY!!! A nie chodzi tu o zapis elektroniczny łatwo się starzejący, lecz o pewną długowieczna taśmę celuloidową, filmową, w starym pojęciu... By film ten mógł ujrzeć światło ekranu w dekadzie gierkowskiej trzeba było przez pół roku przekonywać dyrekcję generalną (dyrektorem był wtedy Janusz R. znany reporter), by zechciano „tego erotomana, dziwaka” pokazać... uwarunkowano emisję nagraną wcześniej wypowiedzią dwóch znawców – Andrzeja Osęki i Szymona Kobylińskiego. Gdyby nie ich zgodne głosy podziwu wypełniające przez kwadrans studio – film mój nadal byłby „pułkownikiem”.
Wbrew czyjejś małpiej złośliwości do Kielc, przybyła ze mną kopia wideo, jaką zapobiegliwie w 1991 r. po wyrzuceniu mnie z telewizji tajnym sposobem uzyskałem. A jednak się kręci!
Tym razem nie gorszyłem nikogo w Kielcach moimi opowieściami o skandaliście Żechowskim – ilustratorze „Motorów”, o jego zapisaniu się do PPR, itd. Wystarczająco przykre wieści dotarły do Wdowy Marianny po otwarciu w 1994 r. w warszawskim Muzeum Karykatury wystawy – naprawdę świetnej! – rysunków satyrycznych Żechowskiego, które ja sam pomagałem wybrać, a zacnego pana Ferdynanda Ruszczyca, dyrektora, łatwo do mego wyboru przekonałem... byłoby wszystko w porządku, gdyby mnie nie poniosło wygłaszać do tłumu oracji na temat „artysty rozjechanego gąsienicami Historii”, więc i o tej reformie rolnej się rzekło, o portretach Stalina, Bieruta i Dzierżyńskiego... Słuchy o tym dotarły do Książa Wielkiego, Miechowa i Kielc. I mają za swoje. Gorzej: był na wystawie mój sponsor kapitalista, miłośnik Żechowskiego, sposobiący się do wydania mojej księgi o bujnym życiu Pustelnika... Gotowy, będący już na dyskietce mój traktat – powędrował nie do drukarni, a na moje biurko. Leży tu oczekując, aż znajdę nowego mecenasa.
Czas dla sztuki Żechowskiego, wierzę w to mocno, dopiero nadchodzi.

/stefan-zechowski/

„Gazeta Kielecka” (około l. 98’)
EWA ZIÓŁKOWSKA


- W 1943 roku przyjechałam do Książa z Dąbrowy Górniczej, a moja siostra mówi mi, wiesz co, poznałam takiego malarza. A ja na to, daj mi spokój, małoż to malarzy, bo myślałam, że chodzi o malarza pokojowego.
Z panią MARIANNĄ ŻECHOWSKĄ wspominamy jej zmarłego ponad 10 lat temu męża, STEFANA ŻECHOWSKIEGO. Wspominamy wśród jego obrazów, portretów pięknych skośnookich czarodziejek, zbyt pięknych i zbyt idealnych, a zarazem niebywale realistycznych, jak z kolorowego snu, w którym każdy szczegół pamięta się z obsesyjną dokładnością.
Kafka powiedział kiedyś, że do pisania potrzebna mu jest tak wielka samotność, że najchętniej zamknąłby się w piwnicy. Są tacy twórcy, ogromni samotnicy, zagłębieni we własny świat. I taki był z pewnością Stefan Żechowski z Książa Wielkiego. Jego wielka samotność spowodowała, że mimo wspaniałego, oryginalnego malarstwa - właściwie nie był znany. Czasem docierał do niego jakiś dziennikarz czy wielbiciel jego sztuki, ale niejednokrotnie zamykał przed nimi drzwi, nie chciał rozmawiać. Nie pragnął sławy, nie interesowały go pieniądze.
- Nie chciał sprzedawać swoich obrazów - mówi Marianna Żechowska. - Gdy zjawił się u niego kupiec, to z wielkim trudem pozbywał się obrazu, a potem malował jego replikę. To od niego nauczyłam się, że nie pociągają mnie pieniądze, żaden majątek. Jak dla niego, nie ma to dla mnie większego znaczenia. A on chciał tylko pracować, tylko to naprawdę go interesowało. Gdy nie miał na czym malować sięgał po wszystko, co wpadło mu pod rękę. Kiedyś było to pudełko po proszku do prania.
Samotność, perfekcjonizm, idealizm. Chyba w tych trzech słowach streszcza się istota pracy Stefana Żechowskiego. Wiara w idee spowodowała jego związek przed wojną ze Szczepem Rogate Serce, grupą twórców, której głównym ideologiem był Stanisław Szukalski. Jednak ideologia tej grupy, coraz bardziej skłaniająca się do faszyzmu, zraziła raz na zawsze artystę.
Znajomość z Emilem Zegadłowiczem i Wandą Wasilewską wciągnęły Stefana Żechowskiego w kolejną przygodę złudnej idei - komunizm. Rozczarowanie było jeszcze bardziej gorzkie. Gdy zobaczył prawdziwą twarz tego ustroju, dowiedział się o jego zbrodniach, popełnionych u zarania, uderzyło to w niego tak strasznie, że już nigdy nie mógł się przekonać do tej rzeczywistości pod żadną postacią. Odszedł, zamknął się, wybrał samotność artysty.
Idealizm Stefana Żechowskiego, jego dążenie do niebywałej perfekcji - perfekcji pięknej modelki i perfekcji rysunku, jest szczególnie widoczny w jego twórczości z lat 70. i późniejszych. Wcześniej w jego twórczości odbijały się prądy ekspresjonizmu i symbolizmu, powstało wiele prac pod wrażeniem dzieł literackich.
Żechowski był wielbicielem Dostojewskiego, Edgara Poe, Mickiewicza, Leśmiana. Namalował wspaniałe ilustracje do „Motorów” Zegadłowicza, niestety, powieść ta, ze względu na nieobyczajność, skonfiskowana została przez przedwojenną cenzurę i zachowały się tylko nieliczne egzemplarze tamtego wydania. Nigdy już potem nie wydano jej z ilustracjami Żechowskiego.
Malował wspaniałe realistyczne portrety znanych historycznych postaci i nieliczne obrazy olejne. Oleje te, jak np. „Chopin i Mickiewicz” lub „Słowacki i Mickiewicz”, zbudowane są z kontrastów światła i cienia, harmonijnych, ciepłych kolorów. Właściwie wygląda prawie tak, jakby użył do nich pasteli - materiału malarskiego najbardziej preferowanego przez niego w ostatnich 20 latach życia.
Dzięki twórczości o tematyce erotycznej budził coraz większe zainteresowanie i fascynację tych, którym udało się do artysty dotrzeć. Na okładce encyklopedii sztuki erotycznej „L’amour sensuel”, wydanej w Paryżu znalazł się rysunek malarza z Książa Wielkiego.
Patrzę na portret młodej kobiety - ładna twarz, trochę pusta, trochę arogancka. To jeden z nielicznych portretów, jakie Stefan Żechowski namalował na zamówienie. Namalował go przewrotnie, dał do zrozumienia, że zlecony temat niewiele go interesuje, a prawdziwy obraz - umieścił w tle. A w tle obrazu tęcza, piękna dziewczyna z gwiazdą błyszczącą we włosach i kochanek, wyciągający po nią ręce - płyną, ulatują.
Miłość jest obsesyjna, prawdziwa sztuka też. I dlatego Żechowski malował ciągle tę samą kobietę, a jeśli inną, to ją idealizował, nadawał jej rysy tamtej, tamtej oczy, tamtej usta. Czy była, czy istniała? Nie odgrzebujmy tajemnic zmarłego artysty. Bo jakie to wreszcie ma znaczenie? Malował ją przecież tak, jak maluje się senne marzenie. Unosiła się w objęciach kochanka, a na błękitnym niebie świeciła gwiazda, wisiał księżyc, a u stóp zakwitał kwiat paproci. Jak w baśni, jak we śnie. Piękność Żechowskiego potrafiła też być władcza i demoniczna, a igraszką w jej rękach była malutka postać mężczyzny.
Niebywała jest perfekcyjność rysunku Żechowskiego. Aby doprowadzić do dokładnego rozpylenia pigmentów, wydobyć światło, rozcierał pastele palcami.
Stefan Żechowski nie mówił, nie chciał mówić - rysował. Każdego wieczoru wychodził nad stawy w Książu i patrzył, jak księżyc przegląda się w wodzie. Nie mógł wytrzymać w dużym mieście, nie znosił jego zgiełku, zanieczyszczenia. Po ślubie z Marianną przeprowadził się do Zabrza, ale nie wytrzymał tam długo. Dusił się, chorował na serce. Sąsiedzi tupali na górze, grało radio, gdzież tu miejsce na samotność artysty. Wrócił do Książa. W ciszy małego miasteczka żył ze swoimi wizjami, zamykał drzwi przed intruzami.
Twórczość Stefana Żechowskiego jest bardzo specyficzna, tkwi w całkiem innej epoce, nie ulega żadnym współczesnym modom i prądom. Być może dlatego nie zawsze była doceniana, nie zawsze poznawali się na niej historycy sztuki. Zlekceważyła go kiedyś kompletnie jedna z pracownic Muzeum Narodowego w Kielcach. Jednak ostatnio kieleckie muzeum zakupiło kolekcję obrazów artysty z Książa. Natomiast Stefan Żechowski nie doczekał się nigdy pośmiertnej wystawy monograficznej.
- Taka wystawa, jak i rzetelna dokumentacja kilkuset obrazów Żechowskiego, jest bardzo potrzebna - mówi dyrektor kieleckiego BWA Marian Rumin. - Powinien jej towarzyszyć, zamiast katalogu, album jego obrazów. Jestem przekonany, że ten album miałby ogromne powodzenie. Ale na takie wydawnictwo brakuje nam środków. Zwracaliśmy się o pomoc finansową do wojewody kieleckiego, Ministerstwa Kultury i Sztuki, innych galerii, do których moglibyśmy przenieść ekspozycję, banków. Jak dotąd, nasze zabiegi nie przyniosły żadnych rezultatów.
Artysta z Książa wybrał za życia samotność i zapomnienie. Czy to zapomnienie będzie ciążyć nad jego twórczością również po śmierci?

STEFAN ŻECHOWSKI. RYSUNEK I MALARSTWO

KATALOG, 1996
MUZEUM MIEJSKIE W ZABRZU

Jadwiga Pawlas-Kos
Piszący o Stefanie Żechowskim rozpoczynają często swoje dywagacje uwagą, iż jest on artystą właściwie zapoznanym, nie istniejącym w szerszej świadomości społecznej, nie mającym określonego miejsca w historii sztuki polskiej. Powtarza się zwłaszcza konstatacje wiążące to zapoznanie z faktem przedwojennej (1938) konfiskaty „Motorów” - zilustrowanej przez Żechowskiego skandalizującej powieści Emila Zegadłowicza.
Ilustracje są znakomite i - być może - druk „Motorów” z reprodukcjami rzeczywiście spopularyzowałby i w jakimś stopniu sztukę artysty, przyniósłby mu rozgłos. Czy jednak słusznym jest takie postrzeganie i próby charakteryzowania „mistrza rysunku” jako przede wszystkim ilustratora?
Twórczość Stefana Żechowskiego, jej proweniencje, skala jego talentu - były i są zjawiskiem wielce kłopotliwym dla krytyki; trudnym do jednoznacznych rozstrzygnięć i klasyfikacji. Artysta wypowiada się w sposób, który na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo osobisty, subiektywny, wymagający od widza swego rodzaju gotowości włączenia się do poetyckiej gry jego wyobraźni. A ona wydaje się dziś tak bardzo anachroniczna, tak jawnie odbiegająca od wszystkiego, co działo się w sztuce ostatnich dziesiątków lat! Nie jest to twórczość jednorodna; jej rodowód ma oczywiste powiązania z młodopolskim symbolizmem, a wcześniej jeszcze - romantyzmem grottgerowskim. To nie wszystko - sam artysta naprowadza nas na trop rozlicznych „powinowactw”, wymieniając w swym pamiętniku („Na jawie”, 1981) Pruszkowskiego, Chełmońskiego, Böcklina, Ropsa, wreszcie Szukalskiego… A przecież jest ta sztuka zjawiskiem wyjątkowym i całkowicie „osobnym”; pomimo wszelkich obcych naleciałości, nie sposób nie dostrzec w niej silnej indywidualności: oryginalności wyobraźni, niepowtarzalnej wizyjności i fantastyki, niezwykłych surrealistycznych czy onirycznych klimatów.
Sam Żechowski intrygował przez lata niewytłumaczalnym samotniczym żywotem odludka zapodzianego gdzieś na prowincji (por. „Nota biograficzna”) z dala od wszystkiego, co dla artysty może być ważne; zwłaszcza ożywczej bliskości tętna artystycznego życia. Oczywiście konsekwencją ucieczki od świata, odsunięcia się od „szumu i zgiełku agory” bywa zwykle (i w tym przypadku tak było) nieistnienie na artystowskich giełdach i rankingach, a także w społecznej świadomości.
Także sama forma, - tradycyjna czy nawet anachroniczna konwencja, w jakiej tworzył - w warunkach wszechwładnego panowania czy nawet terroru awangardyzmu - odsunęła go poza nawias oficjalnie uznawanych nurtów artystycznego życia.
Poniższe rozważania i refleksje dotyczą kilku zaledwie wybranych aspektów bogatej problematyki twórczości Żechowskiego. To jakby rzucenie światła i przybliżenie paru odrębnych zupełnie, choć jednakowo intrygujących „oblicz” oryginalnego artysty. W dużym stopniu omawiana problematyka pokrywa się z tematyką prac Stefana Żechowskiego znajdujących się w zbiorach Muzeum.
W młodzieńczej twórczości Stefana Żechowskiego (pocz. lat trzydziestych) szczególnie intrygujące wydają się symbolistyczno-wizjonerskie kompozycje o wyraźnie młodopolskich inspiracjach. Są stosunkowo mało znane; zaskakują - bo wydają się anachroniczne, dotyczące spraw i klimatów dawno już przebrzmiałych (nawet w momencie ich powstania Żechowski był „pogrobowcem” małopolskiej uczuciowości i stylistyki, u jego współczesnych już dawno zarzuconych). Wiele wyjaśnić tu mogą cechy umysłu i osobowości skłaniające artystę ku symbolizmowi, mistyce, wizjonerstwu. Oczywiście kluczem do warstwy obrazowej tych kompozycji jest modernistyczna sztuka (Malczewski) i literatura (Przybyszewski, Miciński, Tetmajer). Tematyka - charakterystyczna dla młodopolskich fascynacji: sztuka, artysta, męka tworzenia, natchnienie, samotność wybitnej jednostki, miłość, kobieta (we wszelkich wcieleniach), śmierć, Chrystus, Szatan. Cechą obrazowania jest tu konglomerat wątków i motywów, a także postaci - biblijnych czy mitologicznych. Najistotniejszy jest jednak nastrój - on właściwie „roztapia” tematy. Tak więc nostalgiczne, oniryczne pejzaże w tych kompozycjach nie są po to, aby dawać widzowi iluzję wycinka rzeczywistości, ale po to, by tworzyć nastrój. Przenoszą w świat wizyjny: czasem jest to otwarta przestrzeń łąk i bladych gajów na horyzoncie, czasem jakieś opustoszałe ugory jałowej ziemi, wreszcie - labirynty, otchłanie, przestworza Kosmosu (?). Powtarzają się niektóre ich elementy: np. majaczące na horyzoncie wątłe zagajniki, wiotkie pnącza i dziwne rośliny, lustra wody odbijające światło księżyca, znikające na wodzie kręgi… Te oniryczne krajobrazy zaludniają fantastyczne postaci - najczęściej blade, wiotkie, „znikliwe”. Przychodzi na myśl twórczość Jacka Malczewskiego - czołowego polskiego symbolisty (jedna z plansz jest mu dedykowana): tak, jak tam i u Żechowskiego roi się od stworów mitycznych i fantastycznych zjaw: chimer, uskrzydlonych herosów, koźlonogich faunów i nimf.
Szczególnie bliska wydaje się być Żechowskiemu tematyka związana z młodopolskim postrzeganiem problemów sztuki i twórczości w życiu człowieka. Powraca motyw artysty, jednostki wybitnej, wyobcowanej i przeciwstawionej tłumowi („Zagasłe słońce”, „Szydercy”), buntującej się przeciw wszelkim ograniczeniom (np. uskrzydlony heros, miotający się u kraty więziennej w kompozycji „Daremny sprzeciw”). Artysta Żechowskiego ma z pewnością poczucie wyższości nad przeciętnym tłumem, ale jednocześnie świadomość izolacji go unieszczęśliwia; jest to bolesna samotność, którą młodopolscy cierpiętnicy określali „więzieniem z odwróconych pleców”. Sama twórczość artystyczna jest również u Żechowskiego tematem symbolicznej interpretacji: motyw natchnienia, wysiłku twórczego, twórczej niemocy… Jedna z prac pt. „Poskromienie fantazji”, przywodząca na myśl rysunki Edwarda Okunia w młodopolskiej „Chimerze” (natchnienie symbolizuje tam coś tak ulotnego, jak księżycowa poświata na wodzie) pokazuje natchnionego młodzieńca usiłującego spętać skrzydła wyrywającej się „fantazji” - anioła.
W wielu kompozycjach z tego okresu przywołuje Żechowski postać Chrystusa; w bardzo szczególnym jednak ujęciu, nawiązującym do wizerunku Boga młodopolskiego. Nie jest to budzący grozę Jahwe, lecz Bóg po ludzku ubogi, cierpiący i kruchy, wydany na „kuszenie” ciemnych mocy. Jest bezsilny wobec Zła, więc tylko solidarny z losem cierpiącej ludzkości, śmiertelnie smutny i samotny. Chrystus - to jakby bosko-kosmiczny człowiek, bezradny wobec świata, a w szczególności wobec tragedii człowieczego losu. Nie czuje się panem swojego stworzenia (przychodzi tu na myśl wyznanie Leśmianowego Boga: „świat mój mija się ze mną!”). Motyw daremnej ofiary powraca w przejmujących wizjach rozkrzyżowanego na globie ziemskim Chrystusa - człowieka „kuszonego” przez odrażającą larwę (Żechowski opisuje tę wizję w pamiętniku jako własny sen.)
Stefan Żechowski tworzy swoje fantastyczne wizje najczęściej przy pomocy zwykłego ołówka (kredki, węgla) - rysunek jest najwłaściwszą dlań formą wypowiedzi. Oczywiście rysunek nie jako szkic (pierwszy zapis, wstępne stadium), ale jako w pełni sformułowane, „wykończone”, autonomiczne dzieło. Rysunek Żechowskiego jest jednak szczególny; ponieważ artyście właściwy jest malarski sposób widzenia, tzn. operowanie w większym stopniu walorem plastycznym niż ekspresją kreski, więc też jego rysunek nie jest graficzny (bez dominacji konturu, swobodnego zarysu), lecz światłocieniowy, malarski, czy nawet rzeźbiarski. Cechuje Żechowskiego ogromna skrupulatność w różnicowaniu walorowym; brak koloru w kompozycjach z powodzeniem zastępuje światłocień; operowanie szeroką gamą szarości (miękkie malarskie przejścia tonalne uzyskuje Żechowski przez zacieranie śladów szrafowania). Obok łagodnych jej gradacji stosuje też artysta gwałtowne kontrasty światłocieniowe; takie dramatyczne spięcia jasności (świetlistej, czasem jakby fosforyzującej bieli) i gęstego mroku ewokują określony nastrój - wizyjności, tajemniczości, grozy. Źródło światła w tych kompozycjach nie zawsze jest wiadome: czasem rozcina (jak błysk reflektora) mrok wąskim, ostrym snopem, czasem tworzy w nim „kałuże jasności”. Tak wiele dzieje się tu między mrokiem a światłem; światło może sugerować określoną aurę emocjonalną; bywa zimne, „okrutne”, „kliniczne” gdy wydobywa z mroku sztywne kadłuby wisielców (w „Powieszonych” z cyklu „Wojna”), innym razem miękko i kojąco modeluje nagie ciała z sennego marzenia. Przy stosunkowo wąskiej skali szarości ołówka potrafi Żechowski sugestywnie oddać migotliwość, przesiewanie się światła, np. przez listowie czy też przezroczystość wody, fale i kręgi na powierzchni stawu. Niezmienna jest tu pedantyczna i sumienna precyzja w rysunku detali (zwłaszcza w rysunkach okresu przedwojennego).
Pracowite doświadczenie warsztatowe: perspektywiczne i światłocieniowe, pozwoliły artyście osiągnąć doskonałą iluzję trójwymiarowości; wydobywane formy zdają się być niemal dotykalne. Rezygnacja z koloru może być tu uznana jedynie za cnotę powściągliwości (skoro i bez niego uzyskuje się pełnię wyrazu). Żechowski - sam nazywany „mistrzem światłocienia”, wskazuje w swoim pamiętniku tych, od których się uczył: Rembrandt, Grottger, Malczewski…
Dlaczego Żechowski wybrał tę skromną technikę jako niemal wyłączną formę swej twórczości? Z jednej strony jest to wybór związany w jakiś sposób z kierunkiem „mistrza” - Szukalskiego, który preferował jako formę wypowiedzi właśnie rysunek (pamięciowy!); wszyscy jego uczniowie - w różnym z resztą stopniu - przyswoili sobie umiejętność starannego i precyzyjnego rysunku. Sam Żechowski doceniał tę podstawową umiejętność artysty. „Każdy rysownik i malarz, jak również każdy wrażliwy odbiorca, od jednego spojrzenia pozna mistrza po tym, w jakim stopniu zgłębił sztukę rysunku, a nade wszystko rysunku ludzkiego ciała, bo ciało człowieka jest tym rodzajem kształtu, który w sztuce stanowi niezawodny sprawdzian talentu, umiejętności i wiedzy artysty”. - pisał („Na jawie”, s. 85).
Jednak można by tu wskazać inne, psychologiczne niejako predyspozycje. Rysunek ma z pewnością charakter wypowiedzi bardzo osobistej, kameralnej, bezpośredniej, może najbliższej zamkniętemu światu prywatnych refleksji. Może więc odpowiadać artyście wrażliwemu, o silnej potrzebie prywatności i intymności. Z kolei - z punktu widzenia odbiorcy - jest rysunek wypowiedzią najbardziej „prawdomówną”, tzn. ujawniającą w najwyższym stopniu indywidualność artysty; rodzaj temperamentu, wrażliwości. Dzięki elementarnej prostocie techniki rysunku (tzn. bezpośredniości przełożenia wizji na jej materializację) każdy impuls emocji, zmiany nastroju czy myśli zostawia ślad zarejestrowany samorzutnie na papierze.
Dla wielbicieli czy może tylko zwolenników rysunku istotna i pociągająca jest jego jednorazowość; w dzisiejszej kulturze wizualnej zdominowanej przez obraz powielany i wtórny, może on zaspokajać naturalną w tych warunkach tęsknotę za unikatem.
Najwięcej zwolenników ma Stefan Żechowski jako piewca zmysłowej urody kobiecej. Kobieta jest częstym obiektem jego estetycznej delektacji: motyw kobiecego aktu powtarza się w dziesiątkach kompozycji narracyjno-metaforycznych i symbolicznych, w ilustracjach do dzieł tzw. wielkiej literatury, wreszcie w „Erotykach” z ostatniego okresu życia artysty. Jaka jest więc ta kobieta z marzeń Stefana Żechowskiego?
Jest oczywiście zachwycająca, idealna, bez skazy. Przy sugestywnym oddaniu cielesności ponętnego kobiecego kształtu i jego zmysłowości, daremnie by tu szukać jakichś indywidualnych cech. Artysta nie pokazuje „prawdziwych” kobiet, nie portretuje żadnej, która miałaby jakieś odniesienia do rzeczywistości. Z upodobaniem rysuje pewien stereotyp, typ kobiety wyposażonej w sumę wszystkich cech uważanych zwykle za ponętne i wdzięczne. Nieodmiennie smukła, o wiotkiej kibici i wąskiej talii, ale krągłych piersiach, o ogromnych marzących oczach z firanką rzęs, bujnych, jasnych włosach. Niesłuszne byłoby wytykanie Żechowskiemu ewentualnych błędów anatomicznych „jego kobiet” - wszelkie przerysowania czy nawet deformacje mają służyć jedynie ich idealizacji. Artysta jakby delektuje się płynnością falistych konturów ich ciał, jakby zmysłowo wyczuwa giętkość linii…
W scenach erotycznych (niezbyt drastycznych) partnerami tych zachwycających istot są chłopięcy kochankowie (rzadziej fauny). Powtarza się typ młodzieńca z pożądliwie wyciągniętymi ku kobiecie-zjawisku ramionami; chcącego pochwycić swe marzenie - o miłości bezgranicznie hojnej, bezinteresownej…
Powtarzają się także - w najrozmaitszych ujęciach - ekstatyczne wyobrażenia splecionych w miłosnym uścisku ciał, wiotkich dziewczęcych kibici omdlewających w ramionach kochanków. Te wizje będące jakby „plastyczną legendą erotycznych snów” są poza czasem, dzieją się w jakiejś mitycznej czasoprzestrzeni - scenerii Kosmosu? ogrodów miłości? wysp szczęśliwych? - nietkniętej przez powszedniość i trywialność życia. Czysta zmysłowość łączy się tu z idealizmem młodopolskiego poetyckiego nastroju, czasem - surrealistycznym klimatem sennych halucynacji.
Obok kobiety idealnej - obiektu tkliwej adoracji, wręcz kultu, pojawia się w nich także kobieta-demon, fatalna dla mężczyzny, niosąca mu cierpienie i zagładę (echa „przybyszewszczyzny”).
Wyobraźnia Żechowskiego dokonała aktu mitologizacji kobiety. I niemal do końca życia ten samotnik zachował romantyczny i młodzieńczy entuzjazm dla piękności jej ciała i dobrodziejstwa miłości; jakby stałe odniesienia do chłopięcej inicjacji.
Późne erotyki Żechowskiego - z lat siedemdziesiątych - są już jednak inne, jakby zabrakło im świeżości; ubożeją środki ekspresji, następuje rodzaj ikonograficznego skostnienia. Uporczywe powtarzanie wciąż tego samego typu kobiety (teraz jakby skarykaturyzowanej) i schematów kompozycyjnych doprowadziło go na skraj niedobrej, męczącej (dla widza) maniery. „Erotyki”, malowane teraz pastelami, w cukierkowej, różowobłękitnej tonacji pozostawiają wrażenie natrętnej słodyczy, teatralności i sztuczności.
W latach 1945-1946 tworzy Żechowski cykl rysunkowych (kredka) kompozycji pt. „Wojna”; wielu artystów (Wróblewski, Linke, Szajna, Stern) odczuwało wówczas potrzebę artystycznego „rozprawienia się” z tym tematem. Sceny pokazane na poszczególnych kartonach, tj. „Jeńcy”, „Matka i syn”, „Walka”, „Powieszeni” w przejmujący sposób przybliżają realia wojny - świat sponiewieranego przez barbarzyńcę człowieczeństwa. Żechowski nie wywiódł tych wstrząsających obrazów z własnych przeżyć, nie przedstawiają one też ścisłych historycznie i jednostkowo wydarzeń - artysta raczej uogólnia i typizuje wojnę. Wojenna Pieta - matka (klęcząca w śniegu) rozpaczająca nad zesztywniałym ciałem zabitego syna; korowód zagłodzonych jeńców wpatrzonych w widza ogromnymi, chorobliwie błyszczącymi oczami; upiorna zbiorowa szubienica z rzędem nagich powieszonych ciał - to sytuacje i obrazy składające się na „okropności” każdej wojny. Martyrologiczny cykl Żechowskiego jest potępieniem nie tych pojedynczych epizodów historycznego bestialstwa; jest oskarżeniem wojny w ogóle; jako zła - patologicznego, monstrualnego, przynoszącego cierpienie milionom. Twórca nie stara się epatować widza apokaliptycznymi wizjami wojennej zagłady: „morzem krwi” (B. Linke) i ruin, łunami pożarów, zgiełkiem pól bitewnych. Jego „wojna” opowiedziana jest bardziej kameralnie; też ekspresyjnie, ale zarazem lirycznie, dominuje tu elegijny ton żałoby i cierpienia. Cykl tych kompozycji - dzięki walorom obrazowania i niesamowitej, posępnej aurze - stanowi sugestywne memento-przypomnienie tej w istocie nieludzkiej rzeczywistości.
W zbiorach Muzeum znalazły się przed paroma laty nieaktualne czyli „ideologicznie nieprzydatne” portrety komunistycznych patronów zabrzańskich szkół. Wszystkie są autorstwa Stefana Żechowskiego; - mogą stanowić doskonały przykład socrealistycznego malarstwa portretowego.
Dla wielu, często wybitnych artystów, socrealizm był epizodem w ich twórczej biografii, skwapliwie porzuconym i zapomnianym, gdy już przy końcu lat 50-tych „wolno” było poszukiwać własnych środków ekspresji. Pozostawiał - być może - skazę - niezmywalny osad; dla niejednego wybór tej konwencji był dramatyczny i bolesny. Czy dla Żechowskiego również? Jak wiadomo, jeszcze przed wojną, w Gorzeniu (1936-1937) zbliżył się do grona lewicującej czy nawet komunizującej młodzieży skupionej wokół Emila Zegadłowicza; niektóre fragmenty pamiętnika „Na jawie” dowodzą, iż zachował te sympatie - po wojnie był autentycznie „zaangażowany”. Malował wówczas - ale także wiele lat później - liczne portrety politycznych działaczy i inne kompozycje w rodzaju „Nowe zwycięża”, „Sojusz”. Wiele z nich było oczywiście masową „produkcją dla chleba” (Żechowski pisze o tym w pamiętniku).
W okresie socrealizmu właśnie twórczość portretowa uległa znacznemu ożywieniu. Istniał mecenat (najczęściej bezosobowy, instytucjonalny) z różnych powodów zainteresowany utrwalaniem wizerunków „demiurgów nowego ładu”. Tyle, że te portrety były na ogół dziwnie bezosobowe, jakby nie przedstawiały konkretnych ludzi, a jedynie wzorce, idole. Ówczesna sztuka (zobowiązana do kształtowania stereotypów zbiorowej wyobraźni) programowo „gubiła” indywidualność „odwzorowanych” ludzi, by wydobywać ich typowość. Dziś te soc-portrety, zgromadzone w jednym miejscu, tworzą osobliwą galerię: wszędzie te same heroiczne pozy, monumentalizm, martwota i sztywność sylwetek, „blaszane” potraktowanie strojów… jest wśród nich Wincenty Pstrowski - najczęściej portretowany robotnik polski (nie do pominięcia w obowiązkowym temacie etosu socjalistycznej pracy). Silny „rzeźbiarski” modelunek światłocieniowy, ekspresyjne wyeksponowanie zmonumentalizowanych „robociarskich” dłoni na kilofie, wąska gama (ciemnych) barw wyróżniają go w jakiś sposób od reszty. Na ogół bowiem sztampa i płytkość rozwiązań kolorystycznych upodabniają te portrety do źle podkolorowanych fotografii. Wykonywane na zamówienie, nie zaspokajały z pewnością ambicji estetyczno-artystycznych autora, służyły po prostu określonej propagandowej narracji.

MIĘDZY TERAZ A POTEM

„HEKSIS”, 1/1998 (14), str. 71-76
Olga Wójcik

(…) lodowate osamotnienie duszy mej
zmęczonej koszmarem tej ziemi
Stefan Żechowski

Szkic ten chciałabym poświęcić rysunkom Stefana Żechowskiego (1912-1984), które oglądałam tego lata w galerii BWA2 w Zamościu, wezmę też pod uwagę prace zamieszczone w pamiętniku artysty.
Patrząc na rysunki Stefana Żechowskiego, miałam wrażenie, że wszystko co się na nich dzieje roztapia się w (…) księżyca blasku3. Prace w tytule których pojawia się słowo sen, np. Sen - erotyk, Sen o księgach, Koszmarny sen - zmora, Sen - Dziewczyna z łupiną orzecha emanują światłem lunarnym, ale na tym nie koniec. Weźmy pod uwagę liczne portrety. Postacie oświetla tajemnicze światło - księżyca, wszak za sylwetkami majaczy ciemne, czarne, nie raz szare, rozmyte tło, które nasuwa skojarzenie z nocą. Czasem pojawiają się na nim rozbłyski malusieńkie. Gwiazdy? Rysunki ze swoim tajemniczym nastrojem wciągają obserwatora w świat pełen niepokoju, niejednoznaczności, grozy, wreszcie szmerów i szeptów. Człowiek w takiej przestrzeni czuje się często niepewnie, obco i może bardziej niż gdzie indziej odczuć (…) lodowate osamotnienie duszy4. W przestrzeni jak ze snu, w krainie nieważkości5 człowiek traci punkty oparcia, bardziej naraża się na niebezpieczeństwo, bardziej odczuwa ciężar istnienia. Bohaterowie Żechowskiego bardziej śnią koszmary niż lekkie, przyjemne sny. Nawet gdy widzimy kochanków pogrążonych w miłosnej ekstazie, wyczuwamy chłód bijący od ich ciał. Są zimni w dotyku jak porcelanowe lalki. Żechowski pokazuje przede wszystkim zmaganie człowieka ze światem, z drugim człowiekiem i z sobą samym.
O Żechowskim czytamy: (…) wszystkie niemal dramaty i rozterki będącego udziałem rozegrały się nie tyle na zewnętrznej scenie życia, ile w nim samym, spotęgowane do zenitu ową chorobliwą nadwrażliwością6. Artysta pokazuje człowieka zmagającego się ze złem. Warto przyjrzeć się portretom, na których postacie w bezruchu borykają się ze swoim wewnętrznym światem myśli. Dramat rozgrywa się we wnętrzu człowieka; z wyrazu twarzy możemy często domyślić się o co chodzi…
Andrzej Osęka napisał, że autor rysunków stosuje pomniejszenia i powiększenia. Nie ma pośrednich bytów, nie ma pośrednich emocji. Albo coś przeżywa intensywnie, albo wcale. Albo coś jest piękne, albo ohydne. Wewnętrzna wibracja emocjonalna (…) towarzyszyć musi każdej konfrontacji z niewyobrażalnie groźnym światem zewnętrznym, którego ogarnąć nie sposób, nad którym zapanować nie można (…).7
W dalszej części pracy przyjrzę się twarzom postaci. To bardzo ważny temat.
Powiększając pewne fragmenty twarzy, rysując je z niewielkiej odległości, artysta stawiał pytanie: Co przeżywa człowiek w danej chwili? Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba walczyć o chwilę, bo ona taka jaką ją tworzymy wpisuje się do wieczności. Można by powiedzieć, że bohaterowie Żechowskiego (przede wszystkim ci z portretów) zmagając się z sobą wewnętrznie, walczą o tę chwilę. Trzeba zatem pisać o portretach - powiększeniach emocji, przeżyć, wewnętrznych napięć. Nie zapominajmy też o oszalałym świecie ruchu. O ekstatycznych gestach. O oszalałych ciałach, o ich różnych konfiguracjach. O potwornych cieniach i upiornych ruchach. O głosach natarczywych i rozkazujących… O zjawach, potworach, dusiołkach. Wreszcie o snach erotycznych, odurzeniu, oszołomieniu, o ilinx. Trzeba też wspomnieć o nieziemskim nastroju w znacznej mierze związanym z kobietą - sacrum.

TWARZ ZOBACZONA
Kuszenie Chrystusa, Natrętna myśl, Portret dziewczyny to rysunki przedstawiające ludzi, którzy utkwili spojrzenie dalej…, poza tym, co mogliby zobaczyć naprzeciwko siebie. Patrzą gdzieś tam, jakby chcieli przekroczyć próg otaczającego świata (por. Sonety Krymskie Mickiewicza). Pragną wyrwać się ze swojego wnętrza. To raczej odpływanie od siebie, to próba odbicia się od zygzakowatych myśli, które kłębią się w ich umysłach. Patrzą ku górze, ale… jak nazwać to spojrzenie? Nasuwa się pewne skojarzenie z wizerunkami świętych pogrążonych w ekstazie, tyle, że postacie Żechowskiego są bardziej ludzkie, a nie rozanielone, czy sentymentalne jak święci z obrazów. Spojrzenie postaci z rysunków jest raczej twarde, niż natchnione, raczej ostre i zbuntowane, niż miękkie i pokorne. Nie są to też błędne, ani rozmarzone oczy. To spojrzenie raczej zuchwałe i twarde.
Przyjrzyjmy się bliżej rysunkowi pt. Kuszenie Chrystusa. Chrystus - młodzieniec jest bardzo ludzki, ciekawy, pociągający; ma odepchnąć od siebie pokusy. Na jego twarzy maluje się uczucie… może wstrętu, odrazy, na pewno cierpienia. Jest też jakiś grymas: usta nieco wulgarne (ale bardziej szlachetne), lekko wykrzywione, bruzda - zmarszczka ciągnąca się po przekątnej od kącika warg ku górze. W jego oczach odnajdujemy nieludzki bezruch.
Kamienne spojrzenie. Bezruch, w którym twarz ma coś z wieczności. Bezruch równa się pewności, że będzie tak, jak powinno być. To twarz mężczyzny bardzo surowego dla siebie i wymagającego od siebie wiele. Czy wsłuchuje się w czyjś? Czyj głos? Odnoszę wrażenie, że pragnie przezwyciężyć głosy - pokusy i usłyszeć głos Prawdy. Pochylony do przodu i trochę w tył nie zwraca najmniejszej uwagi na maszkarę - pokusę opierającą łeb na jego ramieniu. A jednak wysiłek jest ogromny. Przede wszystkim widzimy człowieka przeżywającego pokusy, przeżywającego burzę - wewnętrzne napięcia i wstrząsy. Bardzo udręczonego, jak każdy człowiek, który nie chce przyjąć cierpienia. A jednocześnie ma pewność, że jest umiłowanym Synem. Ujrzeliśmy wiele sprzeczności i wielką prawdę. To bardzo ludzki Chrystus.
Postać z rysunku Natrętna myśl przypomina Chrystusa z poprzedniej pracy. Tyle, że twarz jest mniej widoczna (częściowo pogrążona w mroku). Znowu mamy bezruch, chociaż sama szyja wydaje się wykonywać ruch. To ruch - do przodu. Wyzwolić się, uciec.
Oczy nadnaturalnej wielkości, rozpłomienione, chore, spojrzenie skierowane ku górze. Potworek - małpa - usymbolizowana natrętna myśl - tak jak pokusa z poprzedniego obrazu wpija się w ciało; w ramię, kark, szyję, ucho. Coś szepce…
Świat, w którym żyją sportretowane postaci to świat wewnętrznych potyczek. Pokusy, złe myśli, koszmary świata - zaświata, nieustannie atakują człowieka. Gorzkie to wszystko, ale na szczęście nie widać rozpaczy na twarzy. Ten klimat wewnętrznych napięć nasuwa skojarzenie z przeżyciami bohatera wierszy Sępa Szarzyńskiego. On wiecznie walczy z pokusami tego świata.
Pisałem o spojrzeniu ku górze; nazwałbym je spojrzeniem metafizycznym, człowiek jakby zuchwale chce przekroczyć granicę rzeczywistości, jest też w tym spojrzeniu nadzieja, że tam (wyżej) znajduje się lepszy świat. Chciałabym na koniec wspomnieć o jeszcze jednym spojrzeniu. Rysunek ten nosi tytuł Spojrzenie. To próba oddania istoty ciepłego, życzliwego, aksamitnego spojrzenia. Ktoś na nas patrzy i staje się nam naraz bliski.
Widzimy oczy, zarys nosa i to wszystko. I tak wiele…

W KRAINIE OBŁĘDU. AŻ GŁOWA PĘKA

(…) zaczynało mnie nawiedzać
nieznane dotąd poczucie
życia jako niepojętego koszmaru,
bez treści i granic.8

U Żechowskiego nie ma miejsca na mini - sytuacje życia codziennego. Wszystko się dzieje w niezwykłej przestrzeni. Tajemnicze światła, cienie, częsty brak jakichkolwiek przedmiotów, czyli punktów odniesienia; tworzą barokowy nastrój niepokoju. Artysta często umieszcza człowieka w bezkresnej przestrzeni, w kosmosie (por. Blaise Pascal) wciągniętego w korkociąg, poddanego przesuwającym się falom powietrza. Żechowski zanotował: Niebo było dla mnie zawsze piękniejsze od ziemi, przez swój bezmiar, głębię i zmienną różnorodność (…)9. Na rysunkach Żechowskiego widzimy ludzi odurzonych lotem, bądź w ogóle powietrzem nieziemskim, co powoduje, że są pogrążeni w stanie oszołomienia. Huśtawka, Karuzela, Sen - erotyk, Koszmarny sen - to tytuły rysunków, na których człowiek bawi się, aby wywołać w sobie samym, poprzez ruch obrotowy, lub ruch opadania, ograniczony stan oszołomienia (por. Huśtawka, Karuzela) lub dostaje zawrotów głowy, ponieważ omamiają go zjawy, potwory, ponętne kobiety. Na rysunkach pt. Sen - erotyk i Koszmarny sen mężczyzna zasłania sobie rękoma twarz. To gest odpychający ów zawrót głowy. Gest, który informuje widza, że już dłużej nie wytrzyma, że zaraz mu głowa pęknie. Nadmiar wrażeń, uniesień ogarnia człowieka i ten nie może sobie z nim poradzić - stąd ten gest.
Przyjrzyjmy się dokładniej rysunkowi pt. Sen - erotyk. Na pierwszym planie powiększone, jakby napompowane uda, piersi. Dalej: rozwichrzone włosy, rozkraczone nogi i węże - potwory owijające się wokół pojedynczych części ciał. Potem dostrzegamy twarze - twarze rubasznie, demonicznie roześmianych kobiet. A on? On tymczasem ucieka. Jest malusieńki… Daleko, daleko, gdzieś tam pomyka w nieznane. Jeszcze widzimy jego drobną postać na horyzoncie. Biegnie, ręce podnosi do góry, kurczowo trzyma się za głowę. Ucieka od rozpasania, od nieświadomości. Zapiera mu dech w piersi; jeszcze trochę, może uda mu się wymknąć koszmarowi tej nocy.
Wydaje się, że możemy mówić o ilinx w twórczości Żechowskiego. Ilinx to jedna z kategorii zabawy (coś na kształt czystego uniesienia) wyróżniona przez Caillois - jednego z badaczy kultury. Chodzi o to, aby bawić się (huśtawka, karuzela) wywołać w sobie stan oszołomienia. (…) idzie o to, by uczestnik osiągnął swego rodzaju spazm, trans lub upojenie, wobec których rzeczywistość nagle traci swoje prawa (…) Dość często dąży się do oszołomienia wywołanego zawrotem głowy10. Oszołomienie u postaci Żechowskiego wywołuje ruch (zabawa na huśtawce, karuzeli) oraz kobiety, czy raczej ich ciała. Ilinx wiążąca się często z rozkoszą oszołomienia przeradza się u Żechowskiego w koszmar, obłęd, przed którym człowiek musi uciekać. Człowiekowi chodzi o doświadczenie dziwnego, przyjemnego upojenia, jednakże gdy zaczyna się ono przedłużać, może skończyć się dla niego tragicznie. Widzimy ludzi, którzy uciekają od codzienności, a potem uciekają od niezwykłości. Życie staje się permanentną ucieczką.
Nad wieloma rysunkami Żechowskiego, unosi się pytanie: Co stanie się za chwilę? Jaki będzie skutek tego, co czyni człowiek, albo tego, co się z nim dzieje? Ludzie przekraczają chętnie próg krainy obłędu, a potem wciągnięci w korkociąg uniesienia tracą życie. Chyba tak dzieje się na rysunku Eros i Psyche. Można powiedzieć, że jeszcze trwają w miłosnym splocie, ale co będzie za chwilę? Jej ciało jakby wyślizguje się z jego rąk - zupełnie, jakby życie wyślizgiwało się z rąk.

PRZEBIEGŁY KRÓLEWICZ
Na rysunku Sen - dziewczyna z łupiną orzecha widzimy malusieńkiego młodzieńca w łupinie orzecha, nad nim ona - olbrzymia. Na razie naszą uwagę przyciągają ręce jej i jego. Jej ręce są jakby zastygłe, jakby oparte o coś z tyłu, omdlewające, rozłożone w bok i nieco obejmujące przestrzeń. Jego ręce zaś są naprężone. Szalony wysiłek. Mini - młodzieniec niczym człowiek podczas burzy trzyma się kurczowo lin (a raczej linek) przymocowanych do łupiny orzecha. Ona, trzymając w rękach końce obu lin, spokojnie przygląda się tej scenie. Jej ręce, włosy, może skrzydła ogarniają przestrzeń, w której znajduje się łupina orzecha z mężczyzną. Kim jest ta piękność? Czy jest uosobieniem dobra, czy zła?
Jaki będzie jej następny ruch? Dlaczego jest obojętna na koszmar, który przeżywa drugi człowiek? Czy chłopiec (bo chyba jeszcze nie mężczyzna) z rysunków Żechowskiego jest kimś poniżonym przez kobietę, jak ten z rysunków Brunona Schulza? Chyba raczej nie.
Na innym rysunku młodzieniec nieśmiało, ale chętnie podpełza na kolanach ku dziewczynie, aby ją zdobyć. Taką piękność trzeba w szczególny sposób obłaskawić, zjednać ją sobie. Już klęczy przed nią, pochyla się ku niej, jego ręka wślizguje się pomiędzy uda dziewczyny, a jej dłoń już spoczywa na policzku chłopca. Tym sposobem nareszcie są blisko. Ale czy dziewczyna nie zniknie za chwilę - jej włosy jakby zaczynają roztapiać się w tle. Znowu pada pytanie: Co się stanie za chwilę?
Wróćmy do motywu poniżenia mężczyzny przez kobietę. U Schulza (…) charakterystyczny motyw to kobieta czy dziewczyna naga, półnaga lub co najmniej prowokacyjnie ubrana, często w czarnych pończochach i na wysokich obcasach, obdarzona długimi nogami i krągłym biustem na modłę kiczowato wyidealizowanych rysunków: żurnali mód, górująca świetliście ponad ciemną, skuloną, trwającą w uniżonym hołdzie postacią mężczyzny, który pełznie ku niej; klęczy przed nią, całuje jej stopy, pozwala się kopać czy deptać11. U Żechowskiego mamy tu nagość, świetlistą postać dziewczyny, klęczącego mężczyznę - ale tylko w tych punktach Żechowski spotyka się z Schulzem. Na postać chłopca pada światło księżyca, wygląda jak wykuty w marmurze piękny młodzieniec. Klęczy jak królewicz przed księżniczką z bajki. Bohater Żechowskiego w zbliżeniu z kobietą nie traci godności w przeciwieństwie do bohatera Schulza.
***
Stefan Żechowski ukazuje senny, oniryczny świat i dlatego bliski jest surrealistom. Surrealizm w dużej mierze żywi się widzeniem sennym, często koszmarami; wyzwala wyobraźnię. Surrealizm bywa jak potworny sen, a czasem jak sen baśniowy. Żechowski stawia wiele ważnych pytań. Podobnie jak Leśmian pyta, jaka jest istota miłosnej namiętności; do czego może doprowadzić oczarowanie, żądza. Człowiek jak gdyby chętnie ulega, daje się porwać namiętnościom. Czar kobiety, winy, korkociągi - to wszystko wsysa mężczyznę w głąb nieznanego… Miłosna ekstaza łączy się ze śmiercią. Łóżko jest trumną.
Skrajne przeżycia (tak jak u Leśmiana) wiążą się z zatraceniem, z otarciem się nawet o śmierć. Dalej nasuwają się pytania: Co będzie trwało po śmierci? Co pozostanie z ich miłości? Czy kresem uczucia będzie śmierć?
Patrząc na prace Żechowskiego, wybiegam wciąż myślą w przyszłość. Co się stanie za chwilę? Co zostanie z tego, co teraz trwa? I po co to wszystko? To pytania o sens - sens życia, czynów człowieka, a nawet myśli.
Odpowiedź, jaką daje Żechowski nie wydaje się być optymistyczna. Człowiek dla Żechowskiego bardzo często chce się wydostać ze świata, do którego wszedł. To są rozpaczliwe gesty, szamotanie się. Człowiek jednak ciągle ulega różnym namiętnościom, myśląc, że dotrze do istoty życia. Otrze się o coś najprawdziwszego. Ale już w chwili najwspanialszego uniesienia zaczyna uciekać. Musi się chyba otrzeć o jakąś pustkę, jakieś nic, jakiś absurd, skoro tak często ma dosyć, ucieka, zasłania oczy. Pytanie o następną chwilę to u Żechowskiego pytanie o pustkę, która rodzi się w człowieku po przeżyciu bez granic.
Podsumujmy: Żechowski sięga po różne tematy i motywy. Nie raz przygląda się z bliska twarzy, kiedy indziej wędruje jak Dante po krainie… obłędu, czy wreszcie podgląda przebiegłych królewiczów. Jego pracom towarzyszy jakieś szczególne nastawienie na przyszłość, na to, co się będzie działo potem. Można by powiedzieć, że prace Żechowskiego tworzą coś na kształt plastycznego traktatu filozoficznego poświęconego kategorii czasu. Na każdą chwilę daną człowiekowi patrzy artysta przez pryzmat słowa potem. Każda chwila jest bardzo ważna, ponieważ wpisuje się w wieczność. W akapicie Zobaczona twarz zwróciłam uwagę na metafizyczne spojrzenie, w którym jest nadzieja, że za chwilę - po chwili pokusy - będzie potem - to lepsze potem.
W ostatniej części mojej pracy pojawia się chytry młodzieniec, na którego oczach esencja kobiecości - w postaci ślicznej królewny traci swoją intensywność. Jej kształty jakby się rozpływają. Za chwilę może zniknąć. Więc… co będzie potem, kiedy zniknie sen - bajka? To boli, kiedy czar nagle pryska i brak zakończenia: Żyli długo i szczęśliwie.
Można chyba stwierdzić, że Żechowskiemu chodzi o odsłonięcie prawdy o namiętności, o prawdę przedstawionych postaci. Dlatego pokazuje nam człowieka w szczególnej chwili - między teraz a potem.
______________________________________
1 S. Żechowski, Na jawie, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1981, s. 125
2 Biuro Wystaw Artystycznych, Rynek Wielki 14/3, Zamość 1997
3 J. Słowacki, W Szwajcarii w: Dzieła wybrane, t. 1: Wiersze i poematy, PIW, Warszawa 1983, s. 338
4 S. Żechowski, Na jawie, s. 125
5 Por. L. Aragon, Chagall cudowny, tłum. M. Beyer w: Forum 24/1972 (375), s. 20
6 S. Żechowski, Na jawie, s. 6
7 Tamże, s. 14
8 Tamże, s. 80
9 Tamże, s. 81
10 R. Caillois, Żywioł i ład, tłum. A. Tatarkiewicz, PIW, Warszawa 1973, s. 323
11 S. Barańczak, Tablica z Macondo, Aneks, Londyn 1990, ss. 109-110

Stefan Żechowski w Muzeum Historycznym m. Krakowa

„Dziennik Polski”, 11.07.2002
Erotyki i cierniowa korona
(INF. WŁ.)
W salach wystawowych Muzeum Historycznego m. Krakowa prezentowany jest od wczoraj dorobek Stefana Żechowskiego (1912-84), urodzonego w Książu Wielkim i, poza okresem studiów w krakowskiej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego, spędzającego niemal całe życie w rodzinnej miejscowości.

W latach studiów w Krakowie związany był ze Szczepem Rogate Serce Stanisława Szukalskiego i pozostawał pod jego wpływem. Znajomość z Emilem Zegadłowiczem zawarta w połowie lat 30. zmieniła zainteresowania artysty. Z inspiracji Zegadłowicza przygotował 37 ilustracji do „Motorów”. Konfiskata powieści i mocno formułowane zarzuty o niemoralność ilustracji dały Żechowskiemu niekoniecznie chciany przezeń rozgłos. Tym bardziej, że poznanie u schyłku lat 30. Leona Kruczkowskiego i Wandy Wasilewskiej przyniosło zbliżenie artysty do radykalnych kręgów lewicy. W twórczości zaowocowało to włączeniem się w dość wątły w profesjonalnej sztuce polskiej nurt socrealizmu. W 1956 r. wycofał się z życia artystycznego. Jeszcze zilustrował „Na srebrnym globie” Żuławskiego (na zamówienie Wydawnictwa Literackiego, w 1956 r.) i przez następne lata tworzył wyłącznie dla siebie.
Ponownie odkryty przez Andrzeja Banacha wystawił, dzięki jego staraniom, wybór prac w Brukseli. Rysunki erotyczne Żechowskiego wykorzystał Banach w swojej książce. W 1973 r. serie rysunków do „Motorów” i „Zmór” Zegadłowicza przypomniała krakowska galeria ZPAP Pryzmat, a w 1978 r. artysta uczestniczył w wystawie w Pałacu Sztuki, przypominającej Szukalskiego i Szczep Rogate Serce. Półroczne stypendium Fundacji Kościuszkowskiej zaowocowało wystawą w USA (w siedzibie fundacji).
Na otwartej wczoraj wystawie znajdują odbicie kolejne życia i kolejne fascynacje artysty: od młodzieńczego kultu Grottgera poprzez okres Szukalskiego, czas Zegadłowicza, naturalizm. Dystans czasu sprawił, że wielce gorszące kiedyś erotyki oglądamy dziś podziwiając głównie wielką sprawność warsztatową, którą zresztą odnajdziemy również w obrazach olejnych, nie wyłączając religijnych.
Na wczorajszym wernisażu wystawy przygotowanej wspólnie z miechowską galerią „U Jaksy” zjawił się „cały Miechów”, co z satysfakcją podkreślił komisarz tej prezentacji, Stanisław Piwowarski, też miechowianin.

Piętnaście lat temu zmarł Stefan Żechowski

Nasze Zabrze Samorządowe
nr 10/1999, str. 14-15

PRZYBŁĘDA
Z MLECZNEJ DROGI
Krystyna Kaczko

Jak określił go siedemdziesiąt lat temu Ludwik Wojtyczko, profesor Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie.




Do szkoły tej przyjęto siedemnastoletniego chłopca, który przywędrował do Krakowa z prowincjonalnego
Książa Wielkiego koło Miechowa, wyłączne na podstawie przedstawionych rysunków. Powstały one w wyniku zauroczenia sztuką Artura Grottgera i poematem „Anhelli” Juliusza Słowackiego.

W Krakowie Żechowski stał się stałym gościem Galerii w Sukiennicach, gdzie godzinami wpatrywał się w obrazy Grottgera, Jacka Malczewskiego, Józefa Chełmońskiego, Jana Matejki i Witolda Pruszkowskiego. Tam też zetknął się z „Mistrzem” Stanisławem Szukalskim, malarzem, rzeźbiarzem, filozofem i teoretykiem sztuki i stał się członkiem założonego przez niego „Szczepu Rogate Serce”. Zawarte w Szczepie przyjaźnie z Marianem Konarskim, Antonim Bryndzą, Franciszkiem Frączkiem, Mieczysławem Stobierskim, a nade wszystko z sympatyzującym z Szukalszczykami malarzem i filozofem Marianem Ruzamskim, trwały przez wiele lat.
Lata 1929-1936 to dla Żechowskiego okres ciągłego doskonalenia kunsztu rysunkowego. Jak pisze w swych wspomnieniach z młodości wydanych w tomie „Na jawie”, „…Leonardo Correggio, a nade wszystko Rembrandt uczyli mnie światła, które w malarstwie i rysunku stanowi jego głębię i duszę. Rubens ukazał mi boską właściwość talentu, która na tym polega, że forma rodzi się swobodnie i żywiołowo z łatwością, z jaką działają siły przyrody, Grottger i „Stach z Warty” (S. Szukalski - K.K.) opętali mnie rysunkiem, bez którego żaden kształt powstać nie może… Böcklin rozwinął we mnie żarliwe umiłowanie przyrody, fantastyki i tajemniczego nastroju”.
Talent oraz studia nad twórczością dawnych mistrzów uczyniły z Żechowskiego genialnego rysownika, a 37 ilustracji do „Motorów” Emila Zegadłowicza, wykonanych w ciągu niespełna pięciu miesięcy (1936/37), jak pisał Andrzej Banach „…dały mu naczelne miejsce wśród ilustratorów polskich”. Czy był tylko ilustratorem? Niesłychanie wrażliwy, głęboko przeżywał czytane poezje, powieści, rozprawy filozoficzne. Wyzwalały w nim one potrzebę utrwalania doznanych uczuć w formie rysunków, które nie były szkicami, lecz skończonymi dziełami. Pozostawił setki prac, będących osobistym widzeniem treści, zawartych w poezjach Słowackiego, Mickiewicza, Leśmiana, Zegadłowicza, Kasprowicza, powieściach Zegadłowicza i poznanych u niego, w Gorzeniu Leona Kruczkowskiego i Wandy Wasilewskiej, Jerzego Żuławskiego, E.A. Poego czy Fiodora Dostojewskiego.
Po latach pisał: „Żaden z pisarzy nie wprowadził takiego zamętu w mojej duszy. Pozostanie tajemnicą jego geniuszu, że tak bezwiednie i tak od razu stałem się ofiarą działania tej straszliwej lektury. Z wyjątkiem paru nowel i opowiadań niemal jednym tchem przeczytałem wszystko parokrotnie od początku do końca… Gdy teraz po latach wspominam działanie tych utworów, porównać je mogę do jakiegoś groźnego narkotyku, niemal zupełnie obezwładniającego wolę… Po okresie ekstazy nietzscheańskiej, radośnie drapieżnej, walczącej i pełnej mocy, osunąłem się nagle w ciemne zatęchłe piwniczne podziemie…”. Miał wtedy 21 lat.
„Koszmarnym snem” była dla niego lektura Dostojewskiego, ale też służba wojskowa i brutalna odpowiedź „Mistrza” Szukalskiego na list, będący podświadomym wołaniem o pomoc. Wiele powstałych w latach trzydziestych rysunków, w tym cykle: „Wojna” (1930-39), „Kryzysy” (1933-34), „Chora ziemia” (1939-42) to wizje z koszmarnych snów. Spotęgował je okres drugiej wojny światowej z całym jej okrucieństwem. W czasie okupacji stracił kilku bliskich.
Udręczony okrucieństwem wojny Żechowski wiele czyta oraz tworzy.
Kontynuuje między innymi rozpoczęty pod koniec lat dwudziestych cykl portretów wybitnych filozofów, pisarzy, malarzy i kompozytorów, a także liczne autoportrety oraz wspomnieniowy cykl „Moje dzieciństwo”. W czasie okupacji napisał także trzy eseje: „Dialog o wojnie”, „O wolnej woli” i „Chrystus i szatan”, z których po pożarze domu rodzinnego w Książu w 1953 roku ocalały jedynie fragmenty tego trzeciego. Jego osobistym rozrachunkiem z okrucieństwem wojny jest powstały w latach 1945-46 cykl „Wojna”, który po ponad dwudziestu latach wzbogacił zbiory Muzeum w Zabrzu i Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.
Od 1946 roku Stefan Żechowski wraz z młodą żoną Marianną stał się mieszkańcem Zabrza. W trudnym okresie powojennym, dzieląc z żoną biedę, wspomaga skromny budżet rodzinny kiepsko płatnymi „chałturami”. On - mistrz światłocienia, twórca wspaniałych cykli rysunkowych i portretów, „ilustrator koszmaru egzystencji, wyraziciel udręki istnienia w braterstwie z Dobrem i Złem” - maluje w konwencji socrealizmu portrety patronów zakładów pracy i szkół. A równocześnie kontynuuje pracę nad cyklem ilustracji do „Tęczy” Wandy Wasilewskiej. Od 1946 roku współpracował także z Ministerstwem Poczt i Telegrafów, projektując znaczki pocztowe, m.in. w seriach „Zabytki architektury”, „Rocznica obrony Poczty Polskiej w Gdańsku”, „Kultura polska”, „Świat pracy”, „Pomoc zimowa”. Przez całe życie szkicował też celne karykatury.
W latach pięćdziesiątych powstają ilustracje do „Dziadów”, „Świtezianki”, „Powrotu taty” Mickiewicza, „Na srebrnym globie” Żuławskiego, „Zmór” i „Wrzosów” Zegadłowicza oraz „Pawich Piór” Kruczkowskiego. Wierny kontynuator dziewiętnastowiecznych tradycji pracuje bez wytchnienia, lecz prawie nie wystawia i z ogromnego zbioru obrazów, powstałych w ciągu ponad 25 lat, nic nie sprzedaje. Jego twórczość to pamiętnik od chłopięcych marzeń do dojrzałych dramatów, rozczarowań i fascynacji - nie może się z nią rozstać. Znika na długi okres ze sceny artystycznej, żyje z dala od większości kolegów, obce mu są wszelkie „nowiny” plastyczne, po prostu nie interesują go. Od końca lat pięćdziesiątych w jego twórczości zaczyna dominować kobieta - symbol, afirmacja zmysłowości, jego muza, której zapowiedź pojawiła się w jego rysunkach już na początku lat trzydziestych. Reprodukowana, analizowana i opisywana wielokrotnie, przyczyniła się do rozsławienia jego twórczości poza granicami kraju. Sam przez lata podkreślał, że w kobiecie najbardziej interesuje go piękno kształtu, barwy i wyrazu, a w mężczyźnie przeraża brutalność i agresja. W plastycznym przekazie miłosnej ekstazy jakże bliski był poezji Leśmiana… Ulubionym, wielokrotnie portretowanym modelem jest jego żona, której rysy i kształty można odczytać w wielu jego pracach.
Artysta odchodzi od rysunku wykonanego z ogromną precyzją zwykłym szkolnym ołówkiem i czarną kredką, którymi uzyskiwał znakomite efekty. Zaczyna malować pastelami na kartonie, a sporadycznie farbami olejnymi. Na początku lat sześćdziesiątych zainteresował się jego twórczością Andrzej Banach, zbierający wówczas materiały do książki na temat polskiej sztuki erotycznej. Wydała ją jako 17 tom międzynarodowej biblioteki erotologii firma Jean Jacques Pauverta w Paryżu w 1966 r. A wcześniej, w marcu 1965 r. Andrzej i Ella Banachowie urządzili Żechowskiemu wystawę rysunków w Galerii „Libraire la Proue” w Brukseli. Wiele jego rysunków Banach zamieścił też w "Erotyźmie po polsku”. Zaś w wydanym w USA albumie pt. „Mistrzowie erotyki od XVII do XX wieku” reprodukcja erotyku Żechowskiego sąsiaduje z ryciną Salwadora Dali. Żechowski bliski był surrealistom…
W Polsce przypomniano sobie o tym artyście, a on po raz pierwszy od wielu lat zgodził się wyeksponować kilkanaście prac na wystawie ZPAP Grupy Zabrze, zorganizowanej w Muzeum w Zabrzu na przełomie września i października 1968.
Przez całe życie nadwrażliwy i niezwykle skromny, mający minimalne wymagania bytowe, był równocześnie artystą pełnym godności i poczucia wartości. Nie znosił gwaru i zgiełku, agresji i autoreklamy. Uważał, że jego dzieło broni się samo. Dlatego jego żona i wąskie grono przyjaciół zaakceptowali decyzję, która podjął w 1970 r. Postanowił dzielić swój czas na okres jesienno-zimowy, spędzany w Zabrzu i wiosenno-letni w Książu. Było to miejsce na ziemi, gdzie czuł się najlepiej. Tam mógł tworzyć z dala od wielkomiejskiego hałasu, wśród ukochanej przyrody.
W grudniu 1973 r. wyjechał na półroczne stypendium Fundacji Kościuszkowskiej do Nowego Jorku. Na przełomie lutego i marca 1974 r. czynna była w Galerii tej Fundacji wystawa rysunków Żechowskiego. W 1977 r. Ryszard Wójcik nakręcił film telewizyjny zatytułowany „Pustelnik”, a w 1981 r. wydano jego wspomnienia pt. „Na jawie”. W lecie 1983 r. odbyła się w BWA w Kielcach retrospektywna wystawa rysunków, z której artysta, chory od dwóch lat, smutny i zobojętniały, nie potrafił się już cieszyć. Odszedł 29 października 1984 r. w Książu Wielkim. Miał 72 lata. Na płycie nagrobnej wyryto jego słowa: „Śniłem własną sztukę”.
Krystyna Kaczko

STEFAN ŻECHOWSKI. A jednak nie zmarnowałem własnego życia

Witold Turdza, Kraków 2009

W dwudziestą piątą rocznicę śmierci artysty

Twórczość Stefana Żechowskiego próbowano zamknąć w szufladach z rozmaitymi etykietami: fantastycznej, erotycznej, surrealistycznej, ekspresjonistycznej, socrealistycznej itp. Każda z nich jest dla tego artysty za ciasna. Toteż klasyfikacje takie zdają się bezcelowe. Żechowski jest zbyt indywidualny, zbyt oryginalny, zbyt różnorodny, by patrzeć na jego sztukę w ten sposób. Spróbujmy zatem inaczej. Artysta stworzył wiele obrazów i rysunków odnoszących się do rzeczywistych wydarzeń, jest też autorem ilustracji do książek innych autorów. Jednak zasadniczym źródłem jego twórczości jest on sam, jego przeżycia, odczucia, lęki, sny. By nie być gołosłownym, trzeba się odwołać do samego twórcy, do jego wspomnień. Oto ich fragment: „Spoza horyzontu wyłania się postać kobieca. Jest ogromna. jej długie, białe ramiona okrążają polanę, a twarz i pół-przymknięte oczy ocienione rzęsami mają wyraz łagodnego piękna. A oto jej dłonie suną ku mnie, a są tak duże, że cały w nich się pomieszczę. Już odczuwam ich ciepły dotyk, już splatają się pode mną długie, elastyczne palce i unoszą mnie lekko.

"Zjawa unosi mnie wciąż wyżej” - to opis obrazu? Tak. Ale najpierw to opis snu. Obraz jest tylko zapisem tego snu. Takich i podobnych snów malarz miał dużo, dużo więcej. „I wydaje mi się, – pisze we wspomnieniach – że owe obrazy… we śnie, to były moje obrazy i rysunki, ponieważ niczyje inne być nie mogły. Były we mnie i w jakiś tajemniczy sposób ukazywały się we snach. Wiele z nich ożyło już w rysunkach i obrazach – inne tkwią jeszcze we mnie. Śniłem własną sztukę”.
Fakt ten wydaje mi się niezwykle istotny. Zdarza się nieraz, że twórca wyśni swoje dzieło, przynajmniej tak opowiada. Ale Stefan Żechowski śnił je naprawdę. Cała jego twórczość jest tego świadectwem, jest bowiem zanurzona w owym onirycznym, fantasmagorycznym klimacie, w którym ludzie bardziej podobni są zjawom sennym, niż rzeczywistym istotom, skąpani w nieziemskim, nierealnym świetle. Ten wykreowany przez artystę świat jest światem snu, który dzięki ołówkowi mistrza nabierał realnych kształtów na kartach papieru. I nawet w takich rysunkach, których inspiracją były wydarzenia realne, jak choćby wojna, wydaje się, że wydarzenia, których był świadkiem, przyśniły się malarzowi i dopiero przez sen przetworzone zostały przeniesione na papier. Wszelkiego rodzaju deformacje, powiększenia bądź pomniejszenia, zamglenia, błyski ostrego światła, jakieś kosmiczne przestrzenie – wszystkie te zabiegi dają w efekcie wrażenie sennych majaków.
Sen był niewątpliwie źródłem twórczości artysty. Rzeczywiście śnił własną sztukę. Wszakże źródeł było więcej. Jednym z nich było traumatyczne przeżycie z dzieciństwa, kiedy pewnej niedzieli mały Stefan zobaczył w zaroślach nad rzeką dwóch walczących mężczyzn. A raczej kudłatą, rozjuszoną bestię z kamieniem w ręce, sypiącą ciosy na swoją zakrwawioną ofiarę. Był to widok tak okropny, że chłopiec stracił przytomność. Kiedy się ocknął, napastnika już nie było, tylko wśród splamionej krwią trawy ofiara, której oczy były tak straszne, że Stefan przerażony rzucił się do ucieczki. Ten obraz nie dawał mu zasnąć, powracał ciągle i dręczył pytaniem: dlaczego? „Człowiek zabijający drugiego człowieka lub znęcający się nad nim stanowi dla mej duszy obraz takiej ohydy, której z niczym porównać nie mogę. A owo dziecinne pytanie: „dlaczego oni tak się nienawidzą?” – żyje we mnie z jednakową siłą, zamieniając w koszmar całą niemal wiedzę o świecie” – napisał we wspomnieniach.
To wszechobecne, groźne zło pojawia się ciągle w rysunkach artysty w postaci potworów, wyglądających jak bestie z sennych majaków, zrodzonych jednak z autentycznego, traumatycznego przeżycia, którego nie można zapomnieć. Czasem, ukazane z bliska, sączą do ucha swoje jady, kiedy indziej oślizgłym cielskiem oplatają cały glob, dręcząc rozkrzyżowanego na nim człowieka. Okrucieństwo świata i niezgoda na nie zrodziły wiele dzieł, które metaforycznie wyrażają trwogę istnienia odczuwaną przez artystę nad wyraz silnie. Nie dziwi przeto, że ich bohater zwykle nosi rysy samego autora.
Wrażliwe dziecko – a takim „chorobliwie wrażliwym” dzieckiem był Stefan Żechowski całe życie – nie mogło uporać się z brutalnym światem. Na szczęście nie tylko takie przeżycia były mu dane. Oto pewnego dnia, po krótkiej, gwałtownej i ulewnej nawałnicy szedł z matką drogą wśród łąk. W świeżej po burzy, rozległej przestrzeni zalśniła tęcza. „Była ogromna, potrójna i jaśniejąca taką czystością barw na ciemnym tle, takim olśniewająca pięknem, że oniemiały z za-chwytu z głową podniesioną wysoko, a zwróconą na lewo, bezwiednie, jak lunatyk, posuwałem stopy po śliskiej, rozmiękłej mazi” – wspominał. Zachwycony niezwykłym zjawiskiem wpadł do błotnistego rowu i omal się nie utopił. Szczęściem nadbiegła matka i uratowała go. Jakże wymowne jest owo urzeczenie pięknem, doznanie tak pochłaniające, że zapomina się o realnym świecie. Ta fascynacja pięknem nie opuściła artysty nigdy i jest charakterystycznym rysem zarówno jego osobowości jak i twórczości. Nie tylko śnił sztukę – żył sztuką. Obojętny na mody, wierny własnej estetyce i kanonom piękna tworzył z dala od realnego świata. Pochłonięty przez świat własnej fantazji dostatecznie bogaty, by na realny nie zwracać uwagi.
Dojrzewając dostrzegł piękno w kobiecie, w jej ciele, w jej tajemniczym wnętrzu. Kobieta zafascynowała go. Najpierw podświadomie, później już z całą świadomością przeciwstawiał ją męskiej agresji, w kobiecie widząc emanację piękna i dobra. Jeśli życie było koszmarem, kobieta mogła sprawić, że dało się go przeżyć. Wydaje mi się, że taka romantyczna, idealistyczna postawa jest niezwykle ważnym aspektem twórczości artysty.
Dzieło Żechowskiego w dużej mierze poświęcone jest kobiecie, a zatem i erotyce, co rodzi wiele nieporozumień. Nieraz bowiem można usłyszeć o pornografii w jego pracach. Istotnie stworzył wiele rysunków o treści erotycznej, nieraz bardzo śmiałych, nawet „ostrych”, jakbyśmy dziś powiedzieli. Wszelako od pornografii są odległe o całe krainy romantyzmu, idealizującego uwielbienia, czułości podszytej lękiem przed tajemnicą niepoznawalnej natury kobiecej. Nie ma w nich niczego przyziemnego czy fizjologicznego. Wyczarowywane ołówkiem kobiety, są wcieleniem jego marzeń, snów i ideałów – są zjawiskowe.
Kobieta autora „Huśtawki” jest młoda, ma ciało gładkie jak alabaster, krągłe biodra, obfite pośladki i równie obfite, jędrne piersi, ogromne oczy ocienione długimi rzęsami i falą bujnych włosów. To nie jest kobieta rzeczywista, jako że wszystkie owe anatomiczne szczegóły są wyolbrzymione. (Czyż nie podobnie postępował artysta romański, kiedy powiększał to, co było ważne?). Nierzeczywista jest także lśniąca gładkość takiego ciała. Ona w ogóle jest nierzeczywista, bowiem jest kwintesencją kobiecości. Taka kobieta nie chodzi po ziemi, lecz unosi się nad ziemią jak senna zjawa, jak marzenie. Zresztą często tak właśnie jest pokazana. To kobieta – kusicielka, ale poniekąd nieświadoma swojej mocy. Mężczyzna, chłopiec właściwie, jest jej całkowicie uległy, ona może zrobić z nim co zechce, a raczej to czego oboje pragną, bo oboje ulegają przemożnej, instynktownej sile, która ich zespala. Tylko że kobieta ma nad nim władzę, bo on tego chce i zafascynowany poddaje się jej pokornie. Ten chłopiec jest nią zaczarowany, ta kusicielka zaś nie jest demonem – oni są bezgrzeszni. Zapewne jest to naiwne, lecz jeszcze bardziej – niewinne.
Jak pokazać zjawisko idealne? W tej dziedzinie artysta rysownik jest bez wątpienia mistrzem. Za pomocą ołówka jedynie kreuje świat niby prawdziwy, a jednak nierealny. Drobnymi niemal jak punkty kreseczkami buduje pracowicie i precyzyjnie formy, to znów rozciera ołówek dla uzyskania idealnie gładkiej faktury, żeby skontrastować ją z miękką, jakby chropawą kreską, albo też rysować szeroką, rozlewającą się malarsko płaszczyzną. Bogactwo faktur jest nadzwyczajne. Zachwycająca doprawdy jest jego umiejętność posługiwania się ołówkiem, który w rękach artysty staje się narzędziem nieprawdopodobnie wszechstronnym. Gradacja tonów, od głębokiej czerni do bieli, to tak niezwyczajnie bogata gama szarości, że kolor staje się całkowicie zbędny.
Dzięki zróżnicowaniu faktur i stopniowaniu czerni jego postaci wydają się być wyrzeźbione, są tak plastyczne, jakby papier nie był tylko płaską kartą, lecz miał trzeci wymiar. Wrażenie rzeźbienia, bryłowatości formy uzyskuje artysta także dzięki temu, że syntetyzuje ją, odrzuca niepotrzebne szczegóły, upraszcza je, dzięki czemu kieruje uwagę widza na to tylko, co istotne.
Jeszcze jeden czynnik jest ważny – budowanie planów. Różnorodnym przecieraniem, zamgleniem, kontrastem rysownik tworzy dalsze plany, które służą uwypukleniu planu pierwszego. Ten zaś jest bardzo blisko widza. Tak kadrowany, że postaci nieraz są obcięte, jak wówczas kiedy patrzy się na kogoś z bardzo bliska. Takie ujęcie sprzyja też wrażeniu intymności, obcowania sam na sam z bohaterami, współuczestnictwa.
Wszystkie te zabiegi spełzłyby na niczym gdyby nie… światło. To najważniejszy bodaj składnik artystycznego warsztatu Stefana Żechowskiego. I chyba najbardziej własny, oryginalny, niepowtarzalny. To światło buduje formę, tworzy nastrój, napięcie i dramatyzm. Światło przenika jego rysunki, można wręcz powiedzieć, że artysta rysuje światłem. Przeważnie jest to światło niby sztuczne, jakby blask księżyca rozświetlał noc i lunatycznie zajętych sobą kochanków. Światło, ukazując gładkość skóry, zdaje się pieścić ich ciała, igra we włosach, rozpryskuje się w gwiazdy. Kiedy indziej nieziemski odblask, jak potężny kosmiczny reflektor rozjaśnia ostrym światłem zagubioną w przestworzach Ziemię, udręczoną odwiecznym zmaganiem dobra ze złem. Nota bene te wizjonerskie rysunki ujmują planetę podobnie jak współczesne filmy science fiction i operują światłem jak operatorzy filmowi. To znowu zamglone, mdłe światło zaciera kształty, wtapia je w mroczne tło, wydobywając niektóre tylko szczegóły: oczy, ręce. Wszakże częściej jest to światło ostre, tworzące silne kontrasty. Rozlewa się po powierzchniach, wydobywa kształty i syntetyzuje je. Światło jest duchem rysunków Pustelnika z Książa. Światło przemienia je w metafory.
Światłem, przede wszystkim światłem artysta kreuje wizyjny, oniryczny klimat swych dzieł. Co ciekawe, niezależnie od ich tematyki. Czy to cykl „Moje dzieciństwo”, czy „Świtezianka”, czy ilustracje do Żuławskiego lub do książek E. Zegadłowicza, czy cykl „Wojna”, czy „Nowe wkracza na wieś” – żeby wymienić jedynie niektóre cykle rysunków – metoda budowania dzieła jest taka sama. Dzięki temu świat, do którego zaprasza nas artysta, jest od razu rozpoznawalny. Wszelako będąc tak jednorodnym, mógłby być nudny. Nie, z całą pewnością taki nie jest, a to dzięki temu, że twórca rozmaicie rozkłada akcenty, nasyca kreowaną rzeczywistość różnymi uczuciami. „Moje dzieciństwo” ma aurę sentymentalno-nastrojową, „Świtezianka” kusi bajkową, erotyczną tajemnicą, „Na srebrnym globie” przenosi w pozaziemskie, fantastyczne światy, ilustracje do Zegadłowicza karykaturalnie przerysowują rzeczywistość, „Nowe wkracza na wieś” pokazuje radość i wiarę w to, co nazywało się „postępem”, nie bez ironicznego tonu. I tak dalej, przykłady można mnożyć, cała twórczość artysty jest przykładem.
Szczególne miejsce zajmuje cykl „Wojna”. Sceny niezwykle dramatyczne artysta pokazał z powściągliwością, która pogłębia ich dramatyzm. Powieszeni wyglądają niczym marionetki po skończonym spektaklu, jeńcy posuwają się w upiornym, półżywym korowodzie, ostatnia krowa jak płaska wycinanka z papieru odcina się od tła.
Charakterystyczny dla tego cyklu jest rysunek „Matka i syn”, nawiązujący do archetypicznego motywu opłakiwania zmarłego. Żechowski pozbawił go wszelkich niepotrzebnych detali, pozostawiając tylko bohaterów: zesztywniałe ciało syna i skamieniałą z bólu matkę. Żadnych rozpaczliwych gestów, żadnych lamentów. Wręcz słychać tę ciszę dokoła i krzyk, który zamarł w środku. I obojętny, zimny świat przykryty białym śniegiem. Śnieg odgrywa tu istotną rolę, podkreślając żałobną czerń postaci. Rysunek ten pokazuje mistrzostwo artysty w posługiwaniu się ołówkiem, w umiejętności tworzenia kontrastów czerni i bieli, w znakomitej kompozycji sceny, a co najistotniejsze – w sztuce budowania najwyższego napięcia bez popadania w patos – słowem mistrzostwo w stworzeniu minimalnymi środkami głęboko humanistycznego dramatu.
Skutkiem właściwego jedynie Żechowskiemu owego „rzeźbienia” postaci ołówkiem (bo artystę interesuje głównie człowiek) oraz sposobu oświetlania ich, a także odrzucania zbędnych detali, jest monumentalizacja. Osobliwie widoczna w portretach, acz nie tylko w nich. Rysując portrety artysta chętnie zacieśnia kadr, czego nauczył się zapewne od mistrza Wyspiańskiego. Najczęściej przeto redukuje tło, ograniczając się do samej głowy, bywa że z fragmentem jakiegoś określającego atrybutu. Ten wszakże nie jest wcale potrzebny. Bo istotny jest człowiek, jego wewnętrzna siła, jego duch. Zwłaszcza, kiedy portretuje wybitnych artystów, mędrców, czy siebie samego. Kiedy zaś portretuje kobiety, robi wszystko, żeby wyglądały pięknie, naturalnie wedle własnego kanonu piękna. Kobiety tego piewcy kobiecości patrzą gdzieś olbrzymimi oczami, ale zgoła nie widzą, bo patrzą w głąb siebie, kryjąc tajemnice, których wszak nie sposób dociec.
W portretach artysta stosuje różnorodne techniki. Bywa, że posługuje się wyraźną kreską, jakby nie kryjąc śladów swej pracy na papierze (Nietzsche). Kiedy indziej rysuje grubą kredką na chropawym kartonie uzyskując malarskie efekty, jak gdyby szerokiego pędzla (Paganini). Niekiedy zaś rysuje tak gładko, jakby to nie był rysunek lecz fotografia. Odtwarza wówczas hiperrealistycznie każdy włosek, każdą zmarszczkę, każdy blik światła (Tołstoj). Wszystkie te warsztatowe tricki nie służą zabawom formalnym czy zgoła popisywaniu się mistrzostwem technicznym, lecz wyrażeniu ekspresji, temu, co tak podziwiał u ukochanego Matejki. Sam także wyrażał ekspresję swych modeli osobliwie poprzez oczy, wyraziste, płonące. W oczach skupia się siła; czy patrzą gdzieś w dal czy wprost na widza, zdają się ciskać błyskawice. Bądź wpatrują się w niego, świdrująco, przenikliwie. Autor „Konrada-Improwizacji” miał zapewne w pamięci ostatni autoportret Wyspiańskiego, w którym ważne są tylko oczy.
Sztukę Pustelnika z Książa przenika melancholia. W niektórych dziełach przybiera ona wyraz liryczny, w innych dramatyczny, niekiedy ma rysy tragizmu. Ale nawet urocze rysunki, których tematem jest miłość, osnuwa smętną mgiełką. Przecież jednak autor nie był pozbawiony poczucia humoru. Widać je w karykaturach, co jest oczywiste, lecz także w satyrycznym ujęciu chociażby ilustracji do Zegadłowicza czy Kruczkowskiego. Kunszt formalny przysłania w nich satyryczne deformacje, wszakże nie na tyle szczelnie, by nie dostrzec kpiny w krytycznym stosunku rysownika do obrazowanej rzeczywistości. Dowcip ujawnia autor także nawiązując do dawnych mistrzów. „Karuzela” ewidentnie przypomina słynny „Szał”, ściągnięty z wyższych pięter symbolizmu do lunaparkowego galopu. Widać w nim także echo futurystycznych poszukiwań i zastosowanie zwielokrotnionego obrazu pędzących koni. (Wiele lat później Białoszewski zastosował ten sam chwyt w „Karuzeli z Madonnami”, jakby dopisując do rysunku poetycki komentarz).
Poszukiwania artystyczne nie były więc obce Żechowskiemu. Nie mogły być obce komuś, kto kilka lat był członkiem Szczepu Rogate Serce. Jednakże artysta eksperymentował, nie zważając na mody i kierunki. Jeśli z nich coś brał, to tylko to, co mieściło się w jego pojmowaniu sztuki. W tym sensie był niemodny ale…czy podążanie za modą stworzyło kiedykolwiek artystę?
Rozmaitość technik rysowania uświadamia, z jak nieprawdopodobną biegłością autor posługiwał się nimi, z jaką swobodą wypowiadał się jako artysta, z jak mistrzowską precyzją kreował swój świat. Świat niezwykły i niepowtarzalny – fantasmagoryczny i oniryczny. Świat równie przeniknięty erotyzmem co romantyzmem, świat tyleż liryczny i staro-świecki, co nowoczesny. Świat piękny i koszmarny zarazem. Świat metaforyczny.
Sztuka Stefana Żechowskiego jest odbierana rozmaicie, bo też trzeba znaleźć odpowiedni dla niej klucz, jej tylko właściwy. Wówczas można tę sztukę docenić i z właściwego dystansu spojrzeć na stawiane jej zarzuty. Owszem – kiedy pokazuje piękno nazbyt już piękne, bez skazy – wydaje się, że ociera się o kicz, wiadomo wszakże jak trudno określić jego kryteria. Bywa nieco naiwna tak w romantycznym zachwyceniu jak i w intensywności emocji, co niekoniecznie musi być zarzutem, zważywszy wszak, że szczerość w sztuce jest nieodzowna. Odwołuje się do literatury, chociaż nie ma właściwie sztuki, która nie odwoływałaby się do archetypów i mitów. Jest „staroświecka”, co znaczy, że jest konsekwentna, że artysta podążał wytyczoną sobie drogą, mijając rozmaite prądy i nowinki. Wszelako to właśnie stanowi o jej odrębności, to nadaje jej rys indywidualności i samodzielności, to czyni ją niepowtarzalną i odrębną. Nade wszystko zaś jest to sztuka fenomenalna w opanowaniu rzemiosła.
Dla Stefana Żechowskiego rysunek nie miał tajemnic. Artysta malował także obrazy, ale rysunek był tą dziedziną, w której nie miał równych sobie. Nieco zapomniana dzisiaj twórczość tego artysty powinna odzyskać swe miejsce. Dzisiaj jego erotyka nie wywołuje już skandalu, wszak współczesna jest nieporównanie śmielsza. W socrealizmie dostrzega się wartości malarskie, a jego ideowa naiwność nie wywołuje już furii. Natomiast surrealna baśniowość, fantastyczny świat zjaw, oniryczna rzeczywistość snu i metafizyczne lęki w nim ujawniane – znajdują rezonans we współczesnej wrażliwości. A już niezaprzeczalne mistrzostwo w posługiwaniu się ołówkiem, kunszt jaki jest udziałem największych mistrzów sprawia, że Sztukmistrz z Książa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym.

Witold Turdza, Kraków 2009

Stephan Żechowski. A Pilgrim of the Infinite

Wormwood
Literature of the fantastic, supernatural and decadent
Edited by Mark Valentine
Number 15, Autumn 2010
Tartarus Press
by Brian R. Banks & Marta Mazur

foto: Stefan Żechowski. Rembrandt - Ostatnia droga,1940, papier, węgiel, ołówek,44x50 cm

Occasionally, all too rarely, an artist surfaces between the fast–flowing currents of national and wider movements whose unifying descriptions do not always help. The art of Stefan Żechowski (pron. Ge(r)–hovski) has been called fantasy–Realism, surreal horror and erotic Naturalism, but these only refer to some aspects of his work. The same can be said of his nearest and far better known ‘cousin’ Zdzisław Beksiński (1929–2005), for whom there is Canadian website and museum in his Polish birthplace of Sanok. Yet the self–styled Baroque manner of Beksiński – according to his English blog not long before he was tragically murdered – was partly influenced by Żechowski and perhaps Ernst Fuchs (born 1930) whose flamboyant style recalls Dali or H.R. Giger. Żechowski is mixed with elements of Feliçien Rops along with the Expressionism of Otto Dix’s war iconography, overlaid at times with classical and mythological allegory.
Artistic reputation usually depends on historical context. Historians look for trends, precedents, and convenient labels, guided by an unseen arbiter of posterity. But this depends as much on a personal perspective at any given moment – in which direction our attention is focused. Our gaze can only take in so much, and some artists elude historical and geographical contexts while creating independently. They work outside standardized parameters and under the radar.
Stefan Żechowski is a perfect example of those who, like the Czech T.F. Šimon or Russian writer Mikhail Artsybashev, are even neglected in their homelands. Żechowski’s fate was to be born in a Polish village preceding a world war that for the first time in one hundred and twenty–five years signaled national independence from the yoke of a Prussian/Austrian/Russian Partition. But this was cruelly snatched away again after the next world war by an intolerant Soviet regime. Poland traditionally took its cultural vision from the West rather than Russia, but usually with a slight time–delay of a few years. Thus Romanticism, Symbolism, Impressionism, and Modernism had Polish exponents too, permeated by their specific geo–social and cultural experiences. Subtly inspired by the first two movements, contrary and fashion, this was the complex location in which our subject lived and forged his style.
Born on 19th July 1912, one week and two decades after Bruno Schulz, another original artist–writer whom he admired, Żechowski lived all his life in Newtown Street in Książ Wielki, a village near Kielce. He was the fourth and last son of Wincent and Florentyna, honest and industrious folk who in spite of isolated rural poverty ensured education for all their children. One became a teacher and another also had artistic talent, their lives cut short ac victims of Auschwitz thirty years later. For an artist so fascinated, indeed mesmerized, by the female form, it may be significant that there were no sisters, nor more distant relatives mentioned as suitors. A girl at the same school, a one–storey, thatched seventeenth–century building, remembered that the future artist didn’t join in playground games but stood watching, or else read and sketched, traits that never left the outsider all his life.
The first person to recognize his talent was the school headmaster in 1926, who allowed Stefan to draw portraits of those around him during class. Other teachers sometimes even bought the drawings for money or sweets. A developing theme in his work from this time was the subject of hate, which he was to recount in a diary written all his life. For example, one Sunday when out walking he heard screaming from a victim of mugging who was hit on the head by a stone, an almost biblical memory that he regularly reworked: he asked himself: what does it mean, why do people hate each other so much? It was a question that could never be answered, perpetuated in local drunken fights that disgusted him and which featured, allegorically, from his earliest surviving pictures right to the end.
In 1929 the seventeen year–old travelled the sixty kilometers to Kraków, the former capital that became the nation’s cultural heart, for an examination to enter the Ornamental Arts and Crafts School in Mickiewicz Avenue, appropriately named after the national poet he avidly read and portrayed. His still–partly surviving portfolio, with illustrations of another bard’s verse and country scenes that somehow fuse the uncanny with the actual, so impressed the Board of Directors that he was exempted from the theory exam. Indeed, he created quite a stir as a new discovery, which must have lightened the long trek, home of which the last half was on foot because he didn’t have enough money for the fare (the seven złoty, he recounted fifty years later, was the cost of food for a week).
Parental joy was tempered by worry about how to fund his new life in the city. His diary says he was one of the poorest and youngest students there, in his brother’s hand–me–down clothes, suffering hunger and deprivation as well as disappointment with the curriculum (the endless drawing of chairs and pots seemed like an insult). His classmates included irritating rich girls bored with their new environment. He confessed hunger was the worst part, as awareness of the importance of his art transcended the constant humiliation, while school fees were successively reduced due to success. This developing individuality reappeared when he was called–up for the army, a nightmare that also involved solitary confinement on bread and water for drawing caricature of his officer!
First exhibiting in 1929, with twelve more exhibitions in the next eight years, his first solo show in that city in 1930 included pictures of saints, perhaps a reaction to the school experiences. Icons, whether religious or cultural, were a constant motif. After graduation in 1932 he joined a little–known group, the Tribe of the Horned Heart, based on inspiration from the pagan, pre–Christian nation. He was fascinated with the art and ‘haughty personality’ (Ben Hecht) of its leader Stanisław Szukalski (1893–1987), whom he deemed a master, though he later questioned his personality and fell out with him. They were on parallel paths, the elder painter having one of the most singular theories for art and mankind that there has ever been; his ashes were spread, significantly, on Easter Island. Much of his work was destroyed by the Nazis, including his own museum, but his reputation revived in the 1980s, fostered in part because he was collected by Leonardo diCaprio.
After leaving this group, who were somewhat against the tide when experimental movements such as the Artes (formed in Lwów then moved to Paris) held sway, Żechowski returned to book illustration. This resulted in its own controversy. In 1936, when recommended by artist Marian Ruzamski (1889–1945), he visited the writer Emil Zegadłowicz (1881–1941), a magnet for controversial cultural figures. In his rambling country mansion, among sculptures and frescoes of demons mouthing aphorisms outside an altar–room once used by a Christian sect, he had a ghostly experience and ran shouting outside. While there he contracted flu and the family nursed him. They became close friends, a rare experience for the loner described by another visitor, the Socialist Leon Kruczkowski whose book he later illustrated with Flemish–like detail, as ‘quiet, confident and hard–headed but not witty’.
Zegadłowicz was also an individualist, later completely ignored by C. Miłosz’s arrogantly–titled The History of Polish Literature, despite writing an early study of Wilde and modern art movements, dramas and poetry, including Chinese forms. His novels combine a daring exploration of inner drives and passions with awareness of Nature and folk customs of rural communities such as the Tatra highlanders. He told Żechowski that his drawings conjured in front of his eyes the doyen of Decadence who had died a decade earlier, Stanisław Przybyszewski (see Wormwood No.6): the three explored similar aesthetics. His guest confessed, shamefacedly, that he had read almost nothing by that writer, who was once famous across all Europe, but in childhood he’d wanted to read his 1890s novel Homo Sapiens until his brother took it first saying it was not for the young. Zegadłowicz was an important conduit for such material during the inter–war years, when for example he met Bruno Schulz and was given a couple of drawings, which (as we saw on our visit to her home) are still lovingly kept by the writer’s daughter. She still remembers Żechowski’s thick dark hair when he used to shave in the garden during his stay.
The artist gave them thirty drawings as a gift and contributed thirty–seven illustrations to the writer’s new novel, Motory (1937, The Motors). Due to those difficult times, when the establishment controlled the media, the novel was issued as from a fictitious publisher (in fact the author himself), but soon almost all the 1,000 copies were confiscated and the illustrator accused of ‘anti–government rebelliousness and immorality’. The artist’s wish to be associated with this work is in itself significant – at first he was disappointed by the erotic scenes that were too naturalistic for his romantic spirit and view of love, but decided to choose only the fragments he personally liked. Żechowski usually preferred the classics of Polish and European literature from earlier periods, such as Dostoevsky, Edgar Allan Poe, Nietzsche, and the Romantic icons Adam Mickiewicz and Juliusz Słowacki (whose poem ‘Anhelli’ he illustrated at school). Their evocative, almost mythic portraits reappear as a touchstone during the alienation of every life.
Apart from a few short stories he read all Dostoevsky’s work, which he described as like going to a dark witch–world where the poor, innocent, ill and angry people dwell, a space much occupied by himself too in the family’s cramped village cottage at the end of a lane and round the corner from the surprisingly massive church. He spent a couple of months away from school with his work, buried in thinking about the sense and meaning of the world around him, but when he also read Poe (possibly in an edition illustrated by Odilon Redon) he felt himself losing the will to fight to change his situation. Nietzsche’s Thus Spoke Zarathustra, translated by the Decadent writer Wacław Berent, sent the painter into raptures from its very first words.
The visual artists that Stefan Żechowski admired are also significant for an understanding of his own art – not for explication, because they primarily registered on his consciousness rather than the images and style, as with all true originals (in this respect it’s the same with the evocative art of the Quay Brothers, who first introduced us to the Polish master’s work in their studio). Apart from Szukalski, contemporary artists are noticeable by their absence from his stated influences. At college he would be the first and last to leave the National Museum on Sundays, gazing at the famous canvases of Szukalski, Artur Grottger, who died aged thirty and had a famous love affair with a female patriot, and Jacek Malczewski as well as his ‘teachers of light’: Leonardo da Vinci, Correggio, Rembrandt and Rubens whose work of ‘divine features’ was also to be found in Michelangelo’s sculptures. One exception to this pantheon was his interest in the more recent ethereal Symbolism of Arnold Böcklin. Before and during the war he created various cycles entitled ‘Childhood Memories’, ‘Dreams of Power’, ‘War’, ‘Summits’, ‘Hymns to Nature’, and ‘Ill Earth’, as well as essays on free–will, Christ and Satan, subjects that allow a glimpse into his thinking during the mindless engulfing of Europe.
Poland was soon placed in Stalin’s grip, there was no middle ground and little choice but to accept the regime’s Social–Realism, or else be ostracized, starved or imprisoned. From 1946–1949 Żechowski designed a series of thirty postage stamps on Polish culture along with sculpture–like portraits of Lenin and Marx (as well as Chopin, Paganini, Nietzsche, Dostoevsky, and Plato). The following year he received first prize at a national exhibition, and the Gold Cross of Merit in 1955. At this time he illustrated a new edition of Emil Zegadłowicz’s most famous novel, Zmory (Nightmares) which was made into a film by Poland’s foremost director Andrzej Wajda. After the short–lived thaw that followed Stalin’s death in 1956, he withdrew from public life.
Three years earlier, while away, he heard that his home in Książ had been set on fire by a neighbor. He lost his diary, which involved twenty–three years of his life, drawings including some of the ‘Anhelli’ series, and correspondence with writers and artists. The motive for the arson is unknown, but when we visited the Muse of his art, his widow Marianna Żechowska, we could see that the home is still closely–bordered by other cottages. Almost unchanged from her husband’s portrayal, when she used to supply him with books when working in a bookshop, she kindly showed us unpublished drawings from his prodigious albums along with decorated artefacts that are little known. The astonishment that the art provokes cannot be adequately conveyed in a narrative, but it is comparable to the shock that this wondrous treasure–trove of a lonely artist, whose ideal was to convey a unique vision, should be so little known in the world.
Some international notice did come, albeit sporadically, during his last twenty years. In 1964 he exhibited in Brussels then exactly ten years later at an erotica and fantasy exhibition in New York, for which he had won a scholarship, a rare achievement in Communist time. He was invited to stay but preferred to return to Poland, although some exhibits appeared in Sternberg’s renowned L’Amour sensuel: An Encyclopedia of Erotic Art that has been periodically reprinted and Andrzej Banach’s Les Enfers (The Hells), both in Paris. In 1977 a television documentary Hermit was filmed in his studio, which is still screened today, showing the always clean–shaven, soberly–dressed man almost as incongruously placed among the art as the viewer. According to his wife, he didn’t smoke or drink, ‘his only addiction was women’. A selection of drawings, poorly reproduced, alongside his writings was published as an album in Łódź, Na jawie (1981, The Undream), when a monthly pension was granted for his lifelong service to art by the city of Kielce. This belated recognition was only briefly experienced, as he died on the 28th October 1984. He was laid to rest in the cemetery among the quiet fields surrounding his home.
At the beginning of the new century a better–produced, lavish folio with rare photographs appeared, Kusiciel Demonów (The Temptation of Demons), but against the wishes of the artist’s wife. Also of interest, with unpublished material from the family archive, is a concurrent exhibition catalogue by Kraków’s Historical City Museum. In 2002 the local school was renamed after him, and his widow donated four portraits at the inauguration ceremony; for the twenty–fifth anniversary of his death a ceremony was held there attended by local dignitaries.
It is said that his preference for solitude combined with an introverted nature contributed to the underestimation of his reputation that is only now being rehabilitated, yet it is extremely rare for any village artist to even be heard about outside their locality. Full of disdain for the low level of modern art, this master craftsman diligently worked in pastel, crayon, charcoal, pencil and oil in a deliberately archaic style that adds to the dreaminess, the otherworldliness of the vision. Too superficially it is sometimes labelled kitsch, but that term signifies degraded value, the sad substitutes for life fostered by such objects of the world, such artefacts of atrophic Modernism, it is an outpouring organic in its growth. The eternal verities are depicted to counter the incursive modern world, like his admired Symbolists. One of the first diaries of R.M. Rilke, another advocate of solitary way, defined art as ‘the means by which singular, solitary individuals fulfil themselves on a path towards freedom. What Napoleon was outwardly, an artist is inwardly. He creates to make more space within himself.’ This applies to our subject.
It would be too easy to compare him with kindred imbibers of infinity such as Odilon Redon, Alfred Kubin, Feliçien Rops or Aubrey Beardsley. Yet these originals do share a principle image of woman in a micro–cosmos or fantasy–world that in human terms is driven by the dynamics of extreme passions, which can manifest sexually or through its counterpoint of hate. To some extent there is the bond of Symbolist–Decadent view of Woman as a Temptress, as Eve and Salomé, but She is also fundamentally a Muse for Man with the same burden. The fleshy women, as in the more staid forms of Bougereau, J.–A. Ingres and Rubens, are juxtaposed with the startling and often chaste beauty of nymphs, ethereal as their settings. He depicts human physicality in the space not of an ‘orthodox’ real world but the cosmos of the imagination, exposed to a secret viewing. Just as the ancients preferred not to set figures in landscapes but in their own right, so Żechowski places them webbed in a personal prism of his own making, like a crystal. There is a complete, final absence of all the trappings of the so–called real world. The melancholy of the artist is let loose in the joy of the pagans, and each result touches unforgettably the viewer’s inner self.
Art of course stresses the primacy of the imagination, the inner–self, and Żechowski obliterates the outer world to build on its ruins with a concentration derived from the primal source of the landscape–within. The various cycles of his art focus on states of consciousness, the moods and passions derived from fragments of literary memory, woman in her various forms, manifested and interior, sometimes in the peepshow owned by Death. Apostles and mythic allegories vie with Pan, bony angels with bug–eyed morphs twisting around their prey to be startled in Ensor–like mirror–play; in profoundly–titled dreams or nightmares are frozen the inhabitants of worlds obviously too small to hold more than themselves. There is a stunning uniqueness of each image, and while they parallel Goya, Bresdin and de Groux as if from a secret chamber in Huysmans’ Á Rebours, there are no actual precursors nor any external referentials. His work is autonomous, drawn from the singular thread of one hypersensitive seeking to find himself in the unreal realm of human existence. He does not create standardized horror but its aftermath, its consequences, a profound and incomprehensible disquiet sensed without end or frontiers, a wandering of the earth as in the borderlands experienced by Blake. Like séance records, the light is from another, hidden source.
His deliberate, steadfast isolation formed the characteristics of his individual style. From an early age he was determined to pursue an unconventional path, primed by self–study from endless hours in museums and libraries. He tells us in the Hermit film that ‘My intemperance of youth passed in a blaze of fervent, almost religious cults surrounded by the spiritual figures of the nation, the talented artists, martyrs of ideas, geniuses of justice, prophets of liberation. The brightness of the everlasting shone to help me face and eclipse the darkest moment of my life’. This evolution, always on the margins, had its own philosophical paradigm of Time: every given moment forms the continuum of eternity, whether in superb classroom scenes which seemingly derive from racial memory or on the curve of a planet’s rim.
The world we share through observation of his art is saturated with inner light, as if escapes from Plato’s cavern. His astounding imagination, unusually inspired mostly from literature (like Redon and to some degree Mervyn Peake), is becoming increasingly available via the internet. The imagery is so rich that, in all truth, it defies description, at least outside the parameters of a book. Even then, during the night, it would seep out of the binding when we are unaware. For explorers of true art, it is not hyperbole to say that discovery is akin to a revelation. Stefan Żechowski’s tomb, among the meadows and orchards he left to tell their own story, bears the legend: ‘I dreamed my art’.

PUSTELNIK WŚRÓD RUSAŁEK


Urodzony równo 100 lat temu Stefan Żechowski jest jednym z najwybitniejszych polskich twórców XX wieku. I najbardziej niedocenionych.

Marcin Kołpanowicz, 2012


„Była piękniejsza niż obraz, niż rzeźba, niż moje marzenia. Była bogom podobna. Pochyliła się nade mną, a jej zwinne palce zaczęły mnie rozbierać. Owionęło mnie ciepło jej ciała i jej zapach…” - tak Stefan Żechowski opisuje, jak został uwiedziony przez piękną studentkę, której portret szkicował wcześniej potajemnie w bibliotece.


Ta scena, zawarta w autobiografii artysty, zatytułowanej „Na jawie”, znamienna jest dla biografii Żechowskiego. Wydaje się, że artysta wciąż bywał uwodzony: przez lektury (Słowacki, Dostojewski, Nietzsche), przez artystów: Stanisława Szukalskiego czy Emila Zegadłowicza (mam tu na myśli uwiedzenie artystyczne, intelektualne - nie homoerotyczne), przez polityków: Bieruta i komunistów urządzających powojenną Polskę na sowiecką modłę, wreszcie przez swych wielbicieli: pisarza Andrzeja Banacha i dziennikarza Ryszarda Wójcika. Żechowski dawał się uwodzić - wynikało to z jego charakteru - a przecież pozostawał zawsze wierny sobie i bezkompromisowy, jako twórca. Malarz, skupiony na swym wewnętrznym świecie i dążący do osiągnięcia doskonałości w sztuce, w życiu codziennym bywał niepraktyczny, niezaradny, chorobliwie nieśmiały. Był, jak sam pisze, pozbawiony wszelkiej agresji, a nawet instynktu samoobrony.

Urodzony 19 lipca 1912 r. w Książu Wielkim, syn ubogiego bednarza i stolarza, wychowany w głęboko religijnej rodzinie, od najmłodszych lat przejawiał niepospolity talent plastyczny i wielką wrażliwość na słowo pisane. W dzieciństwie, pasając krowę, oddawał się lekturze, marzeniom i tworzeniu pierwszych rysunków. Sprzężenie malarstwa z literaturą i fantazją pojawiło się u niego bardzo wcześnie i obecne było do końca życia.
Przyjęty do Szkoły Sztuk Zdobniczych w Krakowie, przeżywa rozczarowanie rutyną nauki. To wtedy jeden z pedagogów, podpity profesor Wojtyczko, nazwał ubogiego ale świadomego swej wartości studenta „przybłędą z gwiazdozbioru Mlecznej Drogi”. Wojtyczko zapoznał go także ze Stanisławem Szukalskim. Rozpoczyna się u Żechowskiego etap fascynacji osobowością „Stacha z Warty” Szukalskiego, jednego z największych oryginałów polskiej sztuki. Wychowany w USA, Szukalski pojawiał się w latach 20. i 30. na krótko w Polsce. Swą wizjonerską twórczością, niepokornymi poglądami oraz zaczepnymi manifestami wstrząsnął pogrążonym w samozachwycie Krakowem. Autor monografii Szukalskiego, Lechosław Lemański, uważa go za obdarzonego największym poczuciem formy polskiego artystę, którego ogromny potencjał zaprzepaszczony został przez chorobę umysłową. Efekt swych historyczno-antropologiczno-lingwistycznych (a w istocie: paranoicznych) dociekań zawarł Szukalski w 42 tomach ręcznie napisanej teorii „Zermatyzmu i Macimowy” pod tytułem „Należy mi się cały świat”. Rzeźby i rysunki Szukalskiego stanowiły dowód technicznej maestrii, choć zarazem niewolniczo ilustrowały jego urojenia. Kapitalnym rozwiązaniom plastycznym towarzyszyło jednak chorobliwe rozczłonkowane formalne. Stylistycznie dzieła te oscylowały pomiędzy motywami prasłowiańskimi, prekolumbijskimi i formistycznymi. Fenomenalna pamięć wzrokowa, nieokiełznana wyobraźnia, śmiałość wizji i wirtuozeria ręki „Stacha” zafascynowały grupę młodych krakowskich studentów, wśród nich Stefana Żechowskiego. Szukalszczycy porzucili studia i założyli Szczep Rogate Serce, który stał się rodzajem sekty wyznawców, ślepo zapatrzonych w swego guru. Niewątpliwie najzdolniejszym z nich był Żechowski, który też jako pierwszy zerwał z Mistrzem, urażony jego trywialnymi radami życiowymi („znajdź sobie kobitę starszą, byle ładną dupkę miała” – pisał Mistrz do swego ucznia, który przez całe życie odczuwał do płci pięknej rodzaj nabożnego szacunku, wyrastającego z romantycznego pojmowania kobiety, jako istoty nieskończenie lepszej od mężczyzny) . Żechowski przejął jednak – i od razu po swojemu przekształcił – metodę „twórcownianą” Szukalskiego, polegającą na odrzuceniu studiowania z natury, ćwiczeniu pamięci wzrokowej i jak najdokładniejszym wyobrażeniu sobie tego, co chce się narysować zanim przystąpi się do pracy.
Następnym idolem Żechowskiego stał się Emil Zegadłowicz, poznany dzięki wspólnemu przyjacielowi, malarzowi Marianowi Ruzamskiemu. Żechowski z wypiekami czyta „Zmory” i „Motory” i tworzy do tych ostatnich ilustracje, swoim zwyczajem – samodzielne wobec tekstu, a zarazem tak sugestywne, że pod ich wpływem sam pisarz zaczął przerabiać fragmenty swej fabuły. Tymczasem Ruzamski jest wściekły na Zegadłowicza, który nie wywiązuje się ze swych zobowiązań finansowych wobec „Żecha”, i na samego „Żecha”, który daje się wykorzystywać bez słowa protestu. A cenzura obyczajowa konfiskuje książkę oraz ilustracje, jako „niemoralne i obsceniczne”, do problemów finansowych dochodzi więc jeszcze proces sądowy, który przerywa dopiero wybuch wojny.
Za sprawą Zegadłowicza, ateusza i wolnomyśliciela, poznaje Żechowski środowisko przedwojennych komunistów i zbliża się do lewicowych poglądów. Szlachetnie i naiwnie wierzy, że rozwiążą one problem niesprawiedliwości oraz nędzy, z którą artysta zaznajomiony jest od najmłodszych lat. (W jego autobiografii znaleźć można przejmujący opis, jak podczas studiów, z braku pieniędzy na transport, wraca piechotą z Krakowa do Książa – 56 km – i omal nie umiera po drodze z zimna i wycieńczenia).
Okres okupacji spędza Żechowski w Książu, boleśnie przeżywając okrucieństwa, których jest świadkiem. Z rąk Niemców giną dwaj jego bracia. Artysta wyraża swą wojenną traumę wstrząsającym cyklem ”Wojna”, łączącym naturalizm z wizyjnością. Po wojnie przez jakiś czas tworzy rysunki, które tematycznie wpisują się w niechlubny nurt realizmu socjalistycznego (choć artystycznie znacznie ponad niego wyrastają) – to owoc wcześniejszych znajomości w kręgach KPP, zawartych za sprawą Zegadłowicza. Żechowski wykonuje także znakomite projekty znaczków (Mickiewicz, Puszkin, seria: świat pracy), naturalistyczne olejne portrety partyjnych przywódców oraz kilka agitacyjnych produkcyjniaków, jednak gdy poznaje bliżej praktyki systemu „sprawiedliwości społecznej”, odwraca się od niego ze wstrętem. Nie czerpie później żadnych korzyści ze swego zaangażowania, a po latach, gdy Jaruzelski wprowadza stan wojenny, Żechowski jest zdruzgotany psychicznie i uznaje swe wcześniejsze sympatie dla komunizmu za wielki życiowy błąd.
W 1953 r. ma miejsce dramatyczne wydarzenie: w Książu płonie dom rodzinny, a wraz z nim niemal wszystkie stworzone dotychczas obrazy, rysunki i zapiski artysty. Żechowski pogrąża się w depresji; kiedy z niej wychodzi, rzuca się w wir tworzenia, ale teraz skupia się wyłącznie na swym wewnętrznym świecie, wspomnieniach dzieciństwa, młodzieńczych inicjacjach, fantazjach erotycznych oraz filozoficznych oraz gorzkich satyrach na ludzkie okrucieństwo, obłudę i nikczemność. Tworzy też ilustracje „Zmór” Zegadłowicza i „Na Srebrnym Globie” Żuławskiego. Skazuje się na dobrowolną izolację od współczesnego życia artystycznego, mieszka na zmianę w odbudowanym domku w Książu Wielkim i w kamienicy w Zabrzu, ze swą żoną Marią. Nie myśli o sprawach materialnych, brzydzi się zarabianiem, do końca życia klepie więc biedę, ale nie narzeka ani się nie skarży – postępuje wyłącznie za wskazaniami swej busoli moralnej. Nie zabiega o sławę czy popularność, a praktycznie robi wszystko, żeby ich nie osiągnąć. Swoich prac nie sprzedaje, żyje ze sporadycznie wykonywanych portretów na zamówienie. Andrzej Banach zafascynowany erotykami Żechowskiego umieszcza je w swej wydanej we Francji historii polskiej sztuki erotycznej i pomaga zorganizować wystawy „Żecha” w Brukseli i w Nowym Jorku. W 1977 r. Ryszard Wójcik kręci o nim film pod znamiennym tytułem „Pustelnik” oraz dosłownie zmusza go do publikacji wspomnień „Na jawie”.

Wielkość sztuki Żechowskiego w całej pełni można ocenić jedynie oglądając oryginały jego prac (szczęśliwcy, do których się zaliczam, mieli po temu sposobność podczas nielicznych wystaw). Reprodukcje nie oddają całej subtelności i bogactwa rysunkowej maestrii. „Żech” miał zresztą pecha do reprodukcji – jego ilustracje w książkach i rysunki w albumach wydrukowane na lichym papierze tracą prawie wszystko.

Na czym polegała jego wielkość?

Po pierwsze: kompozycja - oryginalna, bezbłędnie trafiona, wyrafinowana, tworzona z wyczuciem formatu i proporcji oraz niezawodnym instynktem graficznym.

Po drugie: walor - operowanie masami cienia i światła, rembrandtowska reżyseria, rozjaśniająca to, co ważne, a elementy drugoplanowe ukrywająca w mroku.

Po trzecie: materiał - przy minimalizmie środków (dobrze zaostrzony ołówek, węgiel, czasami pastel) zadziwiające bogactwo fakturalne, zabawa miękkością i szorstkością, swoboda w szkicowym lub nieostrym traktowaniu plam, na których tle może zaistnieć precyzyjny szczegół.

Po czwarte: obserwacja – trafna charakterystyka postaci, ekspresyjna deformacja, psychologiczna głębia, gdy trzeba – karykatura.

Po piąte: poezja – stanowi ona clou twórczości Żechowskiego. Fantazja, wizyjność, tajemniczość. Był mistrzem nastroju, w jego pracach przeplatają się groza, ale i wdzięk, egzaltacja, ale i humor. Zarzucano mu kiczowatość i młodopolszczyznę; według mnie należy Żechowski do tych twórców, którzy nawet jeśli czerpią z ckliwych czy szmirowatych źródeł, przepuszczają te inspiracje przez filtr swego talentu – i wynoszą na poziom prawdziwej sztuki.

Po szóste: erotyka, nigdy (prawie) jednak nie pornografia – Żechowski stworzył szczególną rasę kobiet, o ogromnych kocich oczach, zmysłowych ustach, gładkiej skórze i jędrnym ciele, ukształtowanych według własnego kanonu proporcji (sterczący biust, krótki tułów, wąska talia, wysmukłe uda), kobiet budzących pożądanie, ale też traktowanych z platoniczną idealizacją. Uwodzicielskie muzy, bezlitosne rusałki – i lubieżne kochanki, które uczynił Żechowski bohaterkami jednych z najodważniejszych w sztuce polskiej scen miłosnych.

Po siódme: wirtuozeria. Po prostu.
Czy to mało, by można było postawić Żechowskiego w gronie najwybitniejszych indywidualności XX-wiecznej sztuki polskiej? Oglądanie prac Żechowskiego jest spotkaniem z twórczością autentyczną, głęboko przeżytą i opłaconą życiem (przepraszam za patos, ale o „Żechu” inaczej się nie da). Na miarę tych nielicznych majstrów, którzy ołówkiem lub rylcem potrafili dokonać wszechstronnego, a zarazem bardzo osobistego „opisania świata” : Rembrandta, Francisco Goyi, Honore Daumiera, Artura Grottgera czy Brunona Schulza. Żechowski zasłużył na światowy rozgłos, a już na pewno na stałą ekspozycję w dużym ośrodku kulturalnym i monografię z prawdziwego zdarzenia. Jeśli sami nie będziemy lansować naszych największych mistrzów, nie liczmy na to, że doceni ich świat.

W autobiografii Stefan Żechowski opisuje swój dziecięcy sen, w którym podchodzi do stołu i wertuje leżące na nim grube księgi. Księgi wypełnione niezwykłymi rysunkami. Na jednym z nich w kosmicznej przestrzeni unosi się tłum nagich aniołów. Na innym skrzydlaty duch otwiera wnętrze ziemi, a tam kłębią się straszliwe węże… Czyje to były rysunki? – pyta „Żech” i odpowiada: "musiały być moje! ŚNIŁEM WŁASNĄ SZTUKĘ."
To właśnie zdanie umieszczone jest na grobie artysty na cmentarzu parafialnym w Książu Wielkim.

Dusza artysty od kuchni

Film: Joanna Zawadzka

Stefan Żechowski
Tym razem w ramach cyklu "ArtKino" odbędzie się pokaz filmu "Pustelnik", opowiadającego o twórczości i życiu wybitnego grafika Stefana Żechowskiego.

Nigdy nie został należycie doceniony, dopiero dziś chętniej powracamy do jego dzieł. Kiedyś kojarzony był głównie z przedwojennym skandalem dotyczącym ilustracji do pewnej powieści. Balansująca na pograniczu erotyki i snu kreacja postaci w tych rysunkach była podstawą do oskarżenia go o szerzenie pornografii.

Jednak wydarzenie to nie wywarło na Żechowskim znaczącego wpływu. Dla niego najważniejsza była sztuka i to jej podporządkował życie. Dlatego kiedy w pożarze rodzinnego domu spłonęła część jego prac, a także prowadzony przez lata dziennik, przeżył ogromny wstrząs. Kilka lat później powrócił do rodzinnego Książa, by osiąść tam na stałe i skupić się tylko na rysowaniu. Wtedy właśnie powstał zbiór erotyków, a pracami artysty całkowicie zawładnął motyw kobiety.

Film ukazuje jego losy oraz twórczość. To wspomnienie człowieka, który niezrozumiany przez innych, jak napisano na jego grobie, "Sam śnił swoją sztukę". Po projekcji będzie mieć miejsce prezentacja dzieł artysty, przygotowana przez Marcina Strokosza.

10 stycznia 2013, godz. 19.00, GSW "Widzimisie" (ul. 3 Maja 44/2), wstęp wolny.

Artysta z losu

„Odra”, 7–8 (173–4), lipiec–sierpień 1975, rok XV, str. 25–34
ARTYSTA Z LOSU
Kraków
Droga do upragnionego celu moich pragnień, Akademii Sztuk Pięknych, którą powinny poprzedzić lata gimnazjum, wydała mi się okrężna i zbyt długa. Postanowiłem ją skrócić.
Byłem za młody, aby wiedzieć, że artystą jest się z losu od najwcześniejszej młodości przez całe życie, lub nie jest się nim nigdy. A warunkiem tego jest przede wszystkim talent i wyobraźnia, umysł, wola i uczucie, a na koniec umiejętność i wiedza.
Nie wiedziałem wówczas, że studia plastyczne z całym balastem form nauczania są jedynie stratą czasu. W odpowiednim miejscu wrócę jeszcze do tego tematu.
W czerwcu 1929 roku, po załatwieniu potrzebnych formalności, znalazłem się w Krakowie, w dużym ozdobnym budynku Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego przy alei Mickiewicza 5.
Przybyłem tu na egzamin i zgodnie ze swoją niezdolną do umiaru naturą przywiozłem wielką i ciężką tekę z mnóstwem rysunków i obrazków, wśród których znajdował się także cykl ilustracji do „Anhellego”. Było razem tego tyle, że starczyłoby na wypełnienie kilku ścian dużej sali.
Dyrektorem tej szkoły był znany rzeźbiarz prof. Jan Raszka. Nie wiem, czy on, czy też kto inny zwrócił uwagę na zawartość teki pozostawionej przeze mnie w sekretariacie, bo przyjęty zostałem od razu bez teoretycznego egzaminu, a przy odbiorze teki, szczupła siedząca za biurkiem pani oznajmiła mi z uśmiechem:
– Prace pana oglądane były z dużym zainteresowaniem.
Nie śmiałem zapytać przez kogo, przypuszczając, że zapewne przez profesorów.
Wracałem do domu z uczuciem radości i dumy, pełen wielkich marzeń i najlepszych nadziei na przyszłość. Z autobusu wysiadłem już w Słomnikach, gdyż na całą trasę zabrakło mi pieniędzy. Niemałą, bo ponad 30–kilometrową drogę do Książa przeszedłem piechotą, a teka, którą niosłem i pakunek, nie były lekkie.
Zmrok jeszcze nie zapadł, kiedy usiadłem na niewielkim wzgórzu porosłym trawą, aby odpocząć. Bolały mnie nogi i ręce. Siedziałem długo. Słońce już zaszło rozlewając po niebie świetlistą czerwień, zamkniętą pasmem lasu na dalekim horyzoncie, kiedy ruszyłem dalej i niedługo potem, w szarym już mroku, dostrzegłem zamgloną panoramę miasteczka – był to Książ Wielki. Przystanąłem znowu na chwilę, aby nacieszyć oczy wschodem księżyca. Na prawo spoza ciemnego wzgórza wyłoniła się jego wielka tarcza, srebrząc zasnute mgłą płaszczyzny łąk i stawów.
Wkrótce znalazłem się w domu i już na progu oznajmiłem rodzicom pomyślną wiadomość. Przyjęli ją w zupełnym milczeniu nie podzielając mojej radości i dumy. Matka podała mi zaraz kolację, lecz dostrzegłem, że była zmartwiona, a nawet ukradkiem ocierała łzy.
Po wakacjach we wrześniu, znalazłem się w Krakowie i odtąd zaczęła się moja niełatwa dola. Poznałem aż nazbyt dokładnie wszystko to, co wyniknęło z mojej sytuacji; nieznajomości życia, czyli naiwności, niezaradności wrodzonej, a ponadto z egzaltowanej i marzeniami przepełnionej duszy. Poznałem więc autentyczny głód, zimno, nie kończące się, a co dzień nowe rozczarowania.
Po parugodzinnych poszukiwaniach wypełnionych trwogą, że chłodną, pochmurną noc wypadnie mi spędzić gdzieś na ławce w parku lub dworcowej poczekalni, późnym wieczorem znalazłem pokój sublokatorski, za mostem Dębnickim przy ulicy Powroźniczej 3, w mieszkaniu robotnika na drugim piętrze. Był to właściwie kąt w kuchni małej, wąskiej, o jednym oknie, ze stołem pośrodku. Po jego obydwu stronach naprzeciw siebie stały dwa żelazne łóżka. Jedno z nich, po prawej, należało do mnie, w drugim spali dwaj chłopcy, młodsi ode mnie, synowie robotnika.
On, człowiek w średnim wieku, o posępnym wyrazie twarzy, zawsze milczący, pracował w nocy gdzieś w fabryce czy też drukarni. Wracał rano i spał przez dzień. Jego żona, niska, brzydka kobieta o małych świdrujących oczkach, zadartym kaczym nosie i zawsze rozczochranych, rudych włosach, gadatliwa, krzątała się po kuchni. Obok był ich pokój sypialny, duży, o dwóch oknach. Mieszkała w nim jego córka, dorosła panna, zapewne z pierwszego małżeństwa. Była to wysoka, przystojna dziewczyna o długich jasnych warkoczach i niebieskich oczach. Na imię jej było Teresa. Pracowała zapewne gdzieś w barze, bo wracała do domu późnym wieczorem, gdy światła były już pogaszone i wszyscy spali.
Czasem, zanim zdążyłem zasnąć, słyszałem, jak wraca. Bywało to nieraz przed północą i później. Po lewej stronie drzwi stała umywalka, a nad nią duże lustro, z boku wisiały ręczniki. Za chwilę wychodziła z ciemnego pokoju, świeciła małą lampkę nad lustrem, wlewała wodę do dużej miednicy i rozbierała się do mycia. Robiła to po cichu, lecz swobodnie zrzucając z ramion niebieski szlafrok i różową koszulę w przekonaniu, że chłopcy już zasnęli, bo zwykle z ich łóżka rozlegało się głośne chrapanie.
Mnie jednak często dokuczała bezsenność i oczy w mroku miałem otwarte. Więc ich nie zamykałem, a nawet otwierałem szerzej w chwili, gdy stawała naga, pochylona nad miednicą. Ciało jej w żółtym świetle lampki przypominało rzeźbę, a plusk wody, spłukujący namydlone, lśniące ramiona i piersi, miłą muzykę. Potem płynne ruchy rąk przy wycieraniu ciała ręcznikiem, czasem dłuższe badawcze spojrzenie w stronę mojego łóżka – potem koszula narzucana przez głowę – lekki trzask przekręcanego kontaktu i już w mroku stąpanie w kierunku uchylonych drzwi sypialni.
A w oczach moich, zamkniętych teraz, obraz ten jak na ekranie świecił dalej, promieniując pięknem wszystkich szczegółów i długo nie pozwalał zasnąć.
Myślałem sobie, jak bardzo brzydkie są te nagie kobiety, które w szkole wieczorem pozują do aktu. Te modelki o piersiach obwisłych, sfałdowanych brzuchach i tępym wyrazie twarzy.
Ta dziewczyna była przy nich jak nimfa leśna czy rusałka. Pilnie więc studiowałem rzeźbę jej ciała. Dostrzegłem też, że ten rodzaj studiów rozwija pamięć i wyobraźnię – tamten szkolny natomiast zabija ją i niszczy.
POGRZEB MALCZEWSKIEGO I SZUKALSKI
W nielicznych wolnych chwilach poznawałem to wspaniałe legendarne miasto. Wiedziałem, że mieszka w nim i tworzy mój wielki, umiłowany mistrz Jacek Malczewski. Gorąco marzyłem o tym, aby choć raz zobaczyć go na własne oczy.
Pod koniec września, pewnej niedzieli pod wieczór poszedłem na Wawel. Wydawało mi się, choć nie wiedziałem dlaczego, że tam właśnie powinienem go ujrzeć. Byłem pewien, że poznam go od razu, gdyż doskonale pamiętałem każdy szczegół jego twarzy z licznych autoportretów.
Stanąłem przy obmurowaniu, w pobliżu wejścia do Smoczej Jamy, skąd roztacza się rozległy widok na most Dębnicki, Wisłę, Salwator i Kopiec Kościuszki. Słońce już zaszło, szeroki zakręt rzeki lśnił jeszcze pomarańczowym blaskiem nieba. Zaciągał chłodny wiatr.
W pewnej chwili uwagę moją zwrócił niewysoki, szczupły człowiek w długim, czarnym płaszczu z peleryną i w kapeluszu z szerokim rondem. Był sam. Stał o kilka kroków ode mnie, nieruchomy, zamyślony. Spoglądał w dół na Wisłę. Jego profil na tle nieba od razu przypomniał mi Jacka Malczewskiego. Ta sama krótka siwa broda, wydatnie sterczące duże wąsy, nos o mocno zarysowanych nozdrzach i duże wypukłe, nakryte powieką ciemne oczy.
Z nagłego wzruszenia zabiło mi serce i do głowy przyszła myśl szalona. Podejdę zaraz, złożę ukłon i ze słowami najgłębszej czci i uwielbienia ucałuję rękę Mistrza, a potem niech już się stanie, co chce.
Zanim jednak zdołałem uświadomić sobie ten zamiar, „Mistrz” odwrócił się i nie patrząc na mnie poszedł w kierunku wyjścia. Niepostrzeżenie poszedłem za nim. Wkrótce zniknął w bramie ulicy Straszewskiego. Niezauważony poszedłem po schodach na drugie piętro, aż do drzwi, które za sobą zamknął. Na tabliczce odczytałem jakieś obce nazwisko. Przygnębiony i smutny wróciłem do domu.
W tydzień potem 8 października 1929 roku radio i prasa ogłosiły: „Jacek Malczewski nie żyje”. Wieść ta wstrząsnęła mną i poczułem smutek ogromny na myśl, że już nigdy żywym go nie zobaczę.
Pamiętam ten pogrzeb wspaniały i wielki tłum od kościoła Franciszkanów idący na Skałkę i piękną mowę ministra nad trumną ze znanym fragmentem z „Anhellego”:
„Wybiorę więc jednego z nich i ukocham go jak syna, a umierając oddam mu ciężar mój i większy ciężar niż mogą unieść inni.
I pokażę mu wszystkie nieszczęścia tej ziemi, a potem zostawię go samego w ciemności wielkiej z brzemieniem myśli i tęsknot na sercu”.
Pamiętam niezliczoną ilość kwiatów i wieńców u Jego trumny i mnóstwo młodzieży.
Pamiętam również, jak pośród tłumu uwagę moją przykuł młody, niecodziennie ubrany człowiek o twarzy podobnej do jakiegoś słowiańskiego królewicza, okolonej długimi, jasnymi, zakrywającymi szyję włosami. Wydał mi się zarazem piękny i bardzo niezwykły. Dowiedziałem się wkrótce, że był to Stanisław Szukalski.
*
Miejscem najczęściej i najchętniej odwiedzanym przeze mnie było Muzeum Narodowe w Sukiennicach.
Przychodziłem tam zwykle w niedzielę, pierwszy, a wychodziłem ostatni, kiedy portier ruchem głowy i ręki oznajmił, że nalży opuszczać sale.
Tam syciłem spragnione oczy, wpatrując się w obrazy umiłowanych mistrzów: Grottgera, Malczewskiego, Chełmońskiego, Pruszkowskiego, Witolda i – wszystkich ich przytłaczających nadludzką pracą i niezrównanym mistrzostwem wykonania – Matejki.
Tam też w dużej sali, na lewo od wejścia, po raz pierwszy zobaczyłem rysunki i rzeźby Stanisława Szukalskiego.
Nazwisko autora nic mi nie mówiło. Niedawno przybyłem z Książa, gdzie wprawdzie przeczytałem już wiele; poznałem poezję romantyczną, powieści Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego, i trochę o sztuce, a książki Marii Gerson Dąbrowskiej „Polscy artyści, ich życie i dzieła” oraz tejże autorki „Wielcy artyści, ich życie i dzieła” znałem niemal na pamięć, lecz o Szukalskim nie wiedziałem nic.
Utwory tego artysty zaskoczyły mnie dziwnością, jakiej dotychczas nie znałem. Kontrastowały tak bardzo z dziełami moich umiłowanych mistrzów, że w pierwszych chwilach nie wiedziałem, co o nich myśleć. Emanował z nich klimat zupełnej odrębności, czegoś obcego mej duszy, a zarazem pociągającego niepojętą siłą.
Każdy z tych małych rysuneczków, wykonanych przeważnie ołówkiem z niezwykłą precyzją, przedstawiał zjawiska nie znane mi dotąd w sztuce, zadziwiał fantastyką, osobliwością wyrazu i dziwnością samej formy, odmiennej od wszystkiego, co było w muzeum. Utwory te, zaopatrzone komentarzem Mariana Ruzamskiego, objaśniającymi ich zawiłą, symboliczną treść, posiadały tytuły zmuszające do refleksji. Oto niektóre:
„Człowiek i sumienie”, „Pojedynek idealistyczny z cynikiem”, „Myśl o śmierci”, „Za ideałem”, „Człowiek i jego brat”, „Żywe piachy myśli”, „Melancholia”, „Szkodnik, bo u źródła”, „Sam z sobą”, „Śmierć”, „Niedola”, „Szatan”, „Zaraza”, „Apostoł demokracji”, „Mammon”, „Ciężar widzenia”, „Jeżeli dobry Bóg stworzył królika, to kto spłodził żmiję”, „Wolność? Wolność” i wiele innych.
Ten ostatni przedstawiał wnętrze ciemnej piwnicy, na sklepieniu której widniały dwa otwory. Na dnie ustawiono schody, umocowane do ruchomej dźwigni. Tłum z wyciągniętymi ramionami idzie po nich w górę, ku otworowi sklepienia, za którym roztacza się jasna przestrzeń nieba, lecz na próżno, bo i kiedy przekroczy środek dźwigni – spadnie na dno i od nowa zacznie swą beznadziejną wędrówkę ku wolności.
Patrząc na ten rysunek nasuwa się myśl, co więc czynić, aby wolność osiągnąć. Zburzyć piwnice? Lecz wtedy ciężkie sklepienie przywali i zmiażdży buntowników.
Każdy rysunek Szukalskiego zawierał jakąś zadziwiającą treść. Podobnie jego rzeźby.
Pamiętam, że kiedy przenosiłem spojrzenie z tych utworów na obrazy wiszące w muzeum, doznawałem dziwnego wrażenia. Znane dzieła mistrzów wydawały mi się jakieś łatwe, proste, bezproblemowe i bezwiednie całą duszą stanąłem po stronie tego niesamowitego artysty.
Tylko młodość, z jej egzaltowaną wrażliwością, duszą całą poddaje się tajemniczym siłom oddziaływania i zdolna jest do tak fanatycznego podziwu.
SZKOŁA, BIEDA I NIEZWYKŁY PROFESOR
Szkoła szybko wystudziła mój zapał i przyniosła zupełne rozczarowanie.
Głównym przedmiotem była tu nauka budowy ornamentu. Wykładał ją profesor Karol Homolacs, człowiek niepospolitego umysłu; wysoki o mocnej budowie ciała i łagodnej, smutnej twarzy, o oczach pełnych głębokiej zadumy. Krótko przycięta siwa broda i kształtna łysa czaszka – upodabniały go do Jacka Malczewskiego. Jego wykłady łączyły filozofię z teorią sztuki oraz historią kultury. Wzbogacone anegdotą i refleksją były niezwykle interesujące. Jednak sam przedmiot ornament, jego istota i struktura nie budził we mnie żadnego zainteresowania, a nawet nie lubiłem go.
Pozostałe przedmioty to anatomia, perspektywa, historia stylów, historia sztuki oraz geometria wykreślna i wieczorny rysunek aktu.
Był jeszcze jeden przedmiot: formy ogólne. Polegał na projektowaniu małych form architektonicznych i rysowaniu martwej natury. Jego wykładowcą był architekt Ludwik Wojtyczko.
Była to niezwykle oryginalna osobowość. Impulsywny, entuzjastycznie nastawiony do wszelkich wybitnych i oryginalnych zjawisk w sztuce był zarazem otwarty i bezkompromisowy, wybuchowy i serdeczny. Średniego wzrostu, krępy, w ruchach zdecydowany, o regularnych rysach twarzy, czerstwy, o przekrwionych szaroniebieskich oczach, lekko zaczerwienionym nosie i krótko przyciętych siwych włosach był uosobieniem energii. Po tylu latach odczuwam głęboką wdzięczność dla tego człowieka. On jeden w owym okresie największej biedy okazał mi życzliwość, interesował się moim losem i moją sztuką, a nawet zakupił kilka moich rysunków.
Bo chociaż w domu moich rodziców była bieda, nie bywałem jednak głodny. Dopiero tu, w Krakowie, poznałem ją, a więc biedę całą ze wszystkimi jej przypadłościami. Obok rzeczywistego głodu, któremu towarzyszą skurcze żołądka, senność i osłabienie, zimowy chłód bywał także nieznośny. Zdarzało się nieraz, że woda w dzbanku zamarzła. Mieszkałem wtedy na ulicy Kościuszki 43 w podwórzu, w pokoju przerobionym z garażu. Z równie biednym kolegą Mikołajem Sz., Rosjaninem z pochodzenia, typowym, jakby wyjętym z „Biesów” Dostojewskiego jakimś Szatowem, fanatycznym marksistą, bardzo inteligentnym i zdolnym. Znoszone, wytarte ubranie, brak bielizny, dziurawe obuwie, nierzadko bezdomność – stanowiły tej biedy zgraną orkiestrę.
Byłem na pewno najbiedniejszym ze wszystkich chłopców tej szkoły, jak również wiekiem najmłodszym.
Pamiętam, jak nieraz drażnił mnie widok bogatych, wystrojonych panien, które z pewnością z nudów znalazły się w tej uczelni.
Lecz mimo swej opłakanej sytuacji i zapewne śmiesznego wyglądu, bo przybyłem z Książa w swoim mocno już zniszczonym chłopięcym ubranku, w krótkich do kolan spodniach i zapinanej pod samą szyją marynarce, czarnych pończochach i sznurowanych trzewikach – nie czułem żadnego upokorzenia. Ani też potem, kiedy zdzierać zacząłem odzież i obuwie z mojego najstarszego brata, który wzrostem znacznie mnie przewyższał, więc rękawy i mankiety spodni musiałem po prostu zawijać, co od razu rzucało się w oczy.
Miałem jakąś niezdrową świadomość swej wartości; można ją nazwać dumą lub wiarą w swoją przyszłość.
Jedynie co znosiłem z trudem, to głód. Młodość i dobre zdrowie sprawiały, że był to stan nad wyraz bolesny.
Niewielka pieniężna pomoc, jakiej na początku udzielił mi ojciec wyczerpała się, a znając sytuację rodziców o dalszą nie chciałem prosić. Wybrałem zawód wbrew ich woli, liczyli więc na to, a nawet byli pewni, że kiedy mi bieda dożre już do ostatka, wtedy powrócę do domu. Lecz myśl taka w najgorszych nawet chwilach daleką była ode mnie.
Pamiętam jednak taką „chwilę”, którą tu opiszę. Był nią mój pierwszy wymarsz z Krakowa do domu. Nie miałem grosza na autobus. Cena biletu była zresztą niebagatelna, bo siedem złotych, co równało się tygodniowym kosztom wyżywienia.
Było to w przeddzień Wszystkich Świętych. Aby nie budzić gospodarzy wyszedłem z domu bez śniadania wcześnie rano. Zaciągał zimny wilgotny wiatr, kiedy minąłem ulicę Warszawską i znalazłem się za miastem. Niosłem walizkę wypchaną brudną bielizną i na plecach mniejszy tobołek. Z początku dokuczał mi chłód, więc szedłem szybko i wkrótce minął. Była przede mną przestrzeń niemała, bo 56 kilometrów. Miałem nadzieję, że pokonam ją łatwo i jeszcze przed zmierzchem będę w domu. Przeliczyłem się jednak w rachubach i siłach. Co dziesięć kilometrów zmuszany byłem odpoczywać, a za każdym razem dłużej. Na trzecim postoju zjadłem dwie bułki, jakie miałem w kieszeni płaszcza i pokrzepiony ruszyłem dalej.
Zachodni wiatr gnał gęste chmury nisko nad ziemią nawisłe, a około południa zaczął padać deszcz. Siekł ukośnie drobny, zimny, przenikliwy. Szeroka, pełna wybojów droga (dzisiaj autostrada) stała się oślizgła po bokach. Pośrodku w wyrwach świeciły kałuże. Była prawie pusta. Niekiedy mijałem chłopską furmankę lub gromadki gęsi w pobliżu wsi, czasem z pól zrywały się kraczące stada wron.
Powoli zapadał zmierzch. Czerniały dalekie pola na horyzoncie i nagie drzewa przy drodze. Do uszu dochodził przeciągły gwizd wiatru wśród bezlistnych gałęzi. Gęstniała ciemność wokoło. Deszcz nie ustawał, a nawet się nasilał.
Zapadał mrok już zupełny, kiedy minąłem Miechów. Do Książa było jeszcze tylko 15 kilometrów, więc blisko, ale mnie wydawało się w owej chwili bardzo daleko. Byłem zupełnie wyczerpany i głodny. Ręce mi osłabły, a przemoczony tobołek stał się teraz bardzo ciężki. Na plecach, ramionach, kolanach czułem chłodną wilgoć, a pod stopami w dziurawych trzewikach błoto.
Mrok zgęstniał tak, że chwilami nie widziałem przed sobą nic – nawet śladu drogi. Znałem ją, więc poszedłem jej środkiem na oślep. Deszcz gnany wiatrem, zimny ciął wciąż z ukosa, niemal poziomo w lewy policzek i ucho, tak, że woda ściekała mi za postawiony kołnierz, więc przewiązałem go sznurkiem, aby przylegał do szyi. Teraz otoczyła mnie ciemność zupełna, w której nie widać nawet cienia drzewa na niebie, ani krawędzi horyzontu.
Idąc tak na oślep, gdzieś w pobliżu lasu na jednym zakręcie drogi, potoczyłem się z wysokiego brzegu daleko na zaorane pole. Walizka wypadła mi z ręki, a tobołek przeleciał przez głowę. Szukałem ich długo po omacku na klęczkach, aż znalazłem. Ręce, kolana i łokcie oblepiła mokra ziemia. Umyłem je w kałuży, wytarłem o trawę; potem jeszcze raz wywróciłem się w poślizgu kalecząc kolano.
W pewnej chwili wydało mi się żem pobłądził, lub, że po upadku zgubiłem kierunek i wracam. Wtedy ogarnęła mnie rozpacz i byłem bliski płaczu.
Odetchnąłem dopiero w chwili, gdy na wzgórzu dostrzegłem nikłe światełka w oknach. Był to Książ. Resztką sił dotarłem do domu. W ciemnej sieni niepewnie zapukałem do drzwi. Uchylił je ojciec, a gdy ujrzała mnie matka od razu wybuchnęła płaczem przerażona moim wyglądem. Przytuliła mnie do siebie – sam także z trudem hamowałem łzy. Byłem do ostatka wyczerpany, głodny i okropnie zabłocony, niemal oblepiony ziemią.
Nieraz jeszcze chodziłem piechotą do domu, ale żadna moja wędrówka nie była już tak przykra jak ta.
*
Pierwszą ulgą, jaką zdobyłem postępami w nauce, było zwolnienie w drugim półroczu od wysokich opłat szkolnych.
A jednak uczucie zawodu nie opuszczało mnie. Wszystko, czego się tu uczyłem, było tak niepodobne do moich marzeń i tak dalekie od tego, co już umiałem i tworzyłem i co mimo naiwności było szczerą twórczością, że stan obecny odczuwałem jako cofnięcie się wstecz. Po „Anhellim” rysowanie garnków i krzeseł odczuwałem jako zniewagę.
Jednego wieczoru, na lekcji form ogólnych, prof. Wojtyczko usiadł przy moim stoliku.
– Co tam chowasz? Pokaż.
Spełniłem życzenie profesora. W teczce były najrozmaitsze rysunki wykonane w domu, a także ukradkiem na nudnych lekcjach, słowem w każdej wolnej chwili.
Były tam brodate, poorane zmarszczkami głowy starców, jasnowłose główki pacholąt, były koźlonogie fauny grające na fujarkach, o kręconych rogach, i białe nimfy uśpione w leśnym zaciszu, były skrzydlate anioły lecące ponad chmurami i wiele innych.
Profesor patrzył uważnie i długo przez okulary, obejmując lewą ręką moje ramię. Czułem płynącą od niego serdeczność. Po chwili półgłosem powiedział.
– Szkoda cię, chłopcze. Marnujesz się tutaj. Chciałbyś być w Akademii? – zapytał, patrząc mi w oczy.
Milczałem, więc dodał zachęcająco.
– Załatwię ci to. Chcesz?
– Dawniej chciałem, nawet bardzo, ale teraz już nie…
– Dlaczego? – zapytał zaskoczony, patrząc mi bystro i przenikliwie w oczy.
– Bo tam także więcej się nie nauczę – powiedziałem cicho.
W jego przekrwionych oczach błysnął gniew.
– Takie to bidne, a takie zarozumiałe – wycedził głośnym szeptem i odszedł.
W jakiś czas potem, znowu usiadł przy mnie, znów objął mnie ramieniem i oglądał nowe rysunki. Był bardzo serdeczny i może nieco pijany, bo czułem woń alkoholu.
Mówił szeptem prawie.
– Co też się roi w twojej głowie. Jesteś inny od nich tu wszystkich – jesteś nie stąd. Przybłędą z Mlecznej Drogi jesteś – z gwiazdozbioru Mlecznej Drogi… – mówił to jakby do siebie. Za chwilę dodał zwracając się do mnie.
– W Krakowie jest Szukalski. Chciałbyś go poznać?
– O bardzo! – szepnąłem z zapałem.
– Załatwię ci to.
MISTRZ
W kilka dni potem, razem z Józefem G., kolegą z wydziału rzeźby, a parę lat starszym ode mnie młodzieńcem, o bladej, gruźliczej twarzy i bardzo bujnej kędzierzawej czuprynie – udaliśmy się na ulicę Sławkowską do Grand Hotelu, w którym mieszkał Szukalski. Józef G. niósł pod pachą dużą tekę oprawioną szarym płótnem, a w prawej ręce niewielką rzeźbę zapakowaną w papier. Był tak przejęty chwilą, że nie zwracał na mnie uwagi.
Ja miałem także sporą teczkę pełną rysunków, już w przeddzień przygotowanych do tej prezentacji. Zastanawiałem się długo nad ich wyborem. Dla „okrasy” dodałem kilka aktów kobiecych, narysowanych z natury w silnym światłocieniu, tak iż wyglądały jak żywe.
Wkrótce stanęliśmy przed drzwiami pokoju, na pierwszym piętrze. Józef G. zadzwonił. Ogarnęło mnie uczucie lęku i niepewności, lecz nade wszystko ogromnej ciekawości, że oto już za chwilę ujrzę tego genialnego artystę, którego utwory w muzeum takie wrażenie wywarły na mnie. Lecz znów napłynęło uczucie niepokoju na myśl, że on zobaczy moje skromne prace, które w tej chwili wydały mi się nic nie warte. Odrobinę nadziei pokładałem w aktach kobiecych wierząc, że one ocalą mnie przed kompromitacją. Spojrzałem na Józefa G. Był zniecierpliwiony, lecz pewny siebie. Rzeźbę ustawił na posadzce, zdjął szeroki czarny beret i ręką przygładzał włosy na skroniach. Odczułem, że mnie nie zauważa i zdawało mi się, jak gdyby nie był rad, że z nim jestem, co mnie jeszcze bardziej onieśmieliło i na moment pomyślałem, czy nie lepiej byłoby wrócić do domu, tak teraz sprzed tych drzwi…
W tym momencie drzwi się otworzyły i ukazał się mężczyzna niski, krępy, w okularach, o czarnych włosach i zapytał.
– Do mistrza Szukalskiego? Proszę dalej.
Znaleźliśmy się we wnętrzu dużego jak salon, bogato umeblowanego pokoju. Wiszący nad okrągłym stołem ozdobny żyrandol rzucał snop światła na zielony obrus, na którym stał wazon z kwiatami i na wielki wzorzysty dywan na podłodze.
Przy stole stał Szukalski. Poznałem go natychmiast. – Tak! To jest ten sam człowiek, którego widziałem niedawno na pogrzebie Malczewskiego, lecz teraz jeszcze bardziej uderzyła mnie jego niecodzienna uroda. Wzrostu średniego, wąski w pasie, rozrośnięty w ramionach, ubrany był w jasne, obcisłe spodnie, ukazujące zarys szczupłych nóg. Piękny, skórzany blezer o barwie brązowej, z okrągłym wycięciem szyi, biały, wyłożony kołnierzyk, rozchylony, bez krawata i pas opinający biodra, szeroki, o błyszczącej, dużej klamrze i bardzo ozdobny stanowiły całość stroju. Lecz nade wszystko przykuła moją uwagę ta wspaniała, duża głowa o długich, jasnych, falistych włosach, zakrywających gładką szyję i twarz o rysach rzeźby, pełnej wyrazu.
Wydał mi się w owej chwili tak piękny, że poczułem się jeszcze bardziej onieśmielony.
– Podejdźcie chłopcy i pokażcie mi swoje prace.
Józef G. ruszył śmiało w stronę stołu i zaczął odwijać papier okrywający rzeźbę. Ukazała się drobna, gipsowa figurka przedstawiająca Gandhiego z kozą. Szukalski ujął w rękę rzeźbę i zbliżył ją do światła, oglądał ze wszystkich stron i postawił na stole.
– Co masz w tece? – zapytał.
Józef G. położył na stole tekę, rozwiązał tasiemki i otworzył. Teka zakryła niemal pół stołu. Z daleka, bo stałem wciąż przy drzwiach, nie widziałem jej zawartości, patrzyłem więc na twarz Mistrza, teraz zwróconą do mnie profilem i wydała mi się jeszcze piękniejsza. Duży, orli nos o silnie zarysowanych nozdrzach, okrągły, wydatny podbródek, usta pełne, nieduże, dolna warga znacznie grubsza, jakby wydęta, i wspaniałe, dumne brwi tworzyły niezwykle harmonijną całość.
W głębi, obok tapczanu, dostrzegłem psa. Leżał na dywanie czarny, kudłaty i nieruchomy.
Panowała cisza. Szukalski bez słowa przekładał kartony teki. Milczał także stojący obok niego mężczyzna.
Byłem zupełnie stropiony, gdy zakończyły się oględziny i usłyszałem:
– A ty chłopaczku, co mi przyniosłeś?
Chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę tego głosu, a ton jego wydał mi się w owej chwili jakiś chłodny, a nawet jak gdyby ironiczny, więc ogarnął mnie lęk.
Otworzyłem teczkę w momencie, gdy Józef G. zdjął swoją ze stołu i pochylony wiązał tasiemki.
Szukalski ujął w rękę rysunek przedstawiający akt młodej kobiety, siedzącej na taborecie w pełnym, górnym świetle. Jej wypukłe, zgięte kolana, duże, obwisłe piersi i pochylona głowa o krótkich, prostych włosach i odsłoniętej szyi przypominały rzeźbę. Zdawało mi się, że to najlepszy rysunek w tece. Nie dłużej jak parę sekund potrzymał go w ręce i złożył do otwartej teki. Następny jeszcze prędzej odłożył, a na ostatni nie spojrzał nawet.
Byłem zdruzgotany. Czułem, że nogi uginają mi się w kolanach, a oczy zasnuwa ciemna mgła. Wydawało mi się, że za chwilę upadnę. Świadomość, że to się stanie tu, teraz, przy nim, obudziła we mnie wstyd tak potworny i przejęła taką grozą, że nie byłem w stanie myśleć ani ocenić swego położenia. Czułem tylko, że jest ono fatalne i ogarnęła mnie głucha rozpacz; lecz za wszelką cenę, resztkami woli, postanowiłem do skandalicznego zemdlenia nie dopuścić.
I w tejże chwili do moich uszu dotarł ciepły głos Mistrza.
– To mi się podoba – a w jego ręku zobaczyłem, jak przez mgłę, malutki obrazek z centaurem grającym na skrzypcach przed murami miasta.
Na twarzy Mistrza dostrzegłem uśmiech życzliwy i serdeczny. Ocknąłem się z odrętwienia i poczułem, że wracają mi siły, lecz gardło miałem nadal zaciśnięte. Zawrót głowy powoli mijał.
Przy dalszych rysunkach ożywił się i mówił. Słów jego nie pamiętam, nie docierały do mnie i wtedy, gdy mówił, tak byłem oszołomiony wrażeniem poprzednim.
Czułem jedynie, że są to życzliwe i dobre słowa zachęty, a nawet, jak mi się wydawało, słowa pochwały. Pamiętam też, że uśmiechając się, w pewnej chwili pogłaskał mnie po głowie i policzkach, gdyż z pewnością zauważył, w jakim jestem stanie, więc chciał mnie uspokoić. Zauważyłem też, ze pewne rysunki odkłada, a do innych znów powraca, przyglądając im się z bliska.
Gdy skończył, ujął mnie za obydwie ręce i zapytał:
– Ile masz lat?
– Siedemnaście.
Potem zapytał o imię i nazwisko, skąd pochodzę, o rodziców, rodzeństwo i o warunki w domu.
Odpowiadałem cicho, głosem stłumionym, chrząkając niemal za każdym słowem, bo gardło wciąż miałem zaschnięte.
Pytał też, w jakich warunkach żyję teraz i gdzie mieszkam. W tym nadmiarze wzruszeń, zamiast ulicy Powroźniczej 3 w Krakowie, gdzie mieszkałem, podałem mu adres mojego rodzinnego miasteczka i w notesie zapisał sobie ten adres.
Zostaw mi te odłożone rysunki i przyjdź jeszcze do mnie, bo podobasz mi się.
– Dziękuję – przyjdę – na pewno przyjdę.
Na pożegnanie uścisnął mnie mocno i zmrużył przyjaźnie swoje piękne, szaroniebieskie oczy.
Na rogu Rynku Józef G. pożegnał mnie bez słowa idąc w stronę ulicy Szczepańskiej.
Był już wieczór. Wiał chłodny wiatr i zacinał deszcz. Szybkim krokiem poszedłem w kierunku przeciwnym. Za chwilę byłem w bocznej kaplicy Kościoła Mariackiego i usiadłem na ławce w pobliżu Stwoszowego ołtarza z Ukrzyżowanym Chrystusem. Było tu pusto. W półmroku i ciszy, w łagodnym migocie świec, poczułem się szczęśliwy i bezwiednie zacząłem się modlić.
Potem poszedłem jeszcze nad Wisłę, za most Dębnicki i szedłem jej brzegiem wśród zarośli. Deszcz przestał padać. Pośród chmur, szybko po niebie płynących, ukazał się księżyc. Łagodne jego światło napełniło mnie przejmującym i nieziemskim nastrojem – więc szedłem długo i daleko.
Gdy wróciłem do domu, wszyscy już spali. Nie paląc światła rozebrałem się i szybko wsunąłem pod koc. Długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o nim, o tym, jak zlekceważył moje akty. Dlaczego? Może nie lubi kobiet? Są przecież tacy. Lecz on, taki piękny mężczyzna?
Wśród tych myśli otworzyły się drzwi i weszła Teresa. Zaraz będzie się myła, ale czy warto patrzeć na jej ciało, kiedy Mistrz mój kobiet nie lubi? Zamknąłem więc oczy z postanowieniem, że nie otworzę ich do chwili, aż zgasi światło i usłyszę jej kroki, jak wychodzi z kuchni.
Nie wytrzymałem jednak. Otwarłem je w chwili, gdy już umyta, lecz jeszcze naga, stała przed lustrem, zręcznie rozplatając długie warkocze. Była tak piękna, że ogarnął mnie jakiś dziwny smutek, połączony z tęsknotą i długo nie dał zasnąć.
POWSTANIE SZCZEPU I NAUKA MISTRZA
Wkrótce w szkole, która odtąd straciła dla mnie wszelką wartość, doszła do mnie miła wiadomość, że Szukalski moje rysunki powiesił w sali Muzeum Przemysłowego na ulicy Smoleńsk, gdzie miał odczyt. W odczycie tym zapowiedział, że tworzy nową szkołę o nazwie „Szczep Rogate Serce”. Mówił, że do hotelu, gdzie mieszka, zaczęli się zgłaszać chłopcy, których wcześniej nie znał. Że przynieśli mu swoje rysunki i wskazując na rozwieszone obrazki wymienił moje nazwisko. Że zgłosiło się już u niego kilku studentów, którzy opuścili Akademię. Mówił o nowej metodzie pracy, tworzenia, itp.
I tak zrodził się „Szczep Rogate Serce”. Było to zimą 1929 roku.
Grupa liczyła kilkunastu chłopców. Nie znałem jeszcze żadnego z nich.
Jedno z pierwszych zebrań odbyło się w „Jamie Michalikowej” na ulicy Floriańskiej.
Jak przez mgłę pamiętam zadymioną salę, długi stół, wokół niego stłoczoną grupę młodych ludzi. Było też kilka dziewcząt. Panował gwar, zgiełk, którego nie znoszę, a nawet harmider. Mistrz siedział pośrodku. Z obu stron ciśnięto się do niego, zadawano pytania. Mówił coś, lecz niezbyt głośno, więc nie słyszałem. Siedziałem daleko od niego przy końcu stołu, ogłuszony, spłoszony i smutny.
Potem, a było już późno, po wyjściu z kawiarni także nie mogłem się do niego docisnąć, bo otoczyła go jeszcze liczniejsza grupa młodzieży, niemal na całą szerokość ulicy. Więc u wylotu Floriańskiej, na rogu Rynku, nie zauważony przez nikogo i nieznany nikomu odłączyłem się od gromady, zmęczony i smutny poszedłem do domu.
Następne spotkania z Mistrzem wyglądały podobnie. Czasem zauważył mnie w gęstwinie głów, wtedy uśmiechał się do mnie i ruchem ręki zapraszał, abym usiadł przy nim. Było to jednak niewykonalne, gdyż nikt nie chciał swojego miejsca przy uwielbianym Mistrzu ustąpić, a ja także siłą o nie walczyć nie chciałem.
Z tych kilku kawiarnianych wykładów, na których zwykle krył koszty herbaty uczestników, a nieraz całej kolacji, bo przeważnie była to młodzież biedna i często podobnie jak ja głodna – poznałem w całości niemal jego poglądy, naukę i przykazania, całą jego „Dobrą Nowinę”.
W streszczeniu polegała ona na zupełnym odrzuceniu akademickiej metody nauczania, opartej na studiowaniu modela i martwej natury. Mistrz z naciskiem twierdził, że jest to metoda dla twórczego rozwoju bezwzględnie szkodliwa i wyniszczająca w młodym człowieku to, co dla niego artysty jest najcenniejsze; pamięć plastyczną, wrażliwość i wyobraźnię.
Odrzucając bezpowrotnie i całkowicie kopiowane natury, mówił, ze należy zaufać pamięci własnej, na niej wyłącznie się oprzeć i ją rozwijać, gdyż jest ona jedyną i niezawodną bazą każdego twórcy. Pamięć plastyczna – mówił – stanowi największy skarb artysty – rozwijajcie ją do najwyższego stopnia. Zaczynajcie rysować dopiero w chwili, gdy w wyobraźni zobaczycie dokładnie to, co chcecie ukazać.
Najpiękniejsze tematy są w was. Rysujcie więc to, co najbliższe jest waszemu sercu. W każdym jest to, co potem nazywają stylem indywidualnym. Otacza nas świat najróżnorodniejszych form. Patrzcie na nie intensywnie pochłaniając je wzrokiem. Wszystko, co przez wzrok wejdzie w was i zanurzy się w waszą świadomość, będzie już wasze na zawsze.
Rysujcie najpierw oczami, zanim ujmiecie w rękę ołówek. Rysujcie ołówkiem na małych kartkach papieru, w kształcie kwadratu, gdyż jest on najlepszy dla budowy kompozycji. Każdy widzi i czuje inaczej i w tym tkwi istota indywidualności. Innej nie ma. Każdy ją posiada, małą czy dużą, pospolitą lub niezwykłą, zawsze własną.
Akademicka metoda nauczania niszczy te bezcenne dary, zamieniając artystę w żałosnego niewolnika modela.
Starajcie się każdy rysunek opracować i wykończyć do ostatnich granic doskonałości z uczuciem, że jest on już ostatni, że jest pożegnaniem ze światem – i świadectwem waszego życia.
Z niesłychanym entuzjazmem i gorącą młodzieńczą wiarą przyjąłem te nowe dla mnie, a zarazem tak bliskie mi i oryginalne wskazania. I obecnie po latach znajduję w nich sens niepodważalny.
Stefan Żechowski
_________________
Fragment „Szkicu autobiograficznego” Stefana Żechowskiego. Tytuł odcinka pochodzi od redakcji.


ILUSTRACJE:
- „Autoportret (rysunek)”
- niepodpisane x4

  • ORGANIZATOR:

  • PATRONAT:

  •  

  • PARTNERZY:

  •